środa, 9 czerwca 2010

Sianokosy – cz. 1, zapewne nie ostatnia

Musimy przystrzyc Wielki Padok. Zresztą ten, na którym konie teraz chodzą – też musimy przystrzyc, bo trawa rośnie szybciej, niż ją wyjadają. Co, biorąc pod uwagę, że nie mamy żadnego sprzętu poza kosą i grabiami, jest niejakim problemem. Fakt, ludzie radzili sobie z kosą i grabiami przez stulecia – ale było ich trochę więcej w proporcji do koszonej powierzchni niż nas dwojga. Radek, druh mój serdeczny twierdzi, że i przy pomocy nowoczesnej techniki we dwoje sobie nie poradzimy…

Poszukiwania chętnego do pomocy technicznej na razie zakończyły się sukcesem mniej niż połowicznym – wiemy już, kto nam siano skostkuje. Trzeba jeszcze ściąć trawę, trochę ją poprzewracać, nim zmieni się w siano, a potem kostki siana złożyć w jakiejś stodole, bo pod wiatą zapewne się wszystkie nie zmieszczą..

Toteż kiedy zadzwonił do mnie wczoraj około południa Radek, druh mój serdeczny z propozycją, że najpierw mu pomogę z koszeniem jego wielkiej łąki w stolicy naszej gminy, a potem on mi pożyczy ciągnik z kosiarką – byłem niemal wniebowzięty. I kosić się nauczę i Padok przystrzygę!

Niestety, praktyczna realizacja tego planu, jak to zwykle bywa, zawiodła. Owszem, pojeździłem wczoraj aż trzema różnymi ciągnikami. Zdaniem Radka – marnie. A to przecież żadna sztuka. Każdy to od urodzenia potrafi. N’est pas?


Potrząsłem się też w kabinie jeżdżąc razem z Radkiem, kiedy on kosił – ale samemu dał mi tylko na małym kawałku spróbować, a że kiepsko mi szło, a jemu się spieszyło, to się ten eksperyment zaraz zakończył. W rezultacie służyłem przez większą część popołudnia i pół nocy jako żer dla komarów – do domu dotarłem przed 24.00, wykończony jakbym nie wiem co robił, choć nic nie zrobiłem, za to potwornie pokąsany. Oraz bliski decyzji o rzuceniu w Diabły całego tego interesu. Kobyły się nie źrebią, kasy nie ma ani nie ma skąd wziąć, teoria metempsychozy się nie sprawdza, po prostu nie ma po co żyć… Ech, jakoś tak bez przekonania narzekam: zbyt jestem zmęczony, żeby i rozpaczać porządnie, a to już w sumie jakiś tam mały plusik jest!

10 komentarzy:

  1. U nas też sianokosy. Płacimy za skoszenie, skostkowanie i przywóz właścicielowi łąki. Przewracanie w naszej gestii ręcznej (ciężka, wielogodzinna harówka) albo jakichś pijaczków tutejszych za piwo. To zawsze tak, gdy nie ma się maszyn i siły fizycznej.
    Do tego dojdą jeszcze żniwa owsiane, zwózka, przesypanie ziarna do śpichrza (to własnoręcznie), także skostkowanie i zwózka słomy, płatne.
    Efekt jest taki, że jeśli Unia zapłaci dotację to nam się wyrówna na 0.
    Rolniczy los mieszczucha, który zaczyna od niczego, bez zaplecza przodków, jest marniutki. Chyba, że ma mieszkanie w wielkim mieście i żyje z miesięcznego wynajmu, co zabezpiecza mu rolnicze niepowodzenia i życie na wsi.

    Wiem, że nie zrezygnowaliście z miejskich przyzwyczajeń i wolicie płacić za jedzenie, niż je hodować samemu, ale myślę, że ekonomiczniej byłoby na waszym miejscu wykorzystać ziemię choćby do tego, aby mieć własne warzywa, jaja, mięso, może mleko też. ;-) To w skali miesiąca spora oszczędność, zwłaszcza, gdy się jeszcze zacznie samogonkę gonić na własne potrzeby oczywiście.
    Nie myślicie o jakieś własnej firmie? Skorzystać z jakiejś dotacji dla bezrobotnych?
    Może konie zaprząc do zarabiania na siebie?
    Moje kozuchy i kury już przynajmniej zarabiają na swoje wyżywienie, a nawet inwestycje mi się zaczynają zwracać z wolna.
    Pomyślcie!
    Życzę twórczego nastroju w tej ważnej życiowo kwestii i zapału do pracy. Szkoda by było tyle się naharować i na nic.
    Ewa S.

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie mamy gdzie trzymać krowy, świni czy innych zwierząt. Nawet warzyw takich, których nie dałoby się zakopcować, nie mielibyśmy gdzie przechowywać. Nie mamy też adresu, pod którym można by zarejestrować firmę. Poza tym, żywność to prawie że ostatnia pozycja w naszym budżecie - i nie jest prawdą, że mieszkańcy wsi sami żywność wytwarzają. Nie znam nikogo w okolicy, kto by się bodaj zbliżał do samowystarczalności w tym zakresie. Ci, którzy faktycznie uprawiają ziemię, to wyspecjalizowani, wysokotowarowi producenci, głównie mleka - nawet kur nie trzymają, ani nie uprawiają ogródków warzywnych, bo po co? Reszta to albo emeryci, albo przyjezdni letnicy, którzy na swoich malutkich działkach sadzą tuje...

    Nasze leniwe, bezużyteczne, do niczego niezdatne konie miały okazję na siebie zarobić - i z niej nie skorzystały...

    OdpowiedzUsuń
  3. Jacku, wydaje mi się, że ci się po prostu tego nie chce robić, i tyle. Stąd też dół, którym mnie właśnie poczęstowałeś. A tłumaczenie, że nikt w okolicy tego nie robi, nie jest żadnym tłumaczeniem.
    Pewien mój kolega-rolnik zwykł mawiać, "Nigdy jeszcze tak nie było, żeby jakoś nie było". I tego się trzymam. Nie wychodzi jedno, to mam w zanadrzu drugie, czasem trzecim podpieram.
    Na koniec, wnioskując, niekiedy trzeba mieć siłę, żeby spojrzeć prawdzie w oczy i powiedzieć sobie, że się zaczęło sprawy od zadka strony i nie wyszło... i zacząć od nowa co innego. ES

    OdpowiedzUsuń
  4. oprócz wielkich potworów, o jakich wspomniałeś (brrr na samą myśl), są też trochę mniejsze i łatwiejsze w obsłudze. Kury, kaczki, indyki, perliczki, króliki, kozy. A może też kucyk? wynajmowany pod jazdę wierzchem dla dzieciaków?
    Ale nie, ty masz doła i ciągnie cię z powrotem do miasta, przyznaj się!
    ;-)
    ES

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie wyjechaliśmy z miasta, bo się nam miasto nie podobało. Nie kierowała nami żadna ideologia. Nie oczekujemy końca świata, ani końca kapitalizmu i nie widzimy najmniejszej potrzeby, żeby się na takową apokalipsę przygotowywać. Osiedliliśmy się w Boskiej Woli tylko i wyłącznie po to, aby naszym koniom było dobrze.

    Nasza ziemia po prawie 3 latach ciężkiej pracy jest niemal idealnie przygotowana do jednego tylko celu: do hodowli koni. Jeszcze tylko dostawimy jakieś 3 - 4 km ogrodzeń i niczego więcej tak naprawdę nie będzie potrzeba... Owszem, krowa też by się tu uchowała, ale krowa potrzebuje obory, której nie mamy. Nawet kury, kaczki, indyki czy perliczki potrzebują jakichś zabudowań, których tu po prostu nie ma. Prawdopodobnie istotnie zaczęliśmy od d.. strony i trzeba to sobie szczerze powiedzieć...

    OdpowiedzUsuń
  6. kto mówi o apokalipsie? chyba ty? motywy życia na wsi są różnorodne. jeśli pijesz do moich, to trafiasz kulką w płotek. nie o to chodzi, żeby się wyzłośliwiać, ale żeby zacząć myśleć ekonomicznie. a was jak widać dopada ekonomiczna apokalipsa, nie trzeba innej. kiepski bisnesplan, zwyczajnie i złe rozłożenie sił na zamiary w czasie.
    jeśli się denerwujesz na moje uwagi, to dobrze. to pomaga wyjść z dołka i rusza myslenie do przodu.
    co do produkcji wielkotowarowej jeszcze. żeby twoi sąsiedzi dzisiejsi mogli tuje sadzić, ich rodzice i dziadkowie hofdowali kury i bili własne świnie. Spytaj ich. Nikt nie doszedł do zysków w 2-3 lata!
    poza tym. Kurnik nie wymaga wielkich nakładów. sama zaczęłam trzymać 5 kur w kurniku wielkości trochę więszej od kibelka, drewnianym, skleconym własnoręcznie z wrót zawalonej stodoły. Przeżyły wielkie mrozy bez mrugnięcia.
    Oprócz klasycznych krów i świń w oborach są też krowy szkockie i żubronie, oraz świniodziki!
    Pomyśl, a rozwiązanie zawsze znajdziesz!
    zamiast narzekać.
    Pozdrawiam i życzę lepszego humoru
    Ewa S.

    OdpowiedzUsuń
  7. Tu nie było żadnego biznesplanu... To miała być wygodna i spokojna przystań na (bardzo wczesną) emeryturę, a nie sposób na zarabianie pieniędzy - jakichkolwiek. Tyle, że "emerytura", bez mojej woli, przyszła wcześniej trochę, niż się spodziewałem. Przez 3 lata udawało się nam cudem przetrwać i nawet trochę inwestować, choć coraz skromniej w stosunku do pierwotnych planów. Teraz, wygląda na to, że cudu więcej już nie będzie... A na razie burza idzie. Nie wiem, co zatem z koszeniem trawy, na wieczór zaplanowanym!

    OdpowiedzUsuń
  8. Jak Ci zmoknie świeżo skoszone to bez tragedii :), gorzej jak by zlało już podsuszone. A jutro i w piątek ma być skwara bez deszczu, także powodzenia w sianokosach :). U nas już piąty rok kosimy i stres trochę mniejszy, właśnie mi skropiło to co skosiliśmy 2 dni temu, może do piątku się dosuszy...Trzymam kciuki żeby Ci szybko dół przeszedł a wtedy na pewno uda się wymyslić coś konstruktywnego. Póki co to kryj te swoje dziołchy sensownym arabem lub folblutem którego znajdź jak najbliżej Ciebie (w Kozienicach masz Masiniego np.) żeby sezonu nie tracić, po co baby mają bezproduktywnie stać i żreć!

    OdpowiedzUsuń
  9. Założenie "żeby koniom było dobrze" przyświecające waszej wyprowadzzce jest miłe i sympatyczne. Z tym że co koniom po właścicielach którzy są na równi pochyłej ku ruinie finansowej i czekają zaiste na jakiś cud.

    OdpowiedzUsuń
  10. To prawda, że od trzech lat stosujemy mickiewiczowską strategię "jakoś to będzie" - ale nie mamy innego wyjścia. A konie mają się świetnie...

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...