wtorek, 24 sierpnia 2010

Nowe Barbarzyństwo

W ciągu zaledwie tygodnia doczekałem się od Państwa przeciwstawnych zgoła epitetów pozytywisty oraz nieuka i obskuranta, lekceważącego Potęgą Nauki. Upewnia mnie to, że właśnie mam rację, a poglądy które tu prezentuję, jako wypośrodkowane, zgodne są ze zdrowym rozsądkiem.

Fakt ten, wraz z całkiem przypadkową okolicznością przyrody taką mianowicie, iż w naszym sklepiku zabrakło piwa „Karpackiego – mocnego“, które zwykle pijemy, kupiłem więc jego „supermocną“ mutację o zawartości alkoholu 9%, ośmielił mnie do wzięcia się za bary z futurologią. Jest to, jak wiadomo, najkrótsza droga do śmieszności, bo nie ma takiej przepowiedni, która by się spełniła, jeśli będzie potraktowana poważnie – na ziszczenie mogą liczyć tylko śmieszne, godne zignorowania, niepoważne lub niewarte uwagi. Albo się więc jest przepowiadaczem daremnym, bo nie trafiającym w cel, albo godnym tylko politowania bo nie znajdującym posłuchu. W normalnym stanie umysłu, nigdy bym sobie na taką lekkomyślność nie pozwolił. Państwa opinie jednak, plus podwójna aspirina, plus wyjątkowo duszna, przedburzowa atmosfera która zażycie aspiryny uczyniła koniecznym, plus jedno „supermocne“ – i proszę, macie mnie jak na strzelnicy, bijcie i dręczcie…

Mój idol, wzór i mistrz, Stanisław Lem, zwykł przepowiadać rychłą katastrofę ludzkości na skutek „czkawki informacyjnej“: ilość informacji produkowanych przez naukę rośnie wykładniczo, co sprawia, że coraz trudniejsze jest tej informacji wchłonięcie i zużytkowanie. Z czasem nie wiadomo już, co aktualnie wiadomo: odkrycia ulegają zapomnieniu przez sam fakt, że jest ich tak wiele, iż samo ich skatalogowanie przekracza zdolności poznawcze jakiejkolwiek jednostki. Zarazem dochodzi do „dyssypacyjnej rozsypki“ nauki, której specjalizacja rośnie jeszcze szybciej niż przyrost uzyskiwanych danych – że zaś nic nie jest trudniejszego niż dialog specjalisty ze specjalistą, jeśli ich specjalności są różne, zdolność poznawcza nauki maleje tym gwałtowniej, im gwałtowniej rośnie jej specjalizacja.

Mistrz Lem wyjścia z tego kryzysu widział dwa. Oba samobójcze. Albo człowiek abdykuje ze swojej niezawisłości – oddając dalsze gromadzenie i użytkowanie wiedzy czynnikowi pozaludzkiemu (może nim być, odpowiednio przekształcone, całe środowisko planety – por. „etykosfera“ z „Wizji Lokalnej“, może też nim być jakiś „bogotron“, czy inny superkomputer z „Golema XIV“ lub z „Cyberiady“), albo też – rezygnuje ze swojego człowieczeństwa, podejmując ryzyko autoewolucji, rozumianej jako planowe zmiany w konstrukcji cielesnej istot rozumnych. Tak czy inaczej, efektem tego kryzysu jest albo ludzkość ubezwłasnowolniona i sprowadzona do funkcji biernych konsumentów przez kogo innego wytwarzanego dobrobytu (zagadnienie decyzyjnej autonomii i dobrej woli tego „pozaludzkiego“ czynnika nie jest tu przy tym bez znaczenia!), albo samozagłada ludzkości – bo nie ulega wątpliwości, że choćby to kobiece łona wydały na świat przyszłych, genetycznie zmodyfikowanych nadludzi, owe zaprojektowane na desce kreślarskiej istoty ludźmi już nie będą. Słuszne jest zatem spostrzeżenie Lema, że kto się na autoewolucję godzi, ucieka się do pozorów, do maskowania swego marnego w dość krótkiej perspektywie losu – gdyby był szczery przed samym sobą, to by od razu usynowił solidny ośrodek obliczeniowy, a dokonawszy tego – popełnił samobójstwo, by swym istnieniem harmonii bytu nie zakłócać.

Zarazem gromadzona przez naukę wiedza rozsadza ramy istniejących dotychczas na mocy tradycji kultur – ukazując ich relatywizm, śmieszność czasem, wszystkie te przywary, które Państwo dyskutanci przeciw mojemu wczorajszemu wpisowi wyciągnęliście.

Oczywiście przepowiednia lemowska nie jest jedyną, którą należy wziąć pod uwagę konstruując własną przyszłych dziejów ludzkości wersję. Jeszcze w latach 60. XX wieku, powstała seria „raportów dla Klubu Rzymskiego“ – z których kilka mam gdzieś w drugim rzędzie biblioteczki. Pozwolicie Państwo, że cytował nie będę, bo dokumenty te mają obecnie wartość jedynie historyczną. Wszystkie one przewidywały rychły kryzys ludzkości na skutek przyrostu jej liczebności przy jednoczesnym wyczerpaniu się kluczowych surowców naturalnych: węgla kamiennego, ropy naftowej, gazu ziemnego, wody pitnej. Oczywiście, prognozy te co do jednej, ani trochę się nie sprawdziły – przyrost demograficzny jest generalnie o wiele wolniejszy niż to pół wieku temu przewidywano (sporej części świata – nie tylko „białej Północy“, ale też i np. Chinom – grozi wręcz spadek liczby ludności, szczególnie tej w wieku produkcyjnym…), a zasoby surowców mineralnych okazały się o wiele większe, niż to wówczas przewidywano. Tym niemniej nie ulega raczej wątpliwości, że zasoby te wcześniej czy później jednak się skończą. Przynajmniej zaś – staną się na tyle rzadkie i drogie, że obecny model cywilizacji, konsumującej energię pozyskiwaną ze źródeł kopalnych bez umiaru i ograniczeń będzie wymagał niejakiego przemyślenia.

Moim zdaniem kryzys, który podstawami naszej cywilizacji wstrząśnie, nastąpi szybciej niż wyczerpanie się czy nawet tylko ograniczenie zasobów mineralnych – i szybciej niż „informacyjne porażenie“ nauki.

Na kryzys ten składają się dwa czynniki już obecnie doskonale, na każdym wręcz kroku widoczne. Pierwszym z nich jest omnipotencja państwa i wszelakiej „władzy“. Pod tym względem nie mamy czego szukać w dotychczasowych dziejach ludzkości – brak jest podobnych precedensów. Nawet „tyrania doskonała“ chińskich legistów i Pierwszego Cesarza (o której opowiem osobno – obiecuję!), z braku środków technicznych niczym była w porównaniu do tego zakresu władzy jaki sprawują nad swoimi poddanymi (czy w czasach dzisiejszych można jeszcze mówić o „obywatelach“..?) najbardziej nawet „demokratyczne“ rządy. Tak daleko idąca tyrania nie może nie odbić się na homeostazie gatunku. I nie widzę najmniejszej możliwości, aby jej wpływ na tę homeostazę mógł być inny, niż skrajnie negatywny… Na dwa co najmniej sposoby. Po pierwsze – władza likwiduje różnorodność. Zmniejszając tym samym, ze szkodą dla szans przetrwania gatunku, liczbę jednocześnie przez nasz gatunek rozgrywanych „gier z przyrodą“, w których stawką jest przetrwanie. Kiedy dojdzie do sytuacji, w której wszyscy będziemy już grali w jedną tylko grę (a jest do tego bardzo blisko! Kto jeszcze pozostał poza obrębem „cywilizacji technicznej“, oprócz Amiszów i paru innych, całkiem marginalnych grup..?), najdrobniejsza nawet awaria może być tak katastrofalna w skutkach, że cofniemy się do paleolitu – bo już nawet neolitycznych umiejętności nikt prawie w skali globu nie kultywuje…

Po drugie – omnipotencja władzy jest pierwszą i najważniejszą przyczyną marnotrwstwa. Było to widać już w Cesarstwie Rzymskim. Po co eksperymentować z nowymi formami ożaglowania, skoro stać nas na wybudowanie galer o pięciu rzędach wioślarzy – a jeśli te okażą się za małe, to wybudujemy jeszcze większe..? Upaństwowienie nauki, które zaczęło się już przed II wojną światową w 90% odpowiada za jej obecne zidiocenie i upolitycznienie. Nie ten bowiem dostaje grant, kto ma rzeczywiście najlepszy pomysł, a ten, kto ma „najszersze plecy“, albo – kto proponuje najbardziej widowiskowe i efektowne (co wcale nie znaczy że efektywne!), a więc nadające się do pokazania jako polityczny sukces, rozwiązanie.

Drugim czynnikiem budującym obecny kryzys, obok omnipotencji i pychy wszelakiej władzy, jest przez Lema przepowiedziany „kryzys kultury“ – która przestała być dla jej nosicieli bezalternatywną oczywistością. Ten „kryzys kultury“ przebiega jednak inaczej, niż Mistrz sobie to wyobrażał. Efektem zakwestionowania jedynosłuszności kultury chrześcijańskiej nie jest w Europie bynajmniej stan akulturalny czy acywilizacyjny. Mistrz nie wziął bowiem pod uwagę wielowarstwowości kultury. Kultura „elitarna“, „wysoka“, okazała się na podważanie jej pewników przez naukę bardzo mało odporna. Przeciwnie kultura „ludowa“, „masowa“ – tej żadna antropologia z etnografią zaszkodzić nie mogą, bo jej wyznawcy niezdolni są do zrozumienia takich niuansów pojęciowych!

Efektem kryzysu jest więc właśnie neopogaństwo. Zabobony, które nie zostały wyplenione, a tylko były przez pewien czas powierzchownie schrystianizowane, wypływają obecnie na powierzchnię w postaci czystej, żadną przymieszką abstrakcji, czy transcendencji nie skażonej.

Główną bowiem cechą pogaństwa jest jego niezdolność tak do transcendencji (ta, jeśli można używać w ogóle takiego terminu, raz jeden tylko w dziejach została „wynaleziona“ – dokonał tego Platon, który jednak nie zdołał wszystkich konsekwencji swego „odkrycia“ eksplorować, bo też i było to dla jakiejkolwiek jednostki nieposilne zadanie…), jak i do abstrakcji. „Nauka pogańska“ to oksymoron. Archimedes, Euklides, aleksandryjczycy, dokonując odkryć w zakresie „nauki czystej“, byli dla swych wierzących współczesnych bezbożnikami ipso facto: odnajdując formuły dające wpływ na przyrodę, które nie były formułami magicznymi lub religijnymi, kwestionowali w ten sposób prawomocność całego, magicznego postrzegania świata, jakie jest dla pogaństwa charakterystyczne. Pogaństwo ma z definicji charakter integralny. Skoro siły nadnaturalne, które czci, są immanentne, to świat materialny nie ma wobec nich żadnej zgoła autonomii – a więc wierzący poganin nie może zarazem uważać za prawdziwe mitów, które powtarza i np. zasad termodynamiki, czy szczególnej teorii względności. Mit musi mieć przewagę, a skoro ma przewagę, to nauka jest niemożliwa.

Przełom jaki tylko i wyłącznie Europie i to właściwie tylko w zachodniej połowie tego kontynentu dało chrześcijaństwo, polegał na tym, że Bóg transcendentny raz świat stworzywszy, nadaje mu pewną autonomię – nie ma zatem żadnych przeszkód, aby zasady rządzące tym światem studiować w całkowitym oderwaniu od teologii. Duns Szkot, Wiliam Ockham czy młodszy Bacon, którzy stworzyli podwaliny współczesnej nauki, nie musieli być i nie byli ani bezbożnikami, ani heretykami. Już przez sam tylko fakt, że nawet uprawiając teologię, Kościół robi to wedle zasad logiki arystotelesowskiej, a więc – racjonalnie – teza jaką postawiłem wczoraj, iż nauka jest córą Kościoła, przezeń odchowaną, a potem tylko przeciw swej Matce zbuntowaną, jest z konieczności słuszna.

Obecnie cofamy się do czasów przedsokratejskich. Gorzej nawet. W realnych czasach przedsokratejskich światem rządzili przynajmniej wojownicy – mężczyźni. Z natury pragmatyczni. Przynajmniej: otwarci na takie innowacje, które im bezpośrednio mogły być przydatne. Nóż z brązu lepszy jest od maczugi nabijanej kamieniami. Stalowy miecz lepiej tnie od noża z brązu. Itd., itp. Obecnie światem rządzą gospodynie domowe – istoty całkowicie irracjonalne, na podobieństwo dionizyjskich bachantek. Rozszarpią żywcem każdego, kto ośmieli się zakwestionować pogańską ortodoksję w którą wierzą! Bez względu na jakiekolwiek pragmatyczne korzyści, jakie taka postawa mogłaby ewentualnie obiecywać…

Prorokuję zatem: nadchodzi era Pogańskiego Totalitaryzmu. Połączenie omnipotencji wyposażonego w ostatnie zdobycze skądinąd zdychającej nauki państwa ze światopoglądem kucht, pasjonatek horoskopów, telenowel i krzyżówek. Koniec wszelkiej twórczej nauki, koniec postępu, koniec racjonalizmu. Nowy matriarchat jako rządy Bogini Matki, strasznej i pięknej, dającej życie i zadającej śmierć… Koniec świata, który dał nam ten poziom życia, do którego jużeśmy przywykli – bez względu na wyczerpywanie się surowców czy na kłopoty z „bombą megabitową“. Ten nowy, pogański, totalitarny i matriarchalny świat już widać gołym okiem.

Powiadam Wam: po moim trupie! Po moim trupie nastąpić może jego zwycięstwo. Będę zabijał jego akolitki zimną stalą póki starczy mi sił w ramionach i póki mój ostatni koń nie padnie trupem. Tak mi dopomóż Bóg!

16 komentarzy:

  1. Interesująca analiza.

    Poniekąd też się tego obawiam. Tego totalitaryzmu (nie ważne czy pogańskiego czy ateistycznego). Swoją drogą Hitler mocno promował germańską wersję pogaństwa, więc to nie jest nowy proces.

    Jak Pan pisze władza ma pewną wizję dotyczącą tego jak np. będzie wyglądać rolnictwo. Dość wyrazie wspierane są rozwiązania zmierzające do zwiększenia wielkości przeciętnego gospodarstwa rolnego. Ileż to jest różnych programów pomocowych w których jednym z warunków jest posiadanie gospodarstwa rolnego o powierzchni PRZYNAJMNIEJ średniej gminnej. Czy jest jakiś program w którym wspierani są tylko ci z gospodarstw mniejszych niż średnia gminna?
    Konsekwencje tego typu rolnictwa w przypadku Peak Oil mogą być bardzo nieprzyjemne. Jeśli natomiast problemy związane z PO nie nastąpią... to nic się nie stanie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Tylko czy Peak Oil może NIE wystąpić..?

    OdpowiedzUsuń
  3. Niedokładnie się wyraziłem. Chodziło mi o "gwałtowne" i nieprzyjemne przejście na inne paliwa jak ropa lub zmniejszenie dostępnej ilości energii, którą ludzkość ma do dyspozycji.

    OdpowiedzUsuń
  4. Panie Jacku - znakomity wpis. Właściwie artykułuje Pan również moje odczucia. A bym powiedział, że zaczynając bloga właśnie włączyłem się to tej wojny. Choć piórem, a nie mieczem. Ale myślę, że obecne elity i sposób funkcjonowania państwa się kompletnie wypalają. Przez pewien czas potrwa beznadziejna walka o utrzymanie obecnego systemu i jak ktoś się nie schowa to grubo zapłaci - ale potem normalność zwycięży - na gruzach obecnego szaleństwa

    OdpowiedzUsuń
  5. Jacku - bardzo ciekawe, poza tym i ja jestem wielbicielką Leba, jednak wrócę tu na spokojnie, jak tylko dam radę ogarnąć nieco więej od wyrywkowych informacji :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Lema, nie Leba oczywiście! :))

    OdpowiedzUsuń
  7. tylko co to jest normalność? i normalny stan umysłu? przeciętność? wyrównanie poziomu z większością? ES

    OdpowiedzUsuń
  8. Bubo Bubo

    Tak, bardzo trafna analiza.

    Kultura łączy ze sobą wymagania psychiki człowieka z koniecznością wypływającą z organizacji struktury społecznej. Te dwie ostatnie w zasadzie niezmienne od stuleci.
    Psychika z całym wachlarzem przywar, ale i zalet. Oraz imperatywnie skoordynowany związek, czyli oparty na panowaniu (zorganizowana rządząca mniejszość vs. niezorganizowana nierządząca większość - w konsekwencji różne formy niewolnictwa) w zakresie struktury społecznej.

    Kultura, która przestaje w spójny sposób łączyć te dwa elementy upada, a na jej miejsce przychodzi nowa.

    Rewolucja pogańska, czy jakakowiek inna, przy wszystkich jej zaletach jest jednak niczym sztormowa fala, która niszczy zamki z piasku zbudowane na brzegu, niszczy jednak tylko po, to aby na ich miejscu mogły powstać nowe. Tak czy inaczej „imperatywnie skoordynowany związek” na którym opiera się istnienie społeczeństwa nie może obyć się bez tych murów, które przy każdej fali zdają się rosnąć coraz wyższe.

    Hitler i Stalin nawet nie marzyli o takich środkach inwigilacji, które udostępnia obecny poziom techniki ludzkiej głupoty.

    Kultura jest częścią natury, i niezależnie od tego czy Alfred Louis Kroeber miał rację stawiając taką tezę, kiedyś wyginiemy jak dinozaury, bo czyż homo sapiens nie jest tylko stopniem na drabinie wiodącej do nieskończoności? Próba ucieczki w transcendentne imaginacje, jest tak samo zwodnicza jak konieczna. Cóż więc nam zostało, skoro Boga zabił Nietzsche? To jest problem sięgający początków, a więc mityczny, mity zaś są prostą koniecznością wynikającą z faktu, iż żadne potencje rozumu nie odgadną złożoności tego świata. Sowa Minerwy jak pisał Hegel, pojawia się o zmroku, pytanie o sens pada wówczas, gdy tego sensu już nie widać. Nadzieja w tym, iż „świat do końca odczarowany, staję się światem na nowo zaczarowanym”.



    (...) każda rozmaitość jest jednostajnością, każda zmiana trwaniem.
    Monteskiusz

    Pozdrawiam
    Mark0wy

    OdpowiedzUsuń
  9. Otwiera się przed nami "obszar nieciągłości" - jako połączenie niszczącej dla homeostazy gatunku działalności coraz to potężniejszego państwa i dysfunkcjonalności kultury, której "górna warstwa" ulega odrzuceniu i zniszczeniu i z której pozostają tylko najprymitywniejsze, zarazem najbardziej pierwotne elementy. Czy za tym "obszarem nieciągłości" jest jakakolwiek przyszłość dla homo sapiens..? Nie sposób tego z góry przewidzieć... Mamy oczywiście ewangeliczną obietnicę o tym, że "Bramy Piekielne nie przemogą"... - ale po ludzku rzecz biorąc, brak jest podstaw do optymizmu. Rak, który toczy naszą cywilizację przychodzi w tym samym momencie co narastanie "bomby megabitowej" i kryzysu surowcowego. Łatwo może się zatem okazać, że po dawnemu żyć się nie da, bo nie będzie potrzebnych do tego zasobów - a na nowo zorganizować życia się nie uda, bo choć potrzebna wiedza może nawet będzie już istniała (a może istnieje i teraz..?), tylko albo nie będziemy o tym wiedzieli, albo nie będziemy mogli jej wykorzystać z powodu odrzucenia racjonalności myślenia przez rządzące pogaństwo...

    OdpowiedzUsuń
  10. Witam,

    Tyle, że teza o wzmocnieniu państwa jest dyskusyjna. Obecne obrastanie w piórka (w Polsce 100 tys. nowych urzędników) jest raczej dowodem słabości. Rośnie w siłę władza, ale paradoksalnie ponieważ to co "nie-polityczne" staje się "polityczne", nie chodzi tu o władze stricte państwową. Chodzi bowiem o zależności pomiędzy władzą formalną a faktyczną (przy założeniu, iż mamy do czynienia z zakresem krzyżującym się) na kanwie zacierania się granic polityki i zdobywania dominacji tego, co pozornie „niepolityczne”.

    Przy czym chciałbym zwrócić uwagę, że ucieczka, czy przeczekanie na wsi, czy z dala od "zepstutych" miast raczej nic nie da, gdyż fala dotrze także tam. Np. gdy w miastach zabraknie żywności. Ale to takie futurystyczne ple-ple-ple :)

    Pozdrawiam
    Mark0wy

    OdpowiedzUsuń
  11. Jaki matriarchat? Jak sie Europa nie otrzasnie, to bedzie tam nie matriarchat a kalifat i jedyny bog Allah.
    Reszta sie zgadza. Islam doskonale wypelnia wymagania tluszczy: daje odpowiedzi na wszelakie pytania egzystencjalno-filozoficzne, definiuje jasno co jest halal a co haram, organizuje w sposob bardzo dokladny zycie ummy (wspolnoty), daje uprzywilejowana pozycje mezczyznie, zagania kobiety do roli domowych zwierzatek, ktorych przeznaczeniem jest urodzenie i wychowanie dzieci oraz gotowanie obiadkow.

    Do tego islam ma bardzo "przyjazny" stosunek do nauki, przyjazny z punktu widzenia tluszczy: to, co nie wyswiecone przez Allaha, ustami jego prorokow i ulemow, nalezy bezwzglednie zniszczyc.

    OdpowiedzUsuń
  12. @Markowy

    Istotnie, wszechobecność nie jest równa wszechmocy - a im bardziej się państwo rozszerza, tym jest realnie słabsze. Ale akurat dla nas to bez znaczenia - bo to, że jest słabsze oznacza tyle, że zakładanych przez siebie celów realizować nie może. Niszczyć natomiast, ujednolicać, przeszkadzać - nawet słabnąc, dalej potrafi.

    Poza tym, kto tu ucieka na wieś..?

    @Futrzak

    Masz antyreligijną obsesję. A rozpowszechnienie takiej wersji islamu o której piszesz w Europie to funkcja tutejszego socjalu. Skończy się socjal - muzułmanie wyjadą. Bo po co mieliby siedzić w tak zimnym, nieprzyjemnym klimacie - i jeszcze pracować..?

    OdpowiedzUsuń
  13. >„Nauka pogańska“ to oksymoron. Archimedes, Euklides, aleksandryjczycy, dokonując odkryć w zakresie „nauki czystej“, byli dla swych wierzących współczesnych bezbożnikami

    Skąd ten pomysł? Nie znam żadnego źródła antycznego świadczącego o jakichkolwiek oskarżeniach naukowców o bezbożność. Głośny przypadek Arystarcha to wymysł XVII-wiecznego bodaj filologa.

    Sokratyzm w naszej obecnej "cywilizacji" niestety raczej rośnie w siłę niż upada. Wulgarnego racjonalizmu jest coraz więcej, wkracza tam, gdzie było dotąd miejsce odwiecznych zwyczajów i autorytetów. Dziś każdy człowiek myśli, choć przecież nie każdy powinien.

    OdpowiedzUsuń
  14. @Iulius

    Sokratesa jednak o bezbożność oskarżono. Że nie zrobiono tego także Archimedesowi, to tylko dowodzi, do jakiego stopnia ówczesne elity dały się przeżreć zwątpieniu i racjonalizmowi...

    Jesteś pewien, że "każdy człowiek myśli" - czy tylko "każdemu się wydaje, że myśli"..? To jednak jest pewna różnica...

    OdpowiedzUsuń
  15. Sokrates nie był naukowcem. Z pewnością za to był bezbożnikiem; sam pomysł, by brzydki człowiek pouczał pięknych młodzieńców o cnocie zakrawa na bluźnierstwo przeciw wszystkiemu, co greckie.

    Każdemu się wydaje, ale to wystarcza, by powszechnie żądano "racjonalnych" uzasadnień dla wszystkiego, zwłaszcza urządzeń społecznych.

    OdpowiedzUsuń
  16. Zgadzam się i częściowo to rozwinąłem w najnowszym poście. Co do Sokratesa jedynie: naukowcem na pewno nie był, ale sam wynalazek krytycznego myślenia, którego dokonał, dał nam w późniejszych skutkach naukę, jak i jej miłe ciału owoce: jak choćby tak przeze mnie lubianą porcelanę i "water closed" w miejsce drąga za stodołą i miski do mycia. Zaś co do bluźnierstwa: postawa Sokratesa sprzeciwia się temu, co Jaeger i jego zwolennicy uważają za "greckie". Ale jak było naprawdę, tego przecież wiedzieć nie możemy...

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...