niedziela, 15 sierpnia 2010

Biała Gwardia

Wyobraźmy sobie na chwilę, że dzieje potoczyły się inaczej. Rada Regencyjna w chwili klęski Niemiec w listopadzie 1918 roku przekazała władzę nie skompromitowanemu w oczach zachodnich aliantów Piłsudskiemu, tylko np. generałowi Dowbór – Muśnickiemu. Oczywiście, miałby poważne kłopoty – przede wszystkim z całą tą naszą „lewicą niepodległościową“ i jej zbrojną konspiracją. Kłopoty jednak skończyłyby się po miesiącu – w chwili wylądowania w Gdańsku Błękitnej Armii. Tak zdolny dowódca jak Dowbór – Muśnicki z resztą powinien już sobie poradzić. Zaś styczniowe wybory do Sejmu Ustawodawczego ujawniłyby przewagę w społeczeństwie sił popierających Generała: endecji, chadecji i ludowców.

Rzecz jasna, wymagałoby to niejakiego współdziałania Francuzów i Anglików. Przede wszystkim – musieliby wysłać Błękitną Armię do Gdańska – a nie tylko jeden krążownik z Paderewskim na pokładzie! Skoro jednak wysłali ten krążownik z Paderewskim na pokładzie do skompromitowanego w ich oczach Piłsudskiego, to może do Dowbora wysłaliby całą armię..? Przy okazji sprawa przynależności państwowej Gdańska i terenów wzdłuż linii kolejowej Gdańsk – Warszawa zostałaby rozstrzygnięta siłą faktu, bez żadnych tam plebiscytów…

Oczywiście pierwszym zadaniem nowych władz byłoby uporządkowanie sytuacji w Galicji Wschodniej – oraz adekwatne wsparcie dla Wielkopolski. Ponieważ i jedno i drugie udało się także i w rzeczywistości, nie ma powodu wątpić, aby mogło się nie udać w sytuacji militarnie lepszej – dzięki przerzuceniu do Polski Błękitnej Armii o kilka miesięcy wcześniej niż to się naprawdę wydarzyło. Powstanie wielkopolskie, jedyne słuszne i zwycięskie, mogłoby może w tej sytuacji objąć też i część przynajmniej Pomorza – bo skoro na prawym brzegu Wisły i tak stoją już Polacy, dlaczego nie mieliby przejść i na lewy..?

Wiosną 1919 roku przed Naczelnikiem Państwa stałyby dwie palące kwestie: toczące się negocjacje na konferencji pokojowej w Paryżu oraz kwestia stosunku do bolszewizmu w Rosji. Obie te kwestie na pewnym poziomie łączyły się ze sobą. Mocarstwa które „rozdawały karty“ w Paryżu przyjęły w stosunku do Europy Środkowej całkowicie anachroniczną i nieżyciową politykę samostanowienia narodów – i to w oparciu o kryterium językowe przede wszystkim. To nawet w Europie Zachodniej nie byłoby takie łatwe: bo czy istnieje taki naród jak „Belgowie“..? I kim są – pod względem narodowym – Szwajcarzy..? W naszej części świata przyjęcie takiej zasady było i jest otwartym wezwaniem do jatki. Czego nie tak dawne uznanie niepodległości Kosowa najlepszym dowodem…

Jednak ta decyzja mocarstw wcale nie była przesądzona od samego początku wojny. Wynikła przede wszystkim z ideowych deklaracji prezydenta Wilsona – oraz z niejakiej bezradności aliantów wobec rozpadu ich wschodniego sojusznika, czyli Rosji. Wcześniejsze ustalenia z Rosją bynajmniej nie brały pod uwagę żadnych tam „kryteriów etnicznych“! Tak więc Wilson snuł w Paryżu swoje fantazje, a uzależnieni od niego Brytyjczycy i Francuzi skakali na linie próbując go zadowolić – i jednocześnie skakali sobie wzajemnie do oczu: Francuzi chcąc przy okazji jak najbardziej osłabić Niemcy, a Brytyjczycy – na zasadzie odruchu bezwarunkowego, bo polityka ta już w tym momencie znacznie przekraczała możliwości ich finansowo wydrenowanego Imperium – próbując zachować „równowagę“ na kontynencie. W tym samym czasie minister spraw zagranicznych w rządzie admirała Kołczaka, Siergiej Dymitriewicz Sazonow, także obecny w Paryżu, zaproponował Aliantom przyznanie Polsce granic obecnie określanych jako „jałtańskie“ – mniej – więcej oczywiście, bo nie przyszło mu do głowy ani szukanie w Królewcu „niezamarzającego portu“ (to mit jest, kłamstwo wymyślone przez Stalina na poczekaniu podczas konferencji jałtańskiej; chciał mieć po prostu kawałek terytorium przedwojennych Niemiec jako swój łup – port w Królewcu jak najbardziej zamarza…), ani odbieranie Polsce Galicji Wschodniej. Sazonow zrobił to z czystej złośliwości rzecz jasna. Po I wojnie światowej, świat był mimo wszystko ciągle jeszcze nazbyt cywilizowany, żeby przeprowadzić tak bezwzględne i na tak szeroką skalę zakrojone przesiedlenia ludności jak po II wojnie światowej. Tym samym odrodzona Polska miałaby ok. 10 – milionową mniejszość niemiecką na swoim terytorium, w dodatku zamieszkującą w zwartej masie jej kresy zachodnie, których przynależność państwowa byłaby przez Niemcy kwestionowana. Nader nieprzyjemne położenie i w zamyśle autora tego pomysłu – skazujące Polskę na sojusz z Białą Rosją. Oczywiście: gdyby Biali zwyciężyli w wojnie domowej…

Przyjęcie tej propozycji w świetle fantazji Wilsona oraz brytyjskiej obsesji na punkcie rzekomej „równowagi“ między Niemcami a Francją było w tym momencie najoczywiściej niemożliwe. Nie można jednak wykluczyć, że bezwarunkowe poparcie Polski dla Białych – niezależnie od tego, że Denikin, akurat w tym momencie u szczytu swojego sukcesu, bo podchodzący na czele Armii Ochotniej aż pod Orzeł, ciągle opowiadał się za „jedną Rosją od Kalisza do Władywostoku“ – byłoby jednak jakimś ważkim dla Zachodu argumentem na rzecz przyznania Polsce przynajmniej terytoriów spornych. Obszaru plebiscytowego na Górnym Śląsku i na Mazurach chociażby – ewentualnie też: Ziemi Lęborsko – Bytowskiej..?

Piłsudski który był w tym czasie u władzy w świecie realnym nawet podjął jakieś negocjacje z Denikinem. Domagał się jednak od niego rzeczy niemożliwych. Nie tylko zgody na niepodległość Polski (tego domagać się od Denikina nie było po co – bo i tak nie miał na ten fakt najmniejszego wpływu…), ale i na niepodległą Ukrainę. Na co tamten zgodzić się oczywiście nie mógł. W efekcie Polacy stali z bronią u nogi na pozycjach wyjściowych dość podobnych do ostatecznej granicy wschodniej II RP, spokojnie czekając aż ofensywa Armii Ochotniczej się załamie, a Biali zostaną zepchnięci na Krym. Dopiero kiedy praktycznie przestali się liczyć militarnie, Piłsudski ruszył na swoją wyprawę do Kijowa – w pogoni za mrzonką niepodległej Ukrainy. Że była to mrzonka, można było całkiem spokojnie przewidzieć z góry. W końcu Ukraińcy przegrali tam, gdzie byli naprawdę dość silni – w Galicji Wschodniej. Zresztą – przegrali z Polakami. Skoro przegrali z Polakami tam, gdzie byli dość silni, to jak mogli pomóc tym samym Polakom w pokonaniu bolszewików na środkowej i wschodniej Ukrainie, gdzie poza epizodem marionetkowego państwa ukraińskiego ustanowionego w 1918 roku przez Niemców, nie posiadali żadnego wpływu..? Gdzie Czerwoni, Biali i Zieloni (czyli anarchiści chłopskiej proweniencji) ganiali się od 2 lat nawet nie zauważając, że nie ganiają się po Rosji..?

Oczywiście, wyprawa kijowska Piłsudskiego zakończyła się tak, jak się musiała zakończyć. Zamiast 20 dywizji ukraińskich do pomocy, które mu obiecywał Petlura, grupa armii Rydza – Śmigłego zyskała tylko 1000 km trudnego odwrotu z Budionnym na karku. A mogło przecież być całkiem inaczej!

Wystarczyło ruszyć nie na Kijów, a na Moskwę – najpóźniej latem 1919 roku, zanim bolszewikom udało się odrzucić Armię Ochotniczą spod Orła. W tym momencie nie mieli rezerw, które mogliby skierować na front przeciw Polakom, nie narażając się na przegraną na froncie południowym. Pokonanie bolszewizmu i zduszenie czerwonej zarazy raz na zawsze było na wyciągnięcie ręki.

Oczywiście, w takim wariancie nie byłoby potrzeby staczania bitwy pod Warszawą. I dobrze. Co to za sukces bić się pod własną stolicą. Nie lepiej bić się pod stolicą wroga? Nawet porażka w bitwie pod Moskwą – i tak mogła nam dać lepsze granice niż zwycięstwa w bitwach pod Warszawą i nad Niemnem. Ewentualne zwycięstwo zaś oznaczałoby definitywne usunięcie komunizmu przynajmniej z naszego bliskiego sąsiedztwa. Najprawdopodobniej zaś – wymazanie tej opcji z dalszych dziejów świata.

Naturalnie powstaje pytanie – co dalej? Skoro plan Sazonowa był wobec anglosaskich fantazji i urojeń nierealny, to jakie granice mogłaby mieć w tej sytuacji Polska po zwycięstwie Białych – i jak by wyglądały stosunki polsko – rosyjskie? Odpowiadam: to wszystko jedno! Biała Rosja i tak byłaby państwem nieskończenie bardziej cywilizowanym od Czerwonej. To więc, czy mieszkańcy Kowla, Łucka, Pińska lub Baranowicz żyliby pod władzą rosyjską czy pod władzą polską – nie byłoby aż tak istotne. Biała Rosja byłaby też sojusznikiem, na którym można polegać. Nie wyobrażam sobie, żeby jakikolwiek Dyktator Rosji – Denikien, Wrangel czy kto tam by po nich władzą przejął – mógł się sprzymierzyć z takim parweniuszem jak Hitler, w dodatku głoszącym ideologię dość podobną do leninowskiej. Do II wojny światowej raczej by nie doszło – a za to szanse na „wojnę prewencyjną“ przeciw odradzającemu się niemieckiemu rewanżyzmowi, łatwą i zwycięską, byłyby większe niż w rzeczywistości. Po tej wojnie zaś… Mniejsza z tym!

Swoją drogą sądzę, że nasza granica z Białą Rosją mogła być plus minus dość podobna do „ryskiej“ granicy z Rosją Czerwoną. Jak już wspomniałem, odpowiadało to mniej więcej podstawie wyjściowej polskiej ofensywy – a więc taka granica sankcjonowała tylko stan posiadania sprzed wojny. Przy tym Rosjan i Polaków nawet po pokonaniu bolszewizmu łączyłby wspólny interes: zwalczanie ruchu ukraińskiego oczywiście (żeby nie było: nie mam nic przeciwko Ukrainie i Ukraińcom! Bardzo się cieszę, że istnieje niepodległa Ukraina, oby istniała jak najdłużej… Ale w tym konkretnym momencie – była to nierealna mrzonka…). Wołyń przynajmniej nie byłby wielką ceną za taką pomoc…


Niestety, dobre pomysły i genialne idee realizuje się w dziejach tylko wtedy, kiedy nie ma już absolutnie żadnej możliwości wypróbowania gorszych. Polacy w 1919 roku mieli swobodę manewru. Mogli tak naprawdę zadecydować o losach światach. Zadecydowali, oczywiście – źle.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...