wtorek, 10 sierpnia 2010

Niebo płacze

Prognoza pogody dla pobliskiego Grabowa, którą niedawno znalazłem w sieci przepowiadała uporczywą mżawkę przez część dnia dzisiejszego – ale dopiero w drugiej jego połowie. Zaś Onet-owa prognoza dla stolicy naszego powiatu, czyli dla Białobrzeg – burzę, ale bez opadów wczorajszym wieczorem. Kierując się tym wskazaniem, a także dokuczliwą już ilością kwasu mlekowego w mięśniach wczoraj wieczorem, ani nie porąbałem drewna opałowego, którego pewna ilość powstała na skutek porządków po przewróconej na ujeżdżalni sosence i wycince brzózkowego drobiazgu, który mi nie pozwalał dobrać się do olszyny; ani też nie przywiązałem do ogrodzenia tych osikowych kołków, które miały posłużyć do umocnienia istniejących ogrodzeń. Oczywiście, o tym, żebym jeszcze wczoraj wkopał wszystkie 26 kołków, jakie przygotowałem na ogrodzenie Wielkiego Padoku, to i mowy być nie mogło.

Teraz wszystko jest mokre. Przyroda bowiem zastosowała twórcze połączenie obu pokazywanych przez meteorologów tendencji. Najpierw, w nocy, zerwała się burza z grzmotami i błyskawicami, ale bez deszczu. Od czego budziłem się wiele razy, bo we śnie istnieje niejakie podobieństwo między grzmotem pioruna a tętentem kopyt uciekającego tabunu. Potem, już nad ranem, zaczęło siąpić, czasami nawet zgoła intensywnie.

Koniowie, kiedy przyszedłem ich nakarmić, wykopany przez Lepszą Połowę z ciepłego łóżeczka, gdzie grzecznie sobie spałem z koćkodanem u boku (tamtej, zgubionej myszy już nie złapała, ale na szczęście nie przyniosła też nowej!), byli suchutcy – poza Maleństwem, której się zad pod wiatą nie mieścił. Oczywiście spożycie śniadania i wydanie im kolejnej porcji siana było okazją do wymiany kopów, tj. przepraszam – poglądów – po której już tylko Samica Alfa, czyli Dalia wlkp oraz jej przyboczny, czyli Gluś, pozostali tak samo suchutcy jak poprzednio, bo się z miejsca nie ruszyli. No, jeszcze koń Lepszej Połowy, aspirujący do roli Przyszłej Alfy, też nie wyleciał poza obręb chroniącego przed opadem dachu dalej niż o pół ucha.

Mżawka nawet i przechodzi, co by dowodziło, że z tymi prognozami wcale nie jest tak źle – po prostu jedna ziściła się o 6 godzin wcześniej, a druga, o 6 godzin później. Cóż to jest wobec wieczności?

Tak czy inaczej jednak, drewna to już raczej dzisiaj rąbał nie będę, musi wyschnąć. Pozostaje posprzątać pod wiatą, przymocować kołki do ogrodzenia i wkopać tamte na Wielkim Padoku.

Trzeba tylko ciut poczekać, aż chociaż odrobinę przeschnie. Tymczasem więc przejrzałem zakupioną wczoraj wraz z „Gazetą Wybiórczą“, „Gazetę Praca“. Ofert mało, ale coś tam się, jak zwykle znalazło. Wysyłanie odpowiedzi zajmie mi trochę czasu przy średniej szybkości transferu danych 1,2 kB/s. Jest to przy tym czynność li i jedynie rytualna. Nie zdarzyło się jeszcze, żeby mi ktokolwiek odpowiedział. Co jest poniekąd całkowicie naturalne: robiłem w życiu wiele rzeczy i w większości rzeczy, które robiłem, byłem dobry, a nawet bardzo dobry. Wiele razy udawało mi się wyłuskać takie ogłoszenia, które wprost idealnie pasowały do części moich doświadczeń i umiejętności. Cóż z tego jednak? Ja wiem, że byłem dobry, ale przecież ten, kto czyta moje CV tego nie wie. Rekrutowałem kiedyś kelnerów do restauracji, to wiem, jak to się odbywa. Z kelnerkami łatwo, jeśli są zdjęcia. W przypadku kelnerów wyłuskuje się z tego potoku słów, w CV zawartych, tylko słowa kluczowe – nazwy lokali jakoś znanych i kojarzonych. Jeśli się takowe pojawiają, odkłada się wydruk na kupkę „do przejrzenia“, resztę zaś – wrzuca do kosza.

Oczywiście nie aplikuję na stanowisko kelnera, nie mam po temu najmniejszych kwalifikacji. Ale ogólny mechanizm jest taki sam. Obawiam się więc, że pod jakimkolwiek kątem by moje CV nie było rozpatrywane, żadnych przyciągających uwagę słów kluczowych w nim nie ma. Przy tym, oczywiście jest prawdą, że przyjmuje się do pracy albo znajomych, albo osoby przez znajomych rekomendowane. Mogę sobie tylko pluć w brodę, że na studiach, zamiast kolekcjonować piątki do indeksu, tak mało imprezowałem i w tak wąskim gronie – ostało mi się znajomych ze studiów może trzy albo cztery osoby i akurat żadna w tym momencie pomóc mi nie może. Do tego po jednej – dwie osoby z każdej kolejnej pracy, jaką przechodziłem („Super Express“, MSWiA, Porty Lotnicze). Za mało. To, swoją drogą, mam za jedną z najbardziej fundamentalnych wad nowożytnego systemu szkolnego (bo to się już z jezuitami zaczęło w XVI w.!): w kluczowym dla gromadzenia „kapitału społecznego“ okresie życia część przynajmniej scholaryzowanej młodzieży ulega próżnej, a nawet szkodliwej pokusie oddawania się nauce, co daje doraźną gratyfikację w postaci całkowicie sztucznego prestiżu (bo tylko w oczach nauczycieli i niezorientowanych w niebezpieczeństwie rodziców przecież…) i ocen, ale nic, ale to nic nie pomaga w prawdziwym życiu…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...