poniedziałek, 9 sierpnia 2010

Grzybki

Narzekałem, że grzybów brak. Tośmy wczoraj znaleźli na Pierwszym Padoku, wedle wyliczeń Lepszej Połowy, 30 ogromnych kań. Kilka zjedliśmy. To są kanie, co do tego nie ma wątpliwości. A mimo to, tak samo jak w zeszłym roku, znowu mi zaszkodziły (Lepszej Połowie zresztą też, choć mniej). To chyba jakaś autosugestia jest, bo jak rok temu pierwsze zebrałem, to jakoś tak rozmawialiśmy, że na koniec nie byłem już pewien, czy to kania czy sromotnik… W każdym razie cierpiący jestem od wczoraj na żołądek i jakoś mi to cierpienie nie przechodzi, a razem z nim i podły humor. Cóż: cierpienie, cierpieniem, a za robotę trzeba się brać. Przewróciła się nam wczoraj popołudniu sosenka na ujeżdżalnię, trzeba to uporządkować – a potem wracać do strugania palików na Wielki Padok. Koniowie tylko dwa razy tej nocy uciekali, dobre zwierzaki, dały się wyspać…


Jak by ktoś miał apetyt na kanie, to serdecznie zapraszam. One naprawdę nikomu innemu poza mną nie szkodzą – w zeszłym roku obdarowywaliśmy nimi każdego, kto nas odwiedzał w stosownej porze. Jeśli teraz się pojawiły, to będą się pojawiały świeże przez cały czas. Lepsza Połowa zastanawia się, czy by się ich nie dało zakwasić na zimę..?

2 komentarze:

  1. tutejsi ludzie zachwalają suszone kanie, najlepiej suszy się je na kuchni lub w piecu chlebowym, a zimą utarte w moździeżu ew. pokruszone podobno są pyszne jako źródło smaku grzybowego, pozdr. Ania z Kresowej

    OdpowiedzUsuń
  2. Dzięki za przepis. Jakoś odechciało się nam kań w jakiejkolwiek postaci...

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...