wtorek, 3 sierpnia 2010

Grodzenie Wielkiego Padoku

Nie jest łatwo ogrodzić 10 ha. Na razie stan gotowości ogrodzenia oceniam na jakieś 20%. I tak nieźle, biorąc pod uwagę, że z wczoraj i dzisiaj, to łącznie zdziałałem tyle przez może 8 dni – na przestrzeni ostatnich dwóch miesięcy. Bo głównie jednak pochłaniały mnie zajęcia zarobkowe, czyli siedzenie w bibliotece. Które właśnie się skończyło – a razem z nim, skończyły się też pieniądze…

Niby nadzieja jest! Nadzieja, jak wiadomo, umiera ostatnia. Poza tym, nie samym chlebem żyje człowiek, prawda? Nadzieja jest taka, że powinny przyjść pieniądze od wszystkich dwóch redakcji które były na tyle szalone, że mnie drukują, tj. od „Końskiego Targu“ i od „Najwyższego Czasu!“. Tyle, że po tym, jak z umowami za miniony rok przez rok zalegałem, „Koński Targ“ płaci mi teraz dopiero gdy odeślę mu podpisaną umowę, a ta jeszcze w ogóle do mnie nie przyszła, więc jej odesłać nie mogłem (abstrahując od faktu, że w tej chwili nie mam już nawet na znaczek…). „Najwyższy Czas!“ jako organ, było nie było, liberalny, żadnych podpisów pod umowami ode mnie nie potrzebuje – ale za to przesyła pieniądze nader nieregularnie tak, że w żaden sposób nie potrafię przewidzieć, kiedy ten szczęśliwy moment nastąpi. Nawet wysłałem do nich zapytanie w tej sprawie. Ciekawe, czy odpowiedzą..? Tymczasem Radek, druh mój serdeczny, ma swoje kłopoty i pożyczyć mi na razie nie może: m.in. ta krowa, której realizm pojęciowy kosztował mnie zdewastowaną przyczepę, ocieliła się niezbyt szczęśliwie. Słabuje po porodzie i mleko ma tylko w jednym wymieniu. Niedobrze.

Wracając zaś do grodzenia: niby wszystko robię sam i ręcznie – ale to i tak zawsze jakieś pieniądze kosztuje! Choćby na paliwo do piły (i od czasu do czasu także na profesjonalne podostrzenia łańcuchów – ostrzenie ręczne niewiele daje, a żeby naostrzyć na szlifierce bez tego sprytnego przyrządu, który mają w serwisie, to trzeba grać w zupełnie innej lidze robótek ręcznych, niż moja), a przydałoby się i do samochodu: dla oszczędności roznosiłem sobie kołki na piechotę, ale jak wczoraj uległem wreszcie Lepszej Połowie i rozwiozłem przyczepą, to w efekcie podwoiłem przez dwa dni dotychczasowy urobek… Nie mówiąc już o tym, że po pracy w takim upale bardzo chce się piwa. Jezu Chryste! Ja do 19 roku życia piwa nie piłem – jak ja się w ogóle tyle lat uchowałem..? A przecież lata były wtedy gorętsze, zimy zimniejsze (co akurat i prawdą jest, bo „zimę stulecia“ przecież pamiętam bardzo dobrze…), a deszcz rzędami padał i można było suchą stopą przejść…

Generalnie rzecz biorąc nasze dotychczasowe doświadczenia w grodzeniu pastwisk jasno wskazują, że nie ma jak uczciwie zabetonowany, możliwie jak najgrubszy słupek stalowy. Słupki tylko wkopane w ziemię po kilku dniach całkiem są już luźne i cokolwiek by nie wypełniało przestrzeni między nimi (czy to jest taśma, czy sizal po prostu), zwisa smutno i żadną przeszkodą dla zwierzaków nie jest. Żeby jednak zabetonować ok. 400 słupków, bo tyle pewnie wyjdzie na cały Wielki Padok, to trzeba mieć o wiele więcej siły (roboczej) i lepszy sprzęt, niż ten, którym dysponujemy. Dlatego też, krakowskim targiem, wkopujemy słupki – a zamiast stalowych, 2,5“ bo takie najgrubsze jeszcze mam – używam osikowach kołków. Nawet najcieńsze, z samych maleńkich osik, i tak są u spodu grubsze od tych stalowych – mam nadzieję, że dobrze, czyli głęboko wkopane, będą się lepiej od nich trzymać pionu. Wbetonujemy kilkadziesiąt stalowych tylko od frontu, czyli od strony drogi, gdzie mamy najbliżej.

Szłoby o wiele szybciej, gdyby nie dwie rzeczy: po pierwsze – grodzenie Wielkiego Padoku przegrywa dość często z umacnianiem ogrodzeń już istniejących, na co te same kołki (tylko w wersji dwa razy dłuższej), też są potrzebne. Po drugie – upał jak Diabli. Po godzinie, góra dwóch – serducho wali jak młot kowalski, pot oczy zalewa, trzeba na chwilę przysiąść i odpocząć. Co też czasem zupełnie niespodziewane korzyści daje. Dzisiaj, kiedym tak sobie siedział i odpoczywał w cieniu karłowatej sosny, przyszła do mnie sarna z młodym. Oczywiście uciekły, kiedy się tylko poruszyłem, ale to i tak była miła wizyta. Młode – prześmieszne! Inny saren/sarna (nie widziałem z daleka), nocował dzisiaj na naszym Dzikim Zachodzie, do którego już się z linią kołków wcale zbliżyłem (z jednej strony…) i opuścił teren gdy zacząłem kopać. Nie obiecuję, że będę wychodził do pracy z aparatem! Szpadel wystarcza – musicie mi więc Państwo wierzyć na słowo.


Nie, żebym się skarżył. Sami chcieliśmy, to mamy. Sytuacja powinna się poprawić dość radykalnie za jakieś dwa tygodnie – a na pewno od września. Na razie jednak, nie ma co kryć, czujemy się z Lepszą Połową nieco opuszczeni. Nawet nasi przyjaciele powyjeżdżali sobie na wakacje, nie dzwonią, nie piszą, o odwiedzinach nie wspomnę (a tak! Dopiero mieszkając na wsi można docenić przyjemność z przyjazdu gości! Co tylko lepiej mi pomaga zrozumieć Rzewuskiego…). Miał ktoś przyjechać fotografować nasze konie – nie przyjechał i nawet nie dał znać, dlaczego. Cóż: kanikuła… Jutro pewnie za wiele nie zdziałam z braku ostrego łańcucha do piły. To może coś napiszę, na czym da się choć parę złotych zarobić..?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...