środa, 21 lipca 2010

Nekrofilia nasza narodowa

Rzuciłem ostatnio na forum http://historycy.org zpytanie – co by było, gdyby Jagiełło jednak te 600 lat temu Malbork zdobył i państwu zakonnemu w Prusach położył kres? Bardzo mnie przy tym dziwiło, dlaczego nikt wcześniej takiej właśnie „gdybologii“ nie zaproponował, a są tam najrozmaitsze. Teraz już wiem. Historycy, w każdym razie historycy – amatorzy, od metra dzielą się na dwie, równe liczebnie frakcje.

Nastawieni endecko będą twierdzić (za Jasienicą, a przez niego za Długoszem), że Jagiełło mógł łatwo zdobyć Malbork i „dobić watahę“, ale tego za nic w świecie nie chciał. Bo złym człowiekim był. Jak każdy, kto Polskę od jej wyśnionej, piastowskiej czystości moralno – politycznej oddalał.

Nastawieni piłsudczykowsko twierdzić będą za to – asekuracyjnie – że nie miał na to nigdy żadnych, najmniejszych bodaj szans. Bo gdyby miał, a ich nie wykorzystał, to by wzmacniało stanowisko strony przeciwnej, a i rzucało cień podejrzenia, że Bohater Niezłomny mógł być ułomny i błąd popełnić.

Tak, czy inaczej zatem, jak się nie obróć, d..a z tyłu, na zdobycie Malborka trzeba poczekać jeszcze lat 47 i co więcej, nie będzie to żadna spektakularna operacja wojskowa, tylko czysto finansowy manewr moich pruskich przodków, którzy – widząc polsko – królewską nieudolność i gdybologię w końcu wzięli sprawy w swoje ręce i kupili sobie wolność od zakonnych panów…

To oczywiście tylko zabawa. Wiele jednak mówi o nekrofili naszej narodowej. Historycy – amatorzy żywią się istniejącą literaturą, pretendującą zresztą do miana „naukowej“. Jak widać jest to literatura albo endecka, albo piłsudczykowska – innej nie ma. Zaiste, dwie trumny rządzą światem polskiej wyobraźni! W każdym razie w tej jej części, która za identyfikację z terytorium, tożsamość i pamięć o przeszłości odpowiada. Smutna jest to chyba okoliczność przyrody i złe z tego wynikają wnioski na przyszłość!

Żyjemy, niestety, w ciekawych czasach. Wszystko się może wydarzyć – a nasz bezpieczny, pokojowy i całkiem już zamożny światek ma tak kruche podstawy, że cudem jest, iż się do tej pory nie zawalił. Kiedy zaś w końcu runie, obnażając teatralność tych tandentych dekoracji politycznych wśród których żyliśmy przez ostatnie 20-lecie (ich tandeta zresztą i stąd się bierze, że wykonano je z surowca wtórnego, odzyskanego z równie teatralnych, choć nieco inną prawdę skrywających dekoracji zużytych przez poprzednie pół wieku), znajdziemy się w obliczu brutalnej rzeczywistości wyposażeni tylko w wynikające z naszej narodowej nekrofili mity. Mit moralno – politycznej jedności narodu z jednej strony. I mit dziejowego posłannictwa Polski – z drugiej. Oba mogą nas równie łatwo do katastrofy zaprowadzić…

Ani polska wersja „sacra egoisma“, ani – tym bardziej! – nasz mesjanizm narodowy, to nie jest polityka realna. Jedno i drugie prowadzi do konfliktów, które są akurat ostatnią rzeczą, jakiej nam teraz potrzeba (acz jak już nie mamy innego wyboru, to jednak bardziej racjonalny jest endecki egoizm, bo będąc defensywnym z natury, przynajmniej nas na jakąś – Panie Boże uchroń – krucjatę na Wschodzie nie zaprowadzi: Polska raz jeden w swoich dziejach miała szansę wziąć udział w krucjacie istotnie potrzebnej, o cywilizacyjnym i epokowym znaczeniu – gdyby mianowicie w roku 1919, nie bacząc na różnice w poglądach, pomogła Denikinowi w marszu na Moskwę; jeśliby to się nawet gorzej dla państwa polskiego skończyło niż późniejsza o rok wojna z bolszewikami o Ukrainę, to 200 milionów ocalonych przed śmiercią na skutek komunizmu było tego wartych, a i sami byśmy dziś pewnie lepiej wyglądali… taki wyjątkowy wypadek raczej się jednak szybko nie powtórzy!).

Jakikolwiek będzie konkretny moment podniesienia kurtyny i obalenia tych dekoracji, które nas w tej chwili otaczają, prawda jaką wówczas na własne oczy zobaczymy, raczej się nam nie spodoba. Wszelkie znaki na niebie i na ziemi wskazują bowiem, że jeśli mielibyśmy szukać analogii do naszych dziejów dawniejszych, to najbliżej jest nam do wieku XVIII. Tak jak wtedy jesteśmy krajem zależnym od potężniejszych sąsiadów, przedmiotem, a nie podmiotem polityki międzynarodowej. Owszem, ewentualny default naszych patronów ich też osłabi. Nim to się jednak stanie, zrobią co mogą, żeby jak największą część kosztów przerzucić na kolonie – w tym i na nas. Co zresztą już się dzieje, przy ochotnej bardzo współpracy krajowych naszych kolaborantów – że o „polskim udziale w pakiecie pomocowym dla Grecji“ tylko wspomnieć. Jak wiadomo, nim gruby schudnie, chudego na marach wyniosą. Cokolwiek więc się stanie, stosunek sił między nami a potężnymi patronami naszymi, może być tylko gorszy niż jest w tej chwili.


Nie zamierzam się tu bawić w przepowiednie. Obawiam się jednak, że w czasach, które nadejdą, główną naszą troską będzie czysto biologiczne przetrwanie. Daleko stąd do prężenia muskułów w ramach „jedności moralno – politycznej“ narodu, a już sny o potędze powinniśmy zapomnieć – najlepiej na zawsze. I skupić się zamiast tego na zwykłej, codziennej pracy, na poszerzaniu tych wąskich granic osobistej wolności, jakie nam jeszcze zostały. Mentalne przywiązanie do trumien Dmowskiego i Piłsudskiego nam w tym nie pomaga…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...