niedziela, 20 czerwca 2010

„Kwestya socyalna“ a zdrowa żywność – czyli jak działa system?

Prasa katolicka XIX wieku, do której studiowania wróciłem po sianokosach, jak zwykle zaskakuje trafnością spostrzeżeń całkiem dobrze komentujących także i nasze współczesne problemy. Wygląda na to, że aż tak wiele się przez te 150 lat nie zmieniło… M.in. dalej istnieje „kwestya socyalna“. Mało tego! Nie tylko istnieje, ale też rozwija się, potężnieje, rośnie w siłę. Zwłaszcza, w siłę etatów i środków budżetowych, dla jej rzekomego rozwiązywania przeznaczonych…

Tymczasem już w roku pańskim 1871 pisał „ksiądz W.G.“: Rządy sposobu nie znajdą, bo złe jest moralnej natury, a zwrotu ku tego rodzaju środkom nie widzimy, owszem zawód coraz większy. Innymi słowy, żadna materialna pomoc biednym biedy ich nie zwalczy. Nie dlatego bowiem są biedni, że im brakuje takich lub innych rzeczy, ale dlatego, że się biednymi czują! Biednymi zaś się czują, bo wszystkie ich dążenia życiowe ograniczają się do chęci posiadania dóbr których, z takich lub innych przyczyn, naraz i natychmiast posiąść nie mogą. Jedna z przyczyn, która przysłużyła się do rozszerzenia zastępu ubóstwa, to materyalizm, który tłumi w człowieku wrodzone pragnienia moralne, a na zaspokojenie głodu, stąd rosnącego, wskazuje na pokarm z ziemi obfity, urozmaicony – lecz nigdy nie wystarczający. Nie od dziś wiadomo, że szczęśliwsi są ludzie szczerze wierzący od niedowiarków i skromni w swych materialnych potrzebach od utracjuszy. Właśnie dlatego, że nie odczuwają niezaspokojonych potrzeb.

Aż dziwne, że takie rzeczy napisał ksiądz katolicki, prawda? Popularna opinia twierdzi, że bieda Indii stąd się bierze, że tamtejsza religia karze się wyznawcom dóbr materialnych wyrzekać i medytować, przez co mniej pracują, za pieniądzem nie gonią, no i są biedni… Przeciwnie zaś anglo-sascy protestanci, którzy skrzętnie się koło swoich materialnych interesów krzątając, biedy na ogół nie zaznają. Chrześcijanie w ogóle, a więc i katolicy, mieli być, wedle tego mitu, bardziej od skłonnych do ascezy Azjatów zorientowani na „tu i teraz“, więc i do wytwarzania bogactwa sposobniejsi. Jest to oczywiście nieprawda zarówno w odniesieniu do Indii, katolików i protestanów, jak i w odniesieniu do biedy.

Historia nie potwierdza tego weberowskiego związku między „etyką protestancką“ a bogactwem. Niezależnie od tego jakimi motywami kierują się ludzie, system jest jednakowo sprawny. Z powodów, o których pisałem wczoraj: nie potrzeba ani geniuszu, ani jakiejś wyjątkowej pilności czy sumienności, żeby trybiki systemu działały jak należy. Kapitalizm tak samo dobrze działa (działał?) na protestanckiej północy, jak i na katolickim południu Europy, działa w hinduistycznych Indiach i w buddyjsko – ateistycznych Chinach.

Owszem, po marksistowsku pisząc „nadbudowa“, czyli państwo – jakoś tym szybciej się psuje i w prawidłowym działaniu gospodarki przeszkadza, im niższy poziom moralny społeczeństwa (niezależnie od tego, jakiej moralności się to społeczeństwo trzymać zwykło – bo takiej, która by kradzież i rozbój popierała, jako żywo, nigdzie nie ma…). To jednak żadna nowość. Polaków ustrój idealny, czyli szlachecka anarchia, też dobrze sobie radziła, póki wśród panów braci panował duch zgodny i ofiarny – rozpadła się zaś, gdy tego ducha zabrakło.

Wygląda na to, że gospodarka, czyli kapitalizm, etyka indywidualna i system polityczny to trzy całkiem odrębne rzeczy, których wzajemny związek jest niebezpośredni.

W obrębie gospodarki etyka indywidualna i indywidualne preferencje życiowe mają najmniejsze znaczenie: niezależnie od tego, czy zadowalamy się jednym kokosem na dzień, czy potrzebujemy pałacu ze służbą, pracować możemy w ten sam sposób. Co najwyżej w pierwszym przypadku nasza praca ograniczy się do 10 minutowego spacerku po porośniętej palmami plaży, a w drugim – będziemy zasuwać 24 godziny na dobę przez 40 lat i umrzemy na zawał w przekonaniu o swojej tragicznej nędzy, bośmy się do tego pałacu ze służbą ani o milimetr (subiektywnie patrząc) nie zbliżyli…

Powie ktoś, że wynikiem działania kokosowego ascety jest tylko kokos, który jemu samemu służy i nic więcej – zaś ów zaharowany wielbiciel dóbr materialnych wytwarza ich przecież ogromną ilość i w znakomitej większości: nie dla siebie przecież, tylko na wymianę z innymi. Odpowiadam: to jest tylko model. Mało kto poprzestaje na jednym kokosie dziennie, choćby dlatego, że niewiele jest miejsc na świecie tak rajskich, żeby taka strategia przetrwania mogła być skuteczna. Mało kto też na serio marzy o pałacu ze służbą. Ogromna większość populacja całego świata, bez względu na własne w tej materii poglądy, zmuszona jest wytwarzać więcej dóbr i usług niż sama konsumuje, jako że do przeżycia nie wystarcza nikomu to tylko, co sam wytworzył i musi się wymieniać z innymi. Jest to fakt biologiczny, zwierzęcy niemal, bezetyczny i amoralny. Tak po prostu trzeba i już. Genialność wolnego rynku polega właśnie na tym, że ów fakt biologiczny, zwierzęcy, bezetyczny i amoralny wykorzystuje do tego, aby nakłonić ludzi do wspólnego wysiłku dzięki któremu bez dobrej woli któregokolwiek z nich, wszyscy się nawzajem karmią, odziewają i zaspokajają swoje zachcianki.

Pewnie, że jest to może trochę łatwiejsze, gdy uczestnicy rynku sami z siebie mniejszą mają skłonność do oszustwa i kradzieży. Rynek jednak na ogół i z tym sobie radzi, wytwarzając instytucje, które niezbędny dla zachowania wymiany dóbr i usług poziom wzajemnego zaufania zapewniają.[1] Jedną z takich instytucji jest też i państwo, choć tu o tyle można mieć wątpliwości, że jako żywo – spontanicznie, samo z siebie nie powstaje, a przy tym – działa jednak zupełnie inaczej i o wiele łatwiej się psuje! Zdaje się też, że na kształt i na sposób działania państwa etyka i preferencje jego poddanych mają o wiele większy wpływ niż na działanie rynku. Nawet nie z powodu demokracji (ogromna większość państw na świecie nic poza nazwą z demokracją nie ma wspólnego!), ale dlatego, że działanie państwa nie opiera się na odruchach biologicznych. Nikt nie musi być dobrym urzędnikiem państwowym czy dobrym żołnierzem – bo przetrwa i będzie prosperował, może nawet tym lepiej, jeśli będzie urzędnikiem skorumpowanym, a żołnierzem: tchórzliwym lub łupieskim.

Oczywiście tym, co odróżnia państwo od rynku, jest możliwość stosowania przemocy, która zakładaną rówoprawność wymiany zakłóca. Możliwość stosowania przemocy sprawia też, że samo istnienie państwa staje się pokusą. Pokusą do tego, aby odebrać tym, którzy mają i (ewentualnie, jak coś zostanie po zaspokojeniu własnych jego potrzeb) dać tym, którzy nie mają – w daremnej nadziei na to, że w efekcie wszystkim będzie lepiej. Daremnej, bo przecież ci, którzy nie mają nie dlatego są nieszczęśliwi, że nie mają, a dlatego, że inni mieli – i jeśli tamtym się odbierze, wcale nieszczęśliwi być nie przestaną.

Wcześniej, kiedy gospodarka nie działała jeszcze tak sprawnie jak dzisiaj, czy jak 150 lat temu, owa pokusa użycia przemocy dla uszczęśliwienia wszystkich, acz zdarzała się i owszem, co jakiś czas – nie była tak silna o tyle, że i ci, którzy mieli, mieli stosunkowo niewiele i zwyczajnie nic, albo prawie nic by się nie ostało do podziału, gdyby ich wywłaszczyć. Przy tym, przy niskiej produktywności i chwiejnej bardzo równowadze ekologicznej czasów dawniejszych, większość tego rodzaju aktów przemocy kończyła się powszechnym głodem i nędzą. Państwa więc, które tej pokusie ulegały, same się eliminowały, popełniając w ten sposób samobójstwo. Rabowały oczywiście swoich poddanych, ale musiały to robić oględnie i rzadko im starczało na więcej, niż tylko własne potrzeby – a jeszcze przy silnej między wrogimi sobie w tych dzikich czasach państwami konkurencji, można w pewnym uproszczeniu przyjmować, że dla czasów poprzedzających Bismarcka i jego „socjalizm z katedry“, wymiana wartości między państwem (zapewniającym bezpieczeństwo i ochronę własności), a jego poddanymi (oddającymi państwu środki jego utrzymania i pracę), była równoprawna lub bliska równoprawnej. W każdym razie – w dłuższym czasie i na większym obszarze winna była do takiej dążyć.

Odkąd produktywność na skutek całej serii rewolucji technologicznych i organizacyjnych wzrosła, państwa rabujące własnych poddanych dla rzekomego ich lepszego dobra ponad miarę tego, co same im dają, nie eliminują się z grona organizmów żywych od razu, tylko mogą tak trwać przez czas krótszy lub dłuższy, zależnie od stopnia radykalizmu owego rabunku. Przy rabunku względnie umiarkowanym zdaje się nawet, że nic horyzontu czasowego owego trwania nie ogranicza.

Oczywiście rabunek może być tym większy, a pasożyt, czyli państwo, ma się tym lepiej, im organizm żywiciela, czyli gospodarka większa. Tutaj też wracamy do naszego ascetycznego wielbiciela kokosów. Otóż jego obrabować nie sposób – bo skoro nic nie wytwarza ponad własne potrzeby, to raz obrabowany zginie i więcej już niczego nie wytworzy. Żeby na wyspie kokosowej zaistniało państwo, zbieracz kokosów musi zbierać ich więcej niż sam zjada. Czy zatem jest dziwnym, że państwa współczesne tak się ekscytują słupkami z PKB i robią co mogą, aby ich poddani jak najczęściej marzyli o pałacu ze służbą, a jak najrzadziej – o jednym kokosie dziennie..?

Czy może być dziwnym, że powszechnym niemal „aktem założycielskim“ państw współczesnych w Europie, zarówno protestanckich (co oczywiste), jak i katolickich (co mniej oczywiste, ale jest faktem) – była likwidacja lub poważne ograniczenie klasztorów? Przecież to skandal i zdrada stanu, żeby gdzieś żyli ludzie, którzy za dobrami materialnymi nie gonią, a tym samym pomyślności państwa i jego sług nie pomnażają!

Pan Wojciech w którymś z dawniejszych postów czy komentarzy na swoim blogu nawołując do samowystarczalności (na tyle, na ile to możliwe) miał rację twierdząc, że jest to działanie antysystemowe. Istotnie bowiem, stwarza to problem dla państwa któremu zabraknąć może żeru dla wiernych sług jego…

Reasumując, dla większej jasności, w punktach:
  1. Kapitalizm sam w sobie nie ma etyki ani preferencji. To dobrze. Bo w ten sposób możemy w jego ramach realizować dowolną etykę i dowolne, nam tylko właściwe preferencje. Możemy np. nie gonić za nowym telewizorem, lodówką czy „samodzielnym“ mieszkaniem na Tarchominie – i ani system, ani gospodarka się od tego nie zawali! Konsumpcjonizm to nasz własny, wolny i osobisty wybór, a nie cecha konieczna systemu.
  2. Nasz konsumpcjonizm, nadymając gospodarkę w sposób sztuczny i przyspieszony, służy natomiast Lewiatanowi, czyli pasożytującemu na niej państwu – i to ono jest najżywotniej zainteresowane w tym, żebyśmy się na śmierć zaharowywali wytwarzając coraz to więcej, coraz to mniej potrzebnych dóbr i usług.
  3. Rozwiązaniem problemu biedy jest… nie czuć się biednym! Nie ma bowiem żadnej obiektywnej miary bogactwa i biedy. Jeśli tylko możemy fizycznie przetrwać, to od nas samych tylko zależy, czy czujemy się biedni, czy bogaci.


[1] Twierdzono ongiś że Chińczycy, jako że ich etyka nie jest uniwersalistyczna, tylko inaczej każe traktować „swojego“ – członka własnego klanu czy mieszkańca własnej wsi – inaczej zaś pozwala obchodzić się z „obcym“, będą mieli problem z adaptacją się do wolnego rynku. Nie widać, żeby takie problemy mieli. Tyle, że robiąc interesy z Chińczykami, trzeba o tej ich osobliwości pamiętać: kontaktów handlowych nie nawiązuje się tam na ulicy, potrzebny jest pośrednik – gwarant, który pozna ze sobą dwie strony i przez ten fakt ze sobą powiąże, czyniąc z nich „swojaków“.

3 komentarze:

  1. Zgadzam się. Osobiście sam siebie uważam za człowieka biednego - bo jeszcze ziemi nie mam ;) Jeśli się to zmieni (kwestia znalezienia odpowiedniej okazji) to już będę majętny... Gotówki od tego nie przybędzie, zmieni się tylko poczucie... Bogactwa?

    Tak mnie zastanawia odkąd czuję taki "głód ziemi" jak ludzie się mogą zadłużać np na 250tys zł by kupić mieszkanko 60 m w mieście (Gniezno) jeśli za około 100 - 150 tys można kupić w południowo wschodniej Polsce siedlisko z 4 ha ziemi

    Tutaj ciekawy link o wliczaniu do PKB prostytucji i handlu narkotykami (no bo czemu nie?)
    http://forsal.pl/artykuly/373441,narkotyki_i_prostytucja_pobudzaja_afrykanska_gospodarke.html

    OdpowiedzUsuń
  2. Ostatnio też ustaliłem sobie wstępnie górny limit tego ile będę zarabiał. Jeśli w wyniku zwiększenia moich kwalifikacji poprawią się moje dochody tak, że ilość pieniędzy będzie większa niż ta ustalona suma, to będę ograniczał ilość godzin pracy a nie pracował by więcej zarabiać... Wolny czas przeznaczę na ogrodnictwo, naukę, dzieci, żonę (niekoniecznie w tej kolejności;)

    Zobaczymy co z tego wyjdzie - jeszcze tej sumy nie osiągnąłem :) choć nie powiem wcale to takie nierealne nie jest.

    OdpowiedzUsuń
  3. Jeszcze mały cytacik, który pokazuje jak państwo korzysta z pomocy panienek nienajcięższych obyczajów:
    "Węgierska gospodarka jest w poważnej zapaści, przeżywa najgorszą recesję od 18 lat, prognozy rządu mówią o obniżce PKB o 6,7%. W zeszłym roku kraj był poważnie zagrożony bankructwem, by go uniknąć potrzebował wsparcia
    ze strony instytucji międzynarodowych.

    Prostytucję i narkotyki zaczęto księgować, aby sprostać standardom Unii Europejskiej (większość krajów UE to robi). Zdaniem węgierskiego urzędu statystycznego, w 2005 roku odpowiadały one za około 344 mld forintów (1,9 mld dol.), co oznacza wzrost
    z 165 mld forintów w roku 2000."
    http://www.hotmoney.pl/artykul/prasa-zagraniczna-prostytucja-ratuje-budzet-1-9703

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...