sobota, 10 lipca 2010

Przerwany sobór a „młodzież czeladnicza“

Czy nasza cywilizacja mogła wyglądać inaczej? Oczywiście że tak. M.in. mogłaby wyglądać inaczej, gdyby 18 lipca 1870 roku nie wybuchła wojna francusko – pruska. I gdyby, w konsekwencji, Sobór Watykański, niemal 100 lat później nazwany I Soborem Watykańskim, po uchwaleniu w tym samym dniu dogmatu o nieomylności papieża (konstytucja Pastor aeterna), mógł się zebrać na kolejnej sesji po zasłużonych wakacjach.

Niestety, wojna francusko – pruska wybuchła. Napoleon III, zwany przez swoich współczesnych Napoleonem Małym, usiłował bez powodzenia dowodzić, do czego, w przeciwieństwie do swego stryja, nie miał najmniejszych kwalifikacji, zwiększając tylko i tak bez niego powszechny bałagan i histerię po stronie francuskiej, w wyniku czego dostał się do niewoli. 20 sierpnia niewielka załoga francuska strzegąca do tej pory resztek Państwa Kościelnego, tj. „Rzymu z ogrodem“, jak złośliwie pisała prasa zwana podówczas „liberalną“ wsiadła na statki i odpłynęła do Marsylii. Równo miesiąc później, 20 września, poganiani niecierpliwymi naleganiami Bismarcka, który już wtedy planował swój „Kulturkampf“ bersalierzy Królestwa Włoch, chwilowo ze stolicą we Florencji, wysadzili w powietrze jedną ze średniowiecznych bram Wiecznego Miasta i położyli kres doczesnej władzy papieża. Pius IX ogłosił się więźniem Watykanu, a sobór, wobec niemożliwości kontynuacji prac, odłożył do odwołania.

Co by było, gdyby sobór kontynuował obrady..? Nic – odpowie sceptyk. W końcu to już epoka laicyzacji, cóż takiego niby mógł zaproponować sobór, co by zmieniło kształt naszej cywilizacji..?

Prawdę pisząc, dokładnie nie wiadomo. Sobór zdołał uchwalić zaledwie dwie konstytucje: w kwietniu 1870 roku, w pięć miesięcy po rozpoczęciu obrad, stosunkowo mało kontrowersyjną konstytucję o błędach racjonalistów, zaś wspomnianego już 18 lipca, konstytucję dogmatyczną o nieomylności papieża, która budziła wielkie emocje i która pierwotnie miała być XI rozdziałem „konstytucji o Kościele“. Ze względu jednak na owe emocje, które już przed rozpoczęciem obrad soboru doprowadziły do serii wystąpień publicznych, z których potem narodził się ruch tzw. „starokatolików“ – papież, chcąc przeciąć zbędne spekulacje, zdecydował o wyłączeniu kwestii i rozpatrzeniu jej w trybie natychmiastowym. Pomimo silnej z pozoru opozycji, sobór uchwalił tę konstytucję niemal jednogłośnie, albowiem biskupi sceptycznie wobec niej nastawieni, nie chcąc sprawiać przykrości papieżowi, woleli uchylić się od głosowania. Wszyscy też potem przyjęli nowo zdefiniowany dogmat, a ruch „starokatolicki“ skończył się niewielką i zapomnianą sektą.

Oprócz tego jednak, sobór miał mieć w programie jeszcze 52 inne projekty konstytucji (czyli, w języku kościelnym: „schematy“). Nie wszystkie zostały nawet dostarczone Ojcom soboru (w rekordowej liczbie ponad 700 – i po raz pierwszy w dziejach: naprawdę ze wszystkich kontynentów, poza Antarktydą!). Wątpię, by ich zbiór był gdzieś opublikowany – tym bardziej, że temat może interesować co najwyżej jakiegoś zapalonego hobbystę – watykanistę. Co w tym wszystkim więc było – trudno powiedzieć.

W tempie, jakie sobór przyjął w pierwszym półroczu swych prac, o tym, co zawierają następne „schematy“, świat by się dowiadywał stopniowo przez kolejne 20 do 30 lat. Można przywyknąć. Chyba, że w końcu zniecierpliwiony Pius IX, a jak nie on, to sporo od niego surowszy Leon XIII, w końcu by Wielebnym Ojcom podkręcił nieco obroty..? Bo jeśli nie, to dopiero Pius X miałby szansę zamknąć obrady!

Faktem jest, że były w ówczesnej Europie takie kręgi polityczne, które się uchwał soboru ewidentnie bały. Konkretnie, to uchwał soboru bał się nie kto inny, jak sam „Żelazny Kanclerz“ (no, bądźmy sprawiedliwi: do tej pory, co najwyżej „Żelazny Premier“ Królestwa Prus, Kanclerzem Rzeszy Niemieckiej został dopiero w roku 1871…) Otto Bismarck. Wtedy jeszcze zaledwie hrabia, już wkrótce – książę. Obawa przed kontynuacją obrad soboru była motywem jego niecierpliwych nalegań na strwożony rząd florencki. Wcześniej, kiedy nie wiedział jeszcze, że uda mu się sprowokować i rzucić na kolana strzegącą Rzymu przed Włochami Francję, atakował sam pomysł zwołania soboru (w drugiej połowie wieku XIX! Cóż to za obelga dla cywilizacji i postępu!) poprzez wielce mu uległego premiera Królestwa Bawarii, księcia Hochenlohe: w kwietniu 1869 roku, kiedy tylko Pius IX ogłosił ten obrazoburczy zamiar, rząd bawarski wysłał notę dyplomatyczną „do wszystkich rządów cywilizowanych“, w której zwracał uwagę na niebezpieczeństwo „dla postępu i praworządności“, jakie może wyniknąć z obrad tego szacownego gremium.

O co tu mogło chodzić? Nie o nieomylność papieską przecież – sam Bismarck przyznał w pewnym momencie (w rozmowie z ówczesnym prymasem Polski, kardynałem Ledóchowskim), że to tylko pretekst, bo wszak ogłoszenie tego dogmatu nic nie zmieniało w tym, w co katolicy wierzyli od zawsze, a w każdym razie: od wielu stuleci.

Powód musiał być inny. Bardziej polityczny. I, jak się zdaje, można ten powód rozszyfrować. „Historie Kościoła“, których nieco od tamtej pory napisano, ujmują to zwykle dyplomatycznie. Idzie jednak, w największym skrócie o to, że po doświadczeniach austriackiego „józefinizmu“, rewolucji francuskiej i wszystkich następnych szaleństw, do jakich już wówczas posuwała się przekonana o swojej omnipotencji władza, Kościół mógł na forum soborowym uroczyście potępić „państwo nowoczesne“. Tak, jak to zresztą już zrobił Pius IX, ogłaszając pół dekady wcześniej encyklikę Quanta cura, wraz z dołączonym do niej wykazem 80 błędnych, zdaniem Kościoła, twierdzeń, czyli Syllabusem errorum. Jedno z tych twierdzeń brzmiało: Państwo jako źródło i początek wszelkich praw, cieszy się niczym nieograniczonym prawem.

Niby nieprawdziwość tego, zakwestionowanego przez papieża twierdzenia bije w oczy. I to niezależnie od tego, co myślimy o prawie naturalnym. Państwo nie może wszak zadekretować, że nie ma siły ciążenia – a jeśli tak zrobi, narazi się tylko na śmieszność. Jest to więc głos rozsądku, a nie jakiś antyliberalny dogmat. A mimo to – 2/3 rządów europejskich poczuło się obrażonych!

Niewątpliwie uszczegółowienie i wzbogacenie twierdzeń z Syllabusa o konkretne przykłady, spowodowałoby obrażenie pozostałej 1/3. Tylko, czy to by wystarczyło, żeby przestraszyć Bismarcka..? W końcu to tylko słowa…

Trzeba jednak pamiętać, że ówczesny Kościół – co nawet całkiem prawomyślne i kościelne „Historie…“ przyznają – tkwił jeszcze myślowo mocno w ancient regime. I dlatego był wrogiem nie tylko nowoczesnego, asbolutnego, „pogańskiego“ państwa, ale też i – w pewnej mierze przynajmniej – kapitalizmu. I nie wahał się tej wrogości przekuwać w czyn!

Ksiądz Adolf Kolping z Kolonii założył w końcu lat 40. XIX wieku sieć „stowarzyszeń młodzieży czeladniczej“ – które do 1872 roku zdążyły się rozrosnąć do jakich 70 – 80 tysięcy członków w całych Niemczech. O wiele więcej niż jakakolwiek z narodowych struktur I Międzynarodówki Marksa i Engelsa, jak by się kto pytał. O co chodziło z tą „młodzieżą czeladniczą“? Oczywiście o schemat myślowy przeniesiony z czasów feudalnych: młodzi ludzie najpierw terminują w swoim rzemiośle, często przenosząc się z miasta do miasta, a gdy nabiorą dostatecznego doświadczenia, opanują w stopniu mistrzowskim swoje rzemiosło, wyzwalają się na samodzielnych mistrzów i osiadają gdzieś, zakładając rodzinę.

Fakt, że to niekoniecznie w pełni odzwierciedlało już ówczesne realia: bo znakomita większość owych „czeladników“, była po prostu robotnikami najemnymi, których szanse na jakąkolwiek samodzielność, o ile nie okazali się ponadprzeciętnie przedsiębiorczy i pomysłowi, nie była w systemie fabrycznym zbyt wielka. Choć, czy na pewno..? Tak się stało w naszej rzeczywistości, która znakomitą większość „nie-dość-przedsiębiorczych“, skazała na dożywotnio to samo miejsce przy taśmie. Ale w rzeczywistości alternatywnej, gdyby sobór dokończył obrady, a jego wskazówki, uogólniające także doświadczenia ks. Kolpinga, zostały wcielone w życie..?

To nie jest „trzecia droga“ – przynajmniej tak długo, jak długo w grę nie wchodzi przymus przynależności do owych stowarzyszeń. Bo na czym polegała ich działalność? W miejscu pochodzenia młody człowiek szukający pracy – można zakładać, że pewnie nastolatek i to raczej „młodszy nastolatek“, niż starszy – rejestrował się po odbyciu stażu kandydackiego w lokalnym stowarzyszeniu. W niedziele i święta brał udział w zebraniach, podczas których szacowni i szanowani obywatele loklanej społeczności – w gruncie rzeczy: potencjalni pracodawcy lub klienci owych młodzieńców – udzielali im lekcji czytania i pisania, rachunków, geografii, religii czy księgowości. Zwykle zresztą stowarzyszeniu przewodził miejscowy proboszcz. Na tychże zebraniach młodzi mogli się we własnym gronie (a więc bez pań, zwłaszcza swawolnych!) godziwie zabawić, jak czytamy np. w sprawozdaniu takiego stowarzyszenia z wielkopolskiego Gostynia za lata 1869 – 1870: grając w piłkę, strzelając z wiatrówki lub z łuku, śpiewając czy grając w warcaby.

Prezes stowarzyszenia wystawiał jego członkom „książeczki“ – coś w rodzaju dowodu tożsamości i „książeczki pracy“ jednocześnie. Zawierały m.in. adresy wszystkich innych lokalnych stowarzyszeń w całych Niemczech oraz miejsce na adnotacje, w których prezesi innych stowarzyszeń mogli zapisywać jakiej i ile udzielili pomocy młodzieńcowi, gdy do nich zawędrował, jak się ich zdaniem prowadzi i jakie poczynił postępy w swoim rzemiośle. Zastępowało to też listy polecające – i, oczywiście, katoliccy pracodawcy stanowczo woleli zatrudniać robotników legitymujących się takimi książeczkami, co przynajmniej dawało jako takie gwarancje ich uczciwości i dobrego prowadzenia się. Nie tylko zresztą katoliccy, bo korzyść z zatrudnienia takiego pracownika – za którego ktoś bierze odpowiedzialność – jest oczywista.

W rzeczywistości Bismarck po rozpoczęciu w roku 1873 Kulturkampfu rozgonił tego rodzaju stowarzyszenia na cztery wiatry. Widział w nich zagrożenie dla państwa i początek katolickiej irredenty przeciw jego rządom w Rzeszy. Kiedy 10 lat później sam wprowadził „Kathedralsocializmus“, miejsce tych stosunkowo niewinnych stowarzyszeń zajęły „klasowe“ związki zawodowe, które już się nie bawiły w samokształcenie, czy w wystawianie świadectw moralności. Walczyły o wyższe płace i tyle. Odpowiedzią Kościoła, ujętą w ramy encykliki Rerum novarum były „chrześcijańskie“ związki zawodowe, które w gruncie rzeczy robiły to samo, tylko przy wtórze modlitw, a nie przy śpiewie „Międzynarodówki“. Świat stał się uboższy o wyniki eksperymentu, któremu nie dano dojść do końca.

Co by się mogło stać, gdyby sobór trwał i gdyby zalecił stowarzyszenia ks. Kolpinga całemu katolickiemu światu? Gdyby – być może – miejsce Bismarcka zajął jego największy konkurent i śmiertelny wróg, przywódca katolickiej Zentrumpartei, Ludwik Windthorst?

Ponieważ ks. Kolping tkwił myślami w systemie feudalnym, gdzie każdy uczeń i czeladnik po jakimś czasie osiąga status samodzielnego mistrza i osiada gdzieś, gdzie ma pewny dochód z pracy rąk własnych, gwarantowany mu przez cechowe przywileje, ograniczające konkurencję wśród rzemieślników, jego stowarzyszenia były przeznaczone tylko dla młodzieży. Starsi mieli sobie, po dawnemu, radzić sami. Jednak, paradoksalnie, największe chyba konsekwencje miałoby utrzymanie tego systemu dla… emerytur!

Jakieś 10 lat temu pisałem dla „NCz!“ o południowoafrykańskim „neotrybaliźmie“. U wielu plemion murzyńskich warunkiem założenia rodziny jest posiadania odpowiednio licznych stad bydła (co, tak na marginesie i bez związku z tematem, jest też powodem pustynnienia Afryki…). Młodzi ludzie, którzy takich stad nie odziedziczyli, wędrują zatem do miast przemysłowych RPA i tam pracują w fabrykach, póki na stosowne „wiano“ nie odłożą. Potem wracają do siebie i pasą krowy – a jeśli nawet tak nie robią, tylko zarabiają nadal w mieście (co jest na ogół bardziej opłacalne…), to i tak ich żony i krowy zostają na terytoriach plemiennych. Władza kacyków, która wcześniej bardzo upadła po kompromitujących klęskach w wojnach z Białymi, bardzo się dzięki temu systemowi umocniła: bo tylko starszyzna plemienna gwarantuje takiemu robotnikowi że kapitał w postaci żon, dzieci i krów, jaki odkłada, nie zostanie pod jego nieobecność zmarnowany.

Oczywiście, to i tak nie zapobiegło powstaniu wokół wielkich miast RPA slumsów, gdzie gnieżdżą się Czarni, którzy już żadnych krów nie posiadają. Również w Europie upowszechnienie „stowarzyszeń Kolpinga“ by nie zapobiegło urbanizacji i rozwojowi wielkich miast. Jednak mógł on być mniej gwałtowny. Ponieważ najlepiej zarabiający i najszybciej awansujący (bo dbający o podnoszenie kwalifikacji i nie zaglądający – przynajmniej nazbyt często – do szynku…) robotnicy i tak odkładaliby część zarobków na poczet „lepszej przyszłości“: na ożenek, otwarcie jakiegoś własnego interesu, bodaj zakup domku z ogródkiem – pomysł tworzenia dla nich jakichś „ubezpieczeń emerytalnych“ miał szansę się nie pojawić.

Zresztą, przy stowarzyszeniach Kolpinga tak, jak powstały tanie domy noclegowe, jadłodajnie i kasy chorych (a we Lwowie np. hospicjum dla rekonwalescentów, wracających do sił po chorobie, a jeszcze niezdolnych do pracy), pewnie by z czasem powstała też jakaś kasa oszczędnościowa, gromadzenie tych „emerytalnych“ kapitałów ułatwiająca. Podobnie jak, w związku z szerokim rozgałęzieniem sieci stowarzyszeń, aż się prosiło zorganizować jakąś „telegraficzną agencję pośrednictwa pracy“, kierującą ich członków tam, gdzie byli akurat potrzebni.

Jak na razie pomysł wydaje się mieć same zalety: mobilna, podnosząca kwalifikacje, zdyscyplinowana i godna zaufania siła robocza, która w dodatku nie stwarza tak wielkiego nacisku na infrastrukturę miasta, jaki by wywierała przenosząc się masowo do dzielnic biedoty z całymi rodzinami. W dodatku Marks i Engels ze swoją Międzynarodówką mogliby się wypchać sianem wobec konkurencji tak skutecznej struktury… To czemu Bismarck, socjalistów przecież (na początku) też zwalczający, rozgonił na cztery wiatry „stowarzyszenia Kolpinga“?

Rozgonił je, bo dopatrzył się w nich pierwocin „ciała pośredniczącego“, które stałoby między państwem, a robotnikami. Bismarck żadnych „ciał pośredniczących“ sobie nie życzył. On chciał patrzeć stalowym wzrokiem swojego portretu z każdego urzędu, szynku i salonu prosto w oczy każdego poddanego Rzeszy i żadnej konkurencji w walce o tegoż poddanego serce i umysł nie znosił i znosić nie miał zamiaru.

Bez niemieckiego wzoru, cała organizacja upadła i w innych krajach Europy. Gdyby Sobór trwał dłużej i gdyby zajął się tą sprawą, być może wzorzec jednak by się ostał i gdzieś przynajmniej, mógł rozwijać się dalej..?



Oczywiście „stowarzyszenia Kolpinga“ i potępienie wszechmocy państwa rzekomo liberalnego, to zapewne nie byłyby jedyne postanowienia niedokończonego Soboru. Nawet nie byłyby wśród najważniejszych. A jednak, mogłyby zmienić oblicze naszej cywilizacji…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...