poniedziałek, 23 sierpnia 2010

Powrót demonów

Stereotypowym antonimem pojęcia „wiara“ jest w dzisiejszych czasach pojęcie „wiedza“. Rzekomą różnicę między tymi dwoma pojęciami ilustruje skądinąd dość seksistowski dowcip, przed przytoczeniem którego oczywiście się nie powstrzymam. „Drodzy wierni parafianie – tłumaczy na kazaniu ksiądz proboszcz. – Widzicie w pierwszej ławce zacną rodzinę państwa Kowalskich z ich szóstką dzieci. Pani Kowalska wie, że są to jej dzieci. Pan Kowalski wierzy, że są to także jego dzieci!“

Niestety, tak prosto bywa tylko w bardzo niewielkim zakresie doświadczeń łatwo poddających się naszym zmysłom. Kłopot w tym, że znakomita większość zjawisk, którymi zajmuje się nauka współczesna, wcale, albo w nikłym stopniu postrzegana jest bezpośrednio przy pomocy oczu, uszu i pozostałych przyrodzonych nam zmysłów. Z tego punktu widzenia różnica między dogmatem o Trójcy Świętej a ogólną teorią względności Alberta Einsteina jest, z punktu widzenia laika – dokładnie żadna. Zresztą z punktu widzenia nie-laika póki co chyba też niewielka, bo o ile może to być mi w ogóle wiadome, żadnych dających się potwierdzić eksperymentalnie konsekwencji tej akurat teorii póki co nie udało się wyprowadzić, czyż nie tak..?

Różnica między wiarą a wiedzy w znacznie mniejszym stopniu dotyczy tego, w jaki sposób jedna i druga powstaje, a raczej tego – w jaki sposób mogą być komunikowane. W przypadku nauki, proces jej „wytwarzania“ jest dość ściśle sformalizowany, a zasadniczym, najważniejszym kryterium „rozpowszechniania“ twierdzeń i teorii jest powtarzalność sprawdzalnych doświadczalnie konsekwencji tych twierdzeń i teorii. Z czego wynika jednoznacznie, że nauka nie może zajmować się fenomenami jednorazowymi, wyjątkowymi, nie dającymi się powtórzyć. Takie zaś z definicji są przeżycia religijne, których realność dla przeżywającego może być skądinąd i jest zwykle co najmniej równie oczywista jak wiedza pani Kowalskiej o pochodzeniu jej własnych dzieci. Subiektywnie zatem, żadnej różnicy między wiarą a wiedzą nie ma. Różnica ta pojawia się dopiero przy próbie przekazania takiego doświadczenia komu innemu. Uczony (mam na myśli uczonych uczonych, a nie uczonych głąbów, których jest teraz ogromna większość, a których cała umiejętność sprowadza się do wypełniania wniosków o granty i praktycznej znajomości politycznej poprawności, np. w kwestii klimatu… oraz uczonych uczonych, a nie pseudouczonych, których jedynym związkiem z nauką jest specyficzny żargon, jakiego używają – jak niejaki Karol Marks, John Maynard Keynes i jeszcze parę centurii, a nawet i kohort, jakie by się podobnych typów zebrały, szczególnie w tzw. „naukach społecznych“…) komunikując swoje odkrycie, podaje pewną „receptę“ – i od powtarzalności skutków rzetelnego zastosowania tej „recepty“ zależy sukces tezy, którą broni. Przynajmniej teoretycznie. Nawet w tzw. „naukach społecznych“ – jakkolwiek bywa to niekiedy bardzo trudne.

Natomiast mistyk próbujący zakomunikować innym doświadczenie które przeżył i którego realność może być dla niego o wiele bardziej oczywista i samonarzucająca się od realności codziennej, pięcioma zmysłami postrzeganej, jest zwykle w poważnym kłopocie. W żadnym razie nie potrafi przekazać „recepty“, która by komu innemu pozwoliła przeżyć to samo, czego on doświadczył. Dotyczy to nawet „systemów mistycznych“, w których uczeń prowadzony przez mistrza ma dostąpić oświecenia po wypełnieniu całego szeregu, długich zwykle i wyczerpujących czynności wstępnych, wcale do owej naukowej „recepty“ podobnych – bo i tak, cokolwiek w wyniku „oświecenia“ przeżyje, o ile mu się to uda, będzie to jego wyłącznie własnością i jego jedynie nabytkiem. Doświadczenie takie jest interpersonalnie nieprzekazywalne.

Skłonny byłbym zaryzykować tezę, że cała różnica między wiarą a wiedzą do tego tylko się sprowadza: pierwszej nie sposób przekazać jako „recepty produkcyjnej“, drugą co do zasady – można. I wiara i wiedza subiektywnie jest jednak takim samym stanem umysłu. Co więcej: nie mielibyśmy żadnej zgoła wiedzy, gdyby nasze gatunkowe doświadczenie nie uczyniło nas skłonnymi do wiary! Czymże bowiem jest „sąd indukcyjny“, póki się dlań post factum dowodu w doświadczeniu nie znajdzie, jeśli nie aktem wiary..?

Cóż jest zatem ich przeciwieństwem? Oczywiście: zwątpienie! Tak też to wyglądało historycznie. Chrześcijaństwo opanowało świat rzymski w opozycji do sceptyzmu i zwątpienia, nie w opozycji do wiedzy.

Ten sceptyzm i zwątpienie dotyczył oczywiście wcześniej panującego w tym świecie pogaństwa. Świat pogański był światem na wskroś „magicznym“ – takim, w którym nie istniało rozróżnienie na sacrum i profanum w sensie, jaki dziś niektórzy z nas jeszcze mogliby tym słowom przypisać. Każda bowiem codzienna czynność, począwszy od spożywania posiłku, a kończąc na akcie płciowym czy wypróżnieniu, miała też swoje sakralne znaczenie. Oczywiście, intensywność owego sacrum zmieniała się w czasie i w przestrzeni, wybuchając szczególnie silnie w czasie świątecznym i w miejscu „najświętszym z świętych“, czyli w sanktuarium bóstwa. Sama jednak ilość, różnorodność i wszechobecność rozmaitych sił nadnaturalnych wiodących wierzącego poganina dosłownie za rękę od kołyski aż po grób niemożliwym czyniła zrobienie kroku bez wdepnięcia w jakieś sacrum. Trzeba było uważać, aby zrobić to w sposób odpowiedni – inaczej profanowi groziła zemsta obrażonego bóstwa.

O ile trwoga i bojaźń boża nie mogła być wierzącemu poganinowi obca, o tyle też jego stosunki ze światem, w naszym pojęciu nadnaturalnym, mogły być zgoła familiarne. Wszystkie te bóstwa, demony, siły nadprzyrodzone były przecież z tego, a nie z „tamtego“ świata, były immanentne. Jeśli nawet ich siedziba znajdowała się na niedostępnym, sięgającym ponad chmury szczycie Olimpu, to przecież dawało się ją pokazać palcem! Immanentne bóstwa same podlegały prawom i regułom, których nie stworzyły. Znając te reguły, można było na nie wpływać zupełnie tak samo jak na przyrodę wpływa technik znający reguły które nią rządzą. Można było wobec bóstw stosować szantaż, oszustwo, magię – i były posłuszne, jak tego dowodzą opowiadane chociażby przez Greków mity.

Jakież to łatwe, prawda..? Nie wychodzi handelek amforami z oliwą, to wzywamy na pomoc Hermesa i jeśli wszystkie należne rytuały wykonamy prawidłowo, nie ma siły – handelek musi pójść lepiej! Oczywiście: czasem pójdzie (i nawet jest to dość prawdopodobne: wszak uspokojony, bardziej pewny siebie sprzedawca, może być bardziej przekonujący dla klientów…). Czasem nie pójdzie – jak to w życiu. Wtedy, trzeba będzie zastosować inne rytuały. Grunt, że człowiek nie czuje się opuszczony i samotny w obliczu groźnego, pustego świata…

Od czasów sofistów co najmniej, elity grecko – rzymskiego świata uczyniły jednak wiele, aby ten magiczny świat odczarować. Sceptyzm istniał jako oddzielny kierunek filozoficzny. I jako taki miał nawet swoich fanatyków. O założycielu tej szkoły, Pirronie, opowiadano, że chodził cały w sińcach i ranach. Posunął bowiem swoje zwątpienie w realność postrzeganego zmysłami świata do takiego ekstremum, że gdziekolwiek się udawał, szedł prosto przed siebie, nie zwracając uwagi na doły, kamienie, studnie i inne przeszkody. W górzystej i kamienistej Grecji kończyło się to często bolesnym upadkiem, czasem nawet z wysoka.

To nie sceptyzm jednak był główną przyczyną zwątpienia. Grecko – rzymskie elity zastępując naiwny, bezrefleksyjny zabobon swego cywilizacyjnego dzieciństwa myśleniem racjonalnym, jakiejkolwiek szkole by nie hołdowały, nie zyskiwały ani wiedzy, ani wiary – bo ani wiedzą ani wiarą nie jest taka filozofia, jaką proponowali Platon, Arystoteles, Epikur czy Zenon.

Chrześcijaństwo, którego Bóg jest z tamtego, a nie z tego świata, jest transcendentny – a więc nie można Nim manipulować, nie można Go oszukać, ani zmusić do korzystnego dla siebie działania żadną magiczną sztuczką – zaoferowało wykształconym Greko-Rzymianom wiarę, którą mogli wyznawać bez zażenowania i uśmiechu. Zarazem taki właśnie charakter chrześcijaństwa uwikłał je w długą i bardzo skomplikowaną wojnę z ludowym pogaństwem.

Wojnę, którą w naszych czasach chrześcijaństwo przegrywa. Wiara w transcendentnego Boga, który jest wprawdzie wszechwiedzący i wszechobecny, ale nie ujawnia się wyznawcy na każdym kroku, nie można Jego siedziby wskazać brudnym paluchem, nie poddaje się manipulacji i nie podlega żadnym dla nas pojmowalnym regułom, których by sam nie stworzył, nigdy nie była i nie może być wiarą mas. To jest po prostu zbyt straszne! Bojaźń i drżenie chrześcijanina wobec Boga ma zupełnie inny wymiar niż bojaźń i drżenie poganina wobec łatwych przecież do przebłagania lub przekupienia sił nadnaturalnych, które czci. Wobec Boga nie ma miejsca na poufałość.

Owszem, Bóg chrześcijan dostrzega tę trudność swoich wyznawców – i jeśli można snuć takie domniemania, Wcielenie i śmierć Jego Syna również i ten ma sens, aby możliwie jak najdalej – dalej chyba się nie da – wyjść ludziom naprzeciw i z trwogi i drżenia podnieść, wskazując bezpieczną do owej niepochwytnej transcendencji drogę.

Kościół i na Wschodzie i na Zachodzie zrobił też co mógł, aby z owych ludowych przesądów możliwie wiele dla swojej misji wykorzystać. Bieglejsi ode mnie w teologii się o tym zjawisku wypowiadali.

Na Zachodzie w każdym razie, klęska tych wysiłków Kościoła jest oczywiście widoczna – i to, żeby daleko nie szukać, wśród nie tylko internetowych przyjaciół. Demony powróciły. Wraz z epoką mas do gazet wdarły się horoskopy, a do telewizji – wróżki, czarownice i siły paranormalne. Masowa wyobraźnia chłonie tę absurdalną papkę zachłanniej i gorliwiej niż kiedykolwiek przedtem w dziejach. Wiek XX i ledwo rozpoczęty wiek XXI nawet nie próbują nazywać się „stuleciami Rozumu“ – rozum, nawet całkiem małą literą pisany, nikomu już do niczego nie jest potrzebny, skoro o tyle łatwiej jest posługiwać się zabobonem i magią – a jeśli tego nie starczy, to ufolodkami…

Dlaczego tak się stało..? Może przez to, że Kościół na Zachodzie począwszy i odchowawszy sobie własne dziecko – naukę – pozwolił jej tak się usamodzielnić, że wszczęła ze swoją przyrodzoną matką jałowy całkowicie i bezsensowny spór, niepotrzebnie Autorytet rodzicielki podkopując w oczach maluczkich? Może przez to, że nauka tak się w XX wieku zbiurokratyzowała i zidiociała w swojej politycznej poprawności, że i sama żadnego autorytetu już nie posiada – jeśli kiedykolwiek jakiś miała..?



W każdym razie „bunt clerków“ toruje drogę demonom. Oby nie utorował drogi także i stosom, na których wyznawcy demonów owych zbuntowanych clerków w stosownej chwili – spalą…

9 komentarzy:

  1. Szanowny Panie,

    Większość dokonań fizyki opiera się na tych założeniach. Nie ma przy tym znaczenia czy większość ludzi rozumie o co chodzi czy nie. Podobnie jak nie ma znaczenia czy większość ludzi rozumie teorie gier czy podstawy cybernetyki.

    Natomiast nauka z wielkim powodzeniem analizuje i tłumaczy przeżycia religijne.
    Całe tomy woluminów stoją na półkach. proszę się zapoznać.

    itp. itd.

    Co do zasady można opisać zależność między wiarą a nauką z pomocą twierdzenie Godla.

    Religia jest systemem, który daje odpowiedzi na wszystkie pytania, z tym że jest to system, który część odpowiedzi udziela fałszywych, jest więc immanentnie sprzeczny.

    Nauka jest systemem, który nie rości sobie prawa do odpowiedzi na wszystkie pytania, ale te na które odpowiada nie są prawdziwe.

    W dużym uproszczeniu...

    Co do kwestionowania uczoności Marksa, to zacznijmy od tego, że Marks nie był marksistą.
    Po drugie tak jak socjologia bez Webera, psychologia bez Freuda, ekonomia bez Marksa jest ułomna, niezależnie od tego czy i ile miał racji, a osobiście przyznam, że miał jej nie mało. Co nie znaczy, że nie da się tego samego opisać na innym sposób. Nie ulega wszak wątpliwości, że był twórcą dyskursu, który zerwał pewne zasłony (choć oczywiście jak to zwykle była zawiesił inne). Odbieranie komuś zasług tylko dlatego, że nam z nim politycznie nie po drodze nie jest do końca uczciwe.

    Większość doświadczeń jest niestety nieprzekazywalnych. Niech Pan przeczyta wszystko o porodzie, wiele to Panu nie da, bo istoty fizjologii tego procesu i tak Pan nie złapie.

    Przemawia przez Pana straszny europocentryzm, proszę zajrzeć choćby do Malinowskiego, Zobaczy Pan, że nasze europejskie spojrzenie na świat, nie jest jedyne i jest w gruncie rzeczy trochę śmieszne. Każda niemalże kultura wprowadza ten podział, który Pan pogaństwu odmawia. A chrześcijaństwo pełnymi garściami z tego pogaństwa czerpało. Choćby święci, to przecież tacy mniejsi Bożkowie : od pogody, od kradzieży, od podroży, itp. itd.

    Nagrzeszyliśmy idziemy do konfesjonału - kilka "magicznych" formułek i już jesteśmy oczyszczeni. W sensie strukturalnym niczym nie różni się to od pogańskich ablucji.
    A po cóż odpusty, pielgrzymki i inne przekupstwa tego transcendentnego boga.

    Chrześcijaństwo w sensie historycznym wywodzi się od pewnej małej sekty żydowskiej i należy mu się szacunek za to jakim międzynarodowym imperium (dziś chciałoby się powiedzieć korporacją) się stało. Jednak jest religią jak każda inna, ani lepszą ani gorszą. Zaspokaja pewne ludzkie potrzeby, oczywiście nie za darmo...

    Pozdrawiam
    Mark0wy


    Pozdrawiam
    Mark0wy

    OdpowiedzUsuń
  2. Witam,

    Powinno być:
    Nauka jest systemem, który nie rości sobie prawa do odpowiedzi na wszystkie pytania, ale te na które odpowiada są prawdziwe.

    Pozdrawiam
    Mark0wy

    OdpowiedzUsuń
  3. "Nauka jest systemem, który nie rości sobie prawa do odpowiedzi na wszystkie pytania, ale te na które odpowiada są prawdziwe."

    Bardzo niebezpieczne i pyszne podejście moim zdaniem. Kiedyś "naukowcy" uważali Ziemię za płaską (żeby od popularnego przykładu zacząć).

    Kolejna sprawa to kwestie zdrowotne w sensie co jest zdrowe dla człowieka itp. Jeszcze jakieś kilkanaście lat temu przykładowo wysokie spożycie tłuszczy nasyconych było uważane za przyczynę wielu chorób serca. Dzisiaj używa się oleju kokosowego (to dużo bardziej nasycony tłuszcz niż smalec) do leczenia wielu z tych chorób, które wcześniej miał wywoływać...

    Do czego zmierzam - czasami podążanie za nauką może być bardzo zgubne. Na małą skalę może to dotyczyć np. zdrowia jednostki na większą całych populacji, czego eugenika (no bo czyż nie miała podstaw naukowych?) jest najlepszym przykładem.

    OdpowiedzUsuń
  4. @Markowy

    Z "naukowego" tłumaczenia fenomenów religijnych dokładnie nic w praktyce nie wynika.

    To znaczy owszem - wynika. Dokładnie to, co w moim eseju napisałem: lud prosty wraca do przesądów i zabobonów, które jeszcze sto lat temu w przyzwoitym towarzystwie budziły w najlepszym razie pusty śmiech. Niech Pan teraz spróbuje pójść do dowolnej redakcji dowolnego niemal medium i pośmiać się tam z wiary w astrologię... Powodzenia życzę!

    Żebyśmy się dobrze zrozumieli: nie jestem w żadnym razie jakimś anty-pozytywistą i nie jest moim celem umniejszanie roli nauki. Nauka się sama doskonale umniejsza, wyręczać jej w tym w żaden sposób nie trzeba - ostatnia afera z "globalnym ociepleniem" to tylko jeden z wielu podobnych przykładów biurokratycznego skostnienia, pospolitego idiotyzmu (nie ma drugiej instytucji tak silnie przyciągającej idiotów jak akademie nauk! No, może jeszcze tylko sztaby generalne mogą tu konkurować...), niczym nie uzasadnionej pychy i tyranii politycznej poprawności. Uważam, że spór między wiedzą a wiarą jest w konsekwencjach samobójczy dla obu: bo w czasach Nowego Barbarzyństwa, które czają się tuż za progiem, ani nauki nikt nie będzie uprawiał, ani Boga Jedynego czcił. I naprawdę - bardzo bym chciał się w tym proroctwie mylić... O ile jednak symptomów zbliżającego się Impaktu, o którym w przedostatnim swoim wpisie obszernie opowiadał Profesor Bobola jakoś na niebie nie widać, o tyle symptomy Nowego Barbarzyństwa widoczne są doskonale na każdym kroku. Nawet Pirron mógłby sobie o nie kolejnego guza nabić...

    OdpowiedzUsuń
  5. @Boskawola
    "Zresztą z punktu widzenia nie-laika póki co chyba też niewielka, bo o ile może to być mi w ogóle wiadome, żadnych dających się potwierdzić eksperymentalnie konsekwencji tej akurat teorii póki co nie udało się wyprowadzić, czyż nie tak..?"

    Nie tak, oj bardzo nie tak. Jeszcze zanim Einstein opublikowal szczegolna teorie wzglednosci, ci panowie: http://pl.wikipedia.org/wiki/Do%C5%9Bwiadczenie_Michelsona-Morleya przeprowadzili bardzo wazne DOSWIADCZENIE, ktore wykazalo, ze predkosc swiatla w prozni jest jednakowa we wszystkich inercjalnych ukladach odniesienia. Szczegolna teoria wzglednosci wyjasniala ten fenomen.

    Ogolna teoria wzglednosci, z jej najslynniejszym wzorem, e=mc2 jest potwierdzana ZA KAZDYM RAZEM w kazdej reakcji jadrowej albo termojadrowej...

    @Wojciech:
    dotknales tu bardzo waznego problemu, mianowicie wiekszosc zwyklych ludzi NIE ROZUMIE nauki. Zakladaja, ze skoro "naukowcy cos udowodnili" to jest to tak samo pewne jak istnienie Boga :)

    Tymczasem, oczywiscie, nauka moze sie mylic, mylila sie i bedzie sie mylic. Bo TEORIA naukowa to nie jest absolutne odkrycie tajemnicy bytu a po prostu proba opisania i wyjasnienia rzeczywistosci istniejacej wokol nas. Kazda teoria jest wieksza, lub mniejsza aproksymacja. Nigdy nie jest prawdziwa, bo nie moze byc! Teoria moze jedynie byc bardziej owocna w wyjasnianiu rzeczywistosci i bardziej potwierdzona, albo mniej.

    To, co jest cennego w nauce, to metodologia. Metodologia, ktora opiera sie na paru prostych zasadach: brzytwie Ockhama, obserwacji, eksperymencie i doswiadczeniu. Nie kazde wyjasnienie swiata jest teoria. Zeby nim bylo, teoria musi byc FALSYFIKOWALNA tj. dajaca sie albo potwierdzic albo sfalsyfikowac tj. opierajac sie na zalozeniach teorii konstruuje sie eksperyment, ktory musi byc rozstrzygalny na zasadzie tak albo nie. Nic nie jest przyjmowane tu na wiare.

    Teraz: podwaliny tak rozumianej nauki nowozytnej stworzyl Galileusz. Mowienie, ze nauka jest "odchowanym dzieckiem" Kosciola (jak to zrobil Boskawola) dowodzi tylko kompletnej ignorancji w zakresie historii nauki (odrzucenie przez KK teorii heliocentrycznej, zakaz sekcji zwlok, indeks ksiag zakazanych, przesladowania Galileusza, ze wymienie chociaz pare przykladow).

    OdpowiedzUsuń
  6. @Futrzak
    Jak ktoś ma osobiste pretensje do Pana Boga, to się niczym nie da przekonać. Ja tylko chciałem skromnie zauważyć, że ze strony Kościoła Katolickiego nic, ale to nic wolności badań naukowych obecnie nie zagraża. Natomiast pewien czciciel starogermańskich mitów i jego teozoficzni zwolennicy ze Stowarzyszenia Thule pół wieku temu co nieco w tej materii namieszali, na własną szkodę zresztą, bo tylko dzięki ich nierozumnym rasowym uprzedzeniom bombę atomową pierwsi zbudowali ich przeciwnicy zza Wielkiej Wody... Przy tym poglądy jakie głosili wówczas wyznawcy owego stowarzyszenia były wtedy egzotyczne i można je było potraktować jako manię garstki dziwaków. Dziś to jest główna i zasadnicza treść światopoglądu każdej gospodyni domowej! Że neo-pogaństwo nie ma swojego papieża, kardynałów i świątyń i ciągle można je zbywać wzruszeniem ramion..? A co to przeszkadza przejąć mu de facto władzę nad światem..?

    I nie ma co się łudzić, że nauka na to pomoże. Minęło 200 lat odkąd w szkołach uczy się dzieci, m.in. także i te, z których potem wyrastają te gospodynie domowe, "naukowego poglądu na świat" i co? Zmieniło się coś w ludzkich zachowaniach przez te 200 lat? Świat stał się lepszy? Jakoś tego nie dostrzegam...

    OdpowiedzUsuń
  7. "Minęło 200 lat odkąd w szkołach uczy się dzieci, m.in. także i te, z których potem wyrastają te gospodynie domowe, "naukowego poglądu na świat" i co? Zmieniło się coś w ludzkich zachowaniach przez te 200 lat?

    Sek w tym, ze w szkolach nie uczy sie "naukowego pogladu na swiat" bo takie cos nie istnieje. W szkolach, notabene opartych o schemat wynaleziony jeszcze przez jezuitow, "uczy" sie (czytaj: indoktrynuje) przyszlych poslusznych roboli ops.. obywateli. Troche wiedzy praktycznej, podlanej sosem polityczno-indoktrynujacym, duzo wkuwania na pamiec i uczenie wpasowywania sie w schematy i nie zadawania pytan.

    W szkolach niestety, nie uczy sie tego, czego powinno sie uczyc, czyli samodzielnego, krytycznego myslenia i metodologii nauk. Byc moze, gdyby robiono to od 200 lat, duzo by sie zmienilo. Czemu tak sadze? Bo znam ludzi, ktorzy otrzymali wlasciwa edukacje (jest ona dostepna dopiero od poziomu uniwersyteckiego a i to nie na kazdym wydziale i uczelni) i dzieli ich mentalnie od zabobonnego plebsu po prostu przepasc.

    Zeby nie bylo: mnie sie zadna religia nie podoba, nie ma znaczenia, czy to neopoganstwo, szamanstwo, chrzescijanstwo, islam (ten jest szczegolnie wredny z powodu traktowania kobiety jak zwierze domowe) czy scjentologia.
    Zgadzam sie z Twoja teza, ze ciemnota i zabobon zaczyna sie szerzyc w zastraszajacym tempie we wspolczesnym swiecie i ze po czesci jest to wina wspolczesnej nauki, ktora z systemem grantow i upolitycznienia zaczela zjadac wlasny ogon i sie wypaczyla. Plus, wiekszosc naukowcow zyje we wlasnych niszach, maja gdzies popularyzacje nauki a przeciez tylko dzieki temu da sie stworzyc przyjazny klimat dla tejze w spoleczenstwie.

    Natomiast nie zgadzam sie, ze taka sytuacja to efekt upadku i zmierzchu KK. Bynajmniej. Zabobony za czasu rozkwitu chrzescijanstwa mialy sie absolutnie znakomicie, wystarczy poczytac sobie np. ksiazke pt. Mlot na czarownice oraz pozglebiac historie sredniowiecza.

    Nie zgadzam sie tez, ze jedynym lekarstwem jest powrot do jakiejkolwiek religii. Nie tedy droga.

    Aha, i jeszcze jedno. Napisales:

    Grecko – rzymskie elity zastępując naiwny, bezrefleksyjny zabobon swego cywilizacyjnego dzieciństwa myśleniem racjonalnym, jakiejkolwiek szkole by nie hołdowały, nie zyskiwały ani wiedzy, ani wiary – bo ani wiedzą ani wiarą nie jest taka filozofia, jaką proponowali Platon, Arystoteles, Epikur czy Zenon

    No jesli ograniczy sie osiagniecia grekow do filozofii tylko to faktycznie. Ale, calkiem duze mieli osiagniecia na polu matematyki i nie tylko. Dosc, ze wspomniec chociazby Archimedesa no i pitagorejczykow rzecz jasna. I jeszcze logika dwuwartosciowa Arystotelesa ;) (to dzis podstawa programowania komputerowego i analizy algorytmow :-PPPP). To byla konkretna wiedza majaca konkretne zastosowanie, chociazby w architekturze, chociaz oczywiscie w Grecji nie mogla sie rozwinac nauka o profilu nowozytnym, bo Grecy dzielili wiedze na episteme i doxa, i ten podzial z zalozenia wykluczal polaczenie jednego z drugim. Sam racjonalizm, oderwany od doswiadczenia i eksperymentu, prowadzi na manowce tak samo, jak slepa wiara w jakiegokolwiek boga.

    OdpowiedzUsuń
  8. Odpowiedziałem nowym postem - jak sądzę. I jeszcze jedno: nie wiem w ogóle skąd przekonanie, że Ogólna Teoria Względności ma cokolwiek wspólnego z rozszczepieniem jądra atomu czy mechaniką kwantową..? To przecież nieprawda. Starczy zajrzeć tutaj: http://en.wikipedia.org/wiki/General_theory_of_relativity

    OdpowiedzUsuń
  9. Skad to przekonanie.... ojej no slabo mi sie zrobilo.

    Bazowanie tylko na jednym hasle z Wikipedii w momencie, kiedy nie podano linku do nastepnego, to troche za malo zeby rozstrzygac brak zwiazku miedzy czyms, o czym mozna przeczytac w kazdej ksiazce do fizyki. No ale skoro sie uparles na Wikipedie, prosze bardzo:
    http://en.wikipedia.org/wiki/Mass–energy_equivalence

    Polecam zwlaszcza ten fragment:

    "The mass–energy equivalence formula was used in the development of the atomic bomb. By measuring the mass of different atomic nuclei and subtracting from that number the total mass of the protons and neutrons as they would weigh separately, one gets the exact binding energy available in an atomic nucleus. This is used to calculate the energy released in any nuclear reaction, as the difference in the total mass of the nuclei that enter and exit the reaction."

    mam nadzieje, ze rozwieje to twoje watpliwosci...

    A machanika kwantowa w istocie nie ma nic wspolnego z teoria wzglednosci, chociaz oczywiscie obie staraja sie wyjasnic zachowanie sie tych samych obiektow pochodzacych z tego samego swiata...

    Na przyszlosc bardzo prosze, zanim napiszesz "to przeciez nie prawda" SPRAWDZ, SPRAWDZ plese. Tym bardziej, ze zrobic to jest niezmiernie latwo.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...