niedziela, 1 sierpnia 2010

Niedokończeni

Nie jest dobrze, gdy kucharki zamiast gotować, rozprawiają o polityce. Lenin nie miał racji. Pytanie zresztą, czy swój bon mot wygłosił szczerze? W końcu w systemie władzy, który stworzył, nie tylko kucharki, ale i większość ministrów nic nie miała do powiedzenia w najważniejszych kwestiach państwowych.

Dyskusje przy małej czarnej z pianką i torciku Sachera o wielkich sprawach tego świata, już prawie 200 lat temu zyskały miano „kawiarnianej polityki“. Na ogół termin ten jest synonimem próżnych dywagacji, bez żadnej mocy sprawczej. Na ogół – bo nie w Polsce! Tutaj kawiarnie dyktują politykę rządu. Nawet potajemnego – jak to się co najmniej dwa razy już w naszych dziejach, z fatalnym zgoła skutkiem stało: w roku 1863 i w roku 1944.

Nie ma zresztą w tej właściwości naszej narodowej niczego zgoła nowego. Jeśli zajrzeć do para-dokumentalnych „Pamiątek Soplicy“ Henryka Rzewuskiego, choć prawie pół wieku pisanych po ostatecznym rozbiorze, ale z widoczną miłością przedmiotu i znawstwem rzeczy (wielka szkoda, że dzieła tego dziatwie w szkołach czytać nie każą, bo może by coś z tego skorzystała!), to zawsze tak było. Szlachta nasza żyła gromadnie, towarzysko, pospólnie i stadnie. Im gęściej i pospólniej – tym lepiej!

W opowiadaniu piątym, „Pan Rewiński“, czytamy: Dom sędziego nie był to pałac, ale ile tam mieściło się gości! Jak uprzejmość, jaka szczerość, jaka wesołość! (…) Ja z żoną stałem na folwarku u dyspozytora, któren, jak to wtenczas bywało, nie sługą, ale przyjacielem był uważany przez pana, z którym nawet miał jakieś powinowactwo; a oprócz nas jeszcze trzy małżeństwa mieściło się w pokoju, a dwa w alkierzu z ekonomstwem. A co też tego było we dworze! W sali jadalnej pięć małżeństw, a i po kwaterach u chłopów młodzież się roztaszowała. To co dzień z rana W. sędzia wszystkich obiegł i każdemu dzień dobry powiedział (…) – za czym idzie długi bardzo i smaczny opis gościnności porannych, potem przedobiednich, na koniec zaś i samego obiadu.

Podobnych opisów w całej książce wiele, a w opowiadaniu dwudziestym, „Stanisław Rzewuski“ jest ich piękne podsumowanie: (…) cała nasza zabawa z ludźmi obcować. Kiedy szlachcic przyjdzie do wioszczyny, jako zwykle, w niej domu nie zastanie, zaraz go stawi nad folwarkiem, a tak, żeby gościniec było widać, aby przez okno wyglądać, czy kto nie łaskaw go nawiedzić. To, jeśli się spostrzeże, że z daleka kurzawa się podnosi, ledwo serce nie wyskoczy z radości; że może ktoś o nim nie zapomniał. A kiedy nadzieja nie zawiedzie, to dopiero szczęście! Ugaszcza się łaskawcy, oprowadza się go do stajni, podpisuje się przed nim pracą swoją, wypije z nim, a nagawędzi się, że ledwo nie płacze przy pożegnaniu.

Jeśli ktoś zatem przypisuje naszym sarmackim przodkom wybujały indywidualizm i osobistą niepodległość, czy wręcz nonkonformizm, to błądzi głęboko! Owszem, trafiło się kilku oryginałów, ale i wśród takowych, odludki i milczki były raczej wyjątkami, a większość, jak chociażby opisywany też i przez Rzewuskiego starosta kaniowski, jakkolwiek by się nie srożyła wobec poddanych i osobistych wrogów, jakich by się nie dopuszczała bluźnierstw i bezeceństw i tak za największą radość miała kompanię do kielicha. Taką przy tym kompanię, żeby się do niej aż dusza z ciała wyrywała, a ślozy po policzkach ciekły, gdy rozstać się przyjdzie! Jest to życie bardziej komunalne niż w sowieckiej „komunałce“ – i wcale warunków mieszkaniowych nie mam tu na myśli.

Jeśli wierzyć Rzewuskiemu, przyczyną upadku I Rzeczypospolitej w żadnym razie nie mogła być utrata „kultury porozumienia“, jak twierdzą co poniektórzy – bo ta najwidoczniej aż do samego końca kwitła. Do takiego stopnia, że wątpić wręcz można, czy szlachcic pojedynczy, z tłumu podobnych mu wyrwany, umiałby zgoła się wysłowić o najprostsze sprawy zapytany. Skoro bowiem wszystko robił „w kupie“, a nic – własnym pomyślunkiem – to powstaje pytanie, czy samodzielnie w ogóle myśleć umiał..?

Inteligencja polska ewidentnie ten skrajny konformizm i niesamodzielność myślenia odziedziczyła. Zresztą – to akurat wcale nie dziwne! Sam termin „inteligencja“ zakłada w domyśle, że idzie o ludzi w możliwości własnego umysłu co najmniej wątpiących. Po cóż bowiem musieliby się nazwą dowartościowywać, gdyby naprawdę myśleć umieli..?

Inteligencja to w ogóle twór czysto kolonialny i już samo jej istnienie dowodzi, że do niedawna jeszcze byliśmy jako nowożytny naród „niedokończeni“. Nigdy nie było czegoś takiego jak „inteligencja brytyjska“, „inteligencja amerykańska“, czy też „inteligencja francuska“. Nie było, bo być nie musiało. Te narody powstały jeszcze w XVIII wieku i to one narzuciły reszcie świata standard „nowoczesności“. Łącznie z tym, że ich – czysto przypadkowa – homogeniczność językowa i religijna, wynikła m.in. z absolutyzmu i wojen religijnych (ani jednego, ani drugiego, nasi przodkowie nie znali i nie poważali…), stała się dla całej reszty świata standardem definiującym pożądany model bytu społecznego.

Inteligencja była potrzebna w Indiach, w Rosji czy w Polsce dlatego, że ani w Indiach, ani w Rosji, ani w Polsce standardu definiującego pożądany model bytu społecznego w „czasach nowożytnych“ nie wymyślono, tylko przyjęto importowany z Zachodu. Razem z rewolucją przemysłową i płodozmianem. Skoro zaś rewolucji przemysłowej i płodozmianu musieli miejscowych uczyć wykształceni na zachodnich wzorcach eksperci, to i musieli się, siłą rzeczy, pojawić „eksperci od bytu społecznego“ – czyli właśnie owa „inteligencja“: grupa ludzi,  którzy lepiej od ciemnego tłumu wiedzą, jak ów tłum żyć i myśleć powinien!

Na szczęście, powoli już chyba nasze „niedokończenie“ przemija. Co widać choćby i po tym, że coraz mniej jest ludzi, którzy chcieliby określać się jako „inteligenci“ – a coraz więcej takich, którzy wolą się nazywać „klasą średnią“. Po 200 latach odkąd zaczęliśmy importować rewolucję przemysłową i płodozmian, udało się nam wreszcie i do anglosasko – francuskiego modelu bytu społecznego dojść nareszcie. I chwała Bogu.

Niestety, nie kończy to bynajmniej naszych kłopotów z kawiarnianą polityką i konformizmem! Inteligencja musiała być konformistyczna. Nie tylko dlatego, że taki styl życia odziedziczyła po szlachcie, z której się jeśli nie rodowodem familijnym, to przynajmniej ideowym wywodzi. Również dlatego, że jej podstawową misją było przecież „szerzenie kaganka oświaty“, czyli przekładając z polskiego na nasze: pouczanie wszystkich dookoła, jak powinni żyć (i że powinni żyć inaczej niż żyją!). Konkretne przesłanie ideowe, z jakim inteligencja występowała, zmieniało się w czasie. Najpierw tym przesłaniem był patriotyzm – przy czym nie od rzeczy tu wspomnieć i o tym, że inteligencja nasza wielce sobie krzywdowała tym, że w odróżnieniu od rosyjskiej, a nawet, do pewnego stopnia, indyjskiej, udziału w rządach mieć nie może. Jej ślepe i głupie na ogół dążenie do stworzenia własnej państwowości i to koniecznie niepodległej również i miłość do jakże cudnych, a niedostępnych na razie posad rządowych zawierało. To, ilu przy okazji zbankrutuje właścicieli ziemskich i przemysłowców, a ilu chłopów zginie – nigdy inteligencji nie interesowało. Po to jest mierzwa tego świata, żeby ci, którzy wiedzą lepiej, mogli nią sobie wymościć drogę ku świetlanej przyszłości.

Kiedy wbrew najszczerszym wysiłkom tych naszych, pożal się Panie Boże, samozwańczych przywódców, układ geopolityczny stał się na chwilę taki, że Polska chcąc nie chcąc, musiała powstać, część inteligencji oczywiście zajęła należne jej miejsce przy żłobie. Rychło się jednak okazało, że po pierwsze – miejsca tego jest ciągle mniej niż chętnych; a po drugie – że pospolita rzeczywistość skrzeczy i odzyskanie tej wyśnionej przez sto lat z okładem niepodległości, wcale żadnej powszechnej szczęśliwości i raju na Ziemi nie oznacza, a nawet wprost przeciwnie.

Od tego momentu poważna część inteligencji naszej wzięła się za szukanie recepty na ów raj ziemski. Oczywiście, są to recepty co do jednej wyłącznie importowane. Innych być zresztą nie może: wszak już pisałem, że „inteligencja“ jest warstwą typowo kolonialną i racją jej bytu jest właśnie importowanie rozwiązań wymyślonych gdzie indziej, prawda..? Importowanie zresztą z różnych kierunków: ostatnio ponownie z Zachodu, choć jeszcze nie tak dawno, ci sami ludzie w zupełnie przeciwnym kierunku się po nauki i przykład zwracali!

Szczegóły naprawdę nie są istotne. Tym bardziej, że powoli, ale nieubłaganie, razem z inteligencją do lamusa dziejów odchodzi też i jej rola dziejowa i konformizm i rola „pasa transmisyjnego“, tłumaczącego z francuskiego, czy tam z rosyjskiego na polski. Malejące czytelnictwo „Gazety Wyborczej“ jest tego najlepszym dowodem…

Pytanie tylko, czy zdychająca inteligencja zdoła czy nie zdoła złożyć na czole narodu swój ostatni pocałunek śmierci? Tak bowiem, jak inteligencja przejęła sporą część obyczajowości i sposobu bycia naszej elity poprzedniej – szlachty – tak i teraz wiele wskazuje na to, że nowa klasa średnia, choć wcale już nie musi naśladować Francuzów czy Niemców, bo niczym się przecież od swoich odpowiedniczek w tych krajach nie różni, skłonna jest dalej kultywować zabobony i przesądy odziedziczone po inteligencji.

Zabobonem najbardziej podstawowym jest właśnie nasz narodowy konformizm. Bodaj Pani Senator Oldze Krzyżanowskiej wyrwało się przy okazji odznaczenia, jakie dostała za swój młodzieńczy udział w wojennej konspiracji, że w tamtych czasach trzeba było wiele odwagi, żeby nie konspirować. Bo taki był oczywiście standard. Wszyscy konspirowali. I co z tego wynikło..? Ano wynikło, co wynikło. Kucharki, tj. przepraszam – oczywiście, że patriotyczna młodzież, w konspiracji zrzeszona, zrobiła nam powstanie warszawskie. Tak właśnie było – skoro na poważnie podaje się, że jednym z motywów generała „Montera“ podjęcia decyzji o wywołaniu powstania była obawa, że jeśli kierownictwo konspiracji tego nie zrobi, to ulica sama wybuchnie. Dokładnie tak samo jak w 1863 roku…

Podobieństwo modus operandi jest nieprzypadkowe. W końcu dla Piłsudskiego, powstanie styczniowe to była świętość – i ta nierozsądna aż do bólu ruchawka była w oficjalnej propagandzie oraz w szkole przez całe dwudziestolecie międzywojenne otoczona kultem. Nic dziwnego więc, że tak zindoktrynowana młodzież, rwała się do walki bezmyślnie i bez sensu – i starsi, choćby chcieli (ale czy chcieli..?), nie mieli szans jej powstrzymać.


Teraz wynikłe z tego powstanie warszawskie otacza się takim samym kultem i czcią jak w dwudziestoleciu międzywojennym powstanie styczniowe. Aż boję się pomyśleć, co z tego wyniknąć może! Kolejnej takiej rzezi, możemy już jako naród nie przetrzymać – tym bardziej, że wraz z upływem czasu skala szkodliwości kolejnych naszych „czynów zbrojnych“ przez ostatnie 200 lat systematycznie rośnie. Możemy zatem być skończeni, nim się nam uda wreszcie formę naszego społecznego bytu – dokończyć.

2 komentarze:

  1. Bardzo dziękuję, panie Wojciechu. Nieskromnie powiem, że też mi się podoba. Z czego logicznie wynika, że w NCz!, gdzie go oczywiście posłałem - NIE pójdzie! Cóż, teraz idą co dwa tygodnie, spróbuję wymyślić coś mniej oczywistego... A swoją drogą, byłoby ciekawie, gdyby się ktoś NIE zgodził - i może jeszcze spróbował swoją niezgodę uargumentować..? Bo że bezmyślną młodzież udało mi się zirytować, to sobie nawet i chwalę - może jak irytacja opadnie, cień myśli pod rozpaloną czaszkę zawita..? Por.: http://tiny.pl/h75zs

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...