sobota, 26 czerwca 2010

Katastr józefiński, czyli temu panu już dziękujemy…

Jedyną chyba istotną wadą monarchii jest to, że na skutek genetycznego przypadku i błędów w wychowaniu, które się i na cesarskich dworach zdarzają, może się państwu trafić władca pełen dobrej woli, a przy tym uzdolniony i pracowity. Na szczęście, nie zdarza się to często – ale jak już taki geniusz na tronie zasiądzie, skutki bywają wcale nie lepsze niż po długiej i krwawej rewolucji! Paradoks..? Bynajmniej. Wystarczy popatrzeć na przykłady, które nam Historia podsuwa – ot, taki Józef II, cesarz Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego, król Czech i Węgier, potocznie zwany „cesarzem austriackim“, choć to nieścisłe, bo ten tytuł przyjął dopiero Franciszek I, 14 lat po śmierci Józefa. Skądinąd znany oglądaczom telewizji głównie jako szwagier nieszczęsnego gamonia, Ludwika XVI, króla Francji, którego musiał uświadomić w przedmiocie pożycia małżeńskiego, bo mu się siostra skarżyła, że pozostaje dziewicą – w każdym razie, tak być miało wedle scenarzysty znanej filmowej biografii Marii Antoniny…

Gdybyż niespożyta aktywność Józefa II tylko do tego się ograniczała! Kraj rósłby w siłę i w liczbę mieszkańców, pracowicie przez samego cesarza płodzonych, ludziom żyłoby się spokojnie i dostatnio, a i władza cesarska raczej by nie doznała uszczerbku – jak twierdzi JKM w każdym razie, wskazując na brak pozamałżeńskiej aktywności u obu władców przez najstraszniejsze rewolucje obalonych, tj. właśnie wspomnianego gamonia Ludwika, zwanego też „Sprawiedliwym“ i Mikołaja II w Rosji, jako na powód ich słabej orientacji w tym, co się rzeczywiście na świecie dzieje: wiadomo bowiem, że oficjalne raporty zawsze upiększają rzeczywistość, a wyznania kochanek pozwalają na owych raportów weryfikację. Przyznaję, że w tej akurat sprawie nie mam zdania. Że jednak nadmierna aktywność czysto administracyjna władcy szkodzi krajowi, tego Józef II jest jasnym dowodem. Wszystko więc, co władcę od owej nadmiernej aktywności, a zwłaszcza od ciągłych w tej materii innowacji odciąga, z pewnością jest dla kraju pożyteczne – i jeśli już nawet niczemu innemu nie służy, to pozostaje przynajmniej mieć nadzieję, że niewinne to hobby monarsze przysparza tyle samo radości samemu władcy, co i jego partnerkom, tym samym sumę ogólnego szczęścia na świecie powiększając, amen.

Niestety, Józef II miał wiele zainteresowań i wszystkim poświęcał się z jednakową pasją, a z największą – administrował habsburskim imperium. Robiąc wszystko, co jego zdaniem przyczyniało się do dobrobytu i szczęścia poddanych. Omówienie wszystkich jego reform, niezmiernie drobiazgowych, wymagałoby książki. Skupmy się zatem tylko na tym, w jaki sposób próbował uszczęśliwić swoich poddanych galicyjskich – więc najświeższej stosunkowo daty, bo przyłączonych do imperium dopiero w roku 1772 (kolejnego zaboru, z 1795 roku, Józef już nie doczekał).

Jeszcze wtedy nie samodzielny władca, bo pełnię odpowiedzialności za kraj przejął po śmierci matki, cesarzowej Marii Teresy w roku 1780, ale już, odkąd ukończył 24 lata współcesarz, koronowany w Rzeszy współwładca, rozpoczął oczywiście od podróży inspekcyjnej po świeżo zdobytym kraju. Zagonił też swoją biurokrację do liczenia, mierzenia i spisywania. Dzięki czemu wiemy bardzo dokładnie, ile mórg ziemi zajmowały folwarki szlacheckie, a ile – gospodarstwa chłopskie. Ile trzymano krów, koni, owiec i świń. Jaki był wymiar pańszczyzny w każdym z kilku tysięcy majątków szlacheckich (oczywiście znamy też dokładną liczbę tych majątków, ale jej nie zapisałem, to Państwu nie podam!). Ile domów i jakich – drewnianych, murowanych, itd. – było w każdym z kilkuset galicyjskich miast i miasteczek. Ile było w Galicji kościołów i jaki w każdym z nich był porządek nabożeństw – itd., itp. Kopalnia informacji dla dzisiejszych historyków kultury materialnej i gospodarki! W prosty sposób pozwalająca też wnioskować coś o wcześniejszych czasach, kiedy Galicja należała jeszcze do I Rzeczypospolitej gdzie, jako żywo, nikomu by nie przyszło do głowy nawet i pytać o takie rzeczy.

Wnioski, jakie wyciągnął z tego mierzenia i liczenia, były druzgocące dla polskich „dzikusów“: 9/10 ludności, czyli chłopi pańszczyźnianie „ledwie że pozór mają człowieczeństwa“, tak są biedni i uciemiężeni: mieszkają w lepiankach, które dzielą ze swoim ubogim bydłem, zimą dusząc się dymem, bo lepianki te nigdzie nie mają kominów, za całe odzienie starcza im zgrzebny samodział, byle jak pozszywany i skóry baranie. Tak są biedni, jednym słowem, że nawet nie sposób ich opodatkować!

Rozpoznawszy stan pacjenta i postawiwszy diagnozę, wziął się niezwłocznie pracowity Józef II do leczenia. Na początek, w roku 1781, ustawowo ograniczył wymiar pańszczyzny do 3 dni w tygodniu (postanawiając przy tym raz na zawsze, że oznacza to pracę przez 8 godzin zimą i 12 godzin latem) i zakazał nakładania nowych świadczeń, w osobnym dla każdego z majątków spisie nie zawartych. Że spisy te były zarazem podstawą do opodatkowania właścicieli tych majątków (podatkiem dochodowym, żeby nie było! Liczonym jako procent od nominalnego przychodu brutto właściciela; na który to przychód brutto składały się: świadczenia i czynsze od chłopów, oraz dochody ze sprzedaży płodów rolnych jego folwarku, z lasów i z propinacji, ewentualnie z kopalin lub manufaktur, jeśli takowe w majątku były – wszystko szczegółowo wyliczone i ujęte w przejrzyste tabele; zakazano przy tym używać pańszczyzny do czegokolwiek innego niż obsługa pańskiego folwarku lub lasu: nie mogli więc odtąd chłopi służyć we dworze, ani pracować w pańskiej manufakturze – a za transport płodów rolnych na targ, czy do punktu, skąd były spławiane do Gdańska, trzeba wręcz było chłopom płacić…), niektórzy w chwalebnym zamiarze ochrony substancji rodowej przed zaborczym fiskusem, wymiar owych świadczeń na użytek spisu zaniżyli – ci zmuszani byli, żeby istotnie, tylko tyle od chłopów wymagać, ile sami przy spisie zadeklarowali.

Ponieważ wprowadzanie tej reformy szło opornie, również dlatego, że galicyjscy Żydzi, zwyczajowo zatrudniani do administrowania majątkami, mimo najszczerszych chęci nie byli w stanie zrozumieć metodologii liczenia tych słupków i procentów, nakazano właścicielom majątków zatrudnić wykwalifikowany personel: tzw. „mandatariuszy“, odpowiedzialnych przed administracją cesarską za prawidłowe raportowanie i wypłacanie podatków, oraz tzw. „justycjariuszy“, których jedynym zadaniem było wymierzanie w imieniu właściciela sprawiedliwości chłopom zamieszkałym na terenie majątku (przy czym wprowadzono tryb odwoławczy – chłopi niezadowoleni z wyroku justycjariusza, mogli złożyć skargę do administracji cesarskiej). Urzędników tych zatrudniał wprawdzie i opłacał właściciel ziemski, ale zwolnić ich – bez zgody administracji rządowej – nie mógł. Zupełnie jak dzisiaj „specjalisty ds. bhp“, strażaka, czy etatowego działacza związku zawodowego! Nihil novi sub sole…

Część szlachty zaczęła w tym momencie tracić cierpliwość. Tym bardziej, że „na rynku“ pojawiła się już przecież atrakcyjna alternatywa wobec ciągle używanej, a wymagającej pracy i sprzężaju chłopów pańszczyźnianych trójpolówki. Nie, to jeszcze nie był płodozmian: ten po raz pierwszy zastosowano w Galicji jakieś 30 lat później. Alternatywą było dać sobie spokój z uprawą zboża (i tak Prusacy jak raz w tym właśnie momencie założyli komorę celną na Dolnej Wiśle i eksport przez Gdańsk stał się nieopłacalny) i przestawić się na hodowlę owiec. Do czego podgórskie łąki, a i stepy wschodniej Galicji, znakomicie się nadają. Trzeba tylko było pozbyć się niepotrzebnych już chłopów, co też zaczęto tu i ówdzie robić, likwidując całe wsie.

Administracja cesarska zareagowała błyskawicznie, zakazując, w roku 1785, rugowania chłopów z ziemi. Żeby to wyegzekwować, dokonano szczegółowych pomiarów i od tej pory ziemie każdego majątku dzieliły się na „dominialne“, którymi pan mógł dysponować wedle swojej woli, oraz „rustykalne“, należne chłopom w zamian za pańszczyznę i inne świadczenia.

Jeśli się pamięta, że w ramach trójpolówki cała gromada wiejska po części kolektywnie uprawiała w każdej wsi trzy wielkie pola, tak zmieniając ich przeznaczenie, że w pierwszym roku wszyscy siali na pierwszym polu zboże ozime, w drugim jare, a w trzecim pole to ugorowało, przy czym podczas ugorowania dotychczasowe granice działek użytkowanych przez poszczególnych kmieci, swobodnie poprzeplatanych gruntami folwarcznymi, siłą rzeczy się zacierały i co 3 lata, przy zaorywaniu ugoru, tak naprawdę wytyczano te działki od nowa – to utrzymanie takiego sztywnego podziału okazało się trudne. Powstały bardzo szerokie i zarośnięte miedze. A że działy rodzinne wśród chłopów robiły też swoje, to i doszło na koniec do takich absurdów, jak zmierzone jeszcze w Polsce międzywojennej pole, gdzieś pod Krakowem, u pewnego gospodarza, które miało 3 km długości i… 3 m szerokości!

Największą reformę wprowadził Józef II 10 lutego 1789 roku. Wartość pracy i innych świadczeń chłopskich została przez jego biurokratów szczegółowo obliczona i przeliczona na pieniądze. Nowe prawo, tzw. „katastr józefiński“, postanawiało, że od tej pory chłopi nie będą już pracować na pańskich polach, ani świadczyć jakichkolwiek innych posług. Będą płacić właścicielowi ziemskiemu czynsz wyliczona na 30% wartości ich pracy i dochodów, jakie sami mogą osiągać ze swoich działek. Oczywiście, z pozostałych 70% mieli za to płacić podatek – dochodowy, jak najbardziej! – dla Cesarza…

Nikt nie wyjaśnił jednak dwóch, dość palących kwestii. Po pierwsze: skąd chłopi wezmą pieniądze na zapłacenie czynszu dla właściciela i podatku dla Cesarza? Ze sprzedaży swoich płodów rolnych – no tak, ale kto zagwarantuje, że będą mieli coś na sprzedaż i znajdą na to kupca? To, że przez poprzednie kilkaset lat czynsze pieniężne były na polskiej i w ogóle środkowoeuropejskiej wsi raczej wyjątkiem, a przeważały rozliczenia w naturze: w produktach lub w robociźnie – już samo w sobie świadczy o tym, że pozyskanie gotówki nie było takie proste. Wielki właściciel ziemski, gromadząc tony zboża czy stada rzeźnych wołów, mógł zainwestować w przetransportowanie tych dóbr do miejsca, gdzie dało się je sprzedać. A co miał zrobić chłop, który w tym systemie koniecznie by musiał sprzedać te kilka czy kilkadziesiąt korców zboża? Iść do miasta na piechotę? I do jakiego miasta? Przy ówczesnym stanie dróg i ogólnej infrastruktury, było to utopijne przedsięwzięcie. Już najprędzej mógł sprzedać te swoje korce zboża miejscowemu szynkarzowi lub młynarzowi – za bardzo niską cenę zapewne, bo przy takim a nie innym stanie całej gospodarki, ów skupujący zboże od chłopów z dużym prawdopodobieństwem miałby monopol w swojej wsi.

Ten kłopot nie jest jednak nierozwiązywalny. Ostatecznie, po jakimś czasie, jako że rynek nie znosi próżni, pojawiłoby się dostatecznie wielu faktorów – pośredników, skupujących zboże także i od chłopów, by konkurencja między nimi dała naszym dzielnym kmieciom zadowalające przychody pieniężne, by płacić czynsze i podatki. Najwyżej przez pierwszych kilka lat by się zadłużali i mało jedli (bo przy niskich cenach więcej by musieli sprzedać).

Kmiecie w każdym razie, oczynszowani wedle pomysłu Józefa II, przynajmniej mogli się spodziewać, że jakieś plony na sprzedaż będą mieli. Gorzej z ich dotychczasowymi panami! Przy takiej gospodarce jak opisana powyżej trójpolówka, właściciele folwarków nie mieli własnego sprzężaju, bo polegali na chłopach obrabiających oddanymi im do dyspozycji wołami i swoje i folwarczne pola. Przy folwarkach nie było obór dla krów czy wołów roboczych, ani stajni dla roboczych koni. Nie było też czworaków dla niezbędnych do obsługi majątku fornali, bo nie potrzebowano fornali. Józef II, jednym pociągnięciem pióra pozbawiając majątki pracy chłopów pańszczyźnianych powodował, że przy próbie faktycznego wprowadzenia w życie tego prawa, folwarczne pola najprawdopodobniej pozostałyby nieobsiane. To zaś – jak przyznaje nawet publikujący swoją „Hodowlę zwierząt gospodarskich w Galicji“ za głębokiej komuny, w roku 1975, prof. Witold Pruski – musiałoby się skończyć co najmniej ciężkim kryzysem gospodarczym, jeśli nie głodem. Cenzura to, najwidoczniej przez nieuwagę, puściła – mimo, że pomysł taki postępowy, prawda?

Na szczęście dla Cesarstwa, hiperaktywny cesarz Józef II opuścił ziemski padół w niespełna rok po wydaniu tego prawa, a jego następca, Leopold II, 5 maja 1790 roku je zniósł. Zanim zdołano podjąć na serio próbę jego implementacji.

Oczywistym jest, że nie tylko korzyści fiskalne miał na oku Józef II, wprowadzając swoje reformy. Jako się rzekło, był to władca pełen dobrej woli i szczerze o dobro swoich poddanych zatroskany. Do tego stopnia, że troszczył się nie tylko o ich dobrobyt materialny, ale i o zbawienie dusz: niezadowolony bowiem ze stanu Kościoła, sam przejął de facto rządy nad nim w swoim cesarstwie. Nie tylko mianując dowolnie biskupów i proboszczów, ale też i urządzając całe życie kościelne wedle swoich racjonalistycznych upodobań: zlikwidował m.in. wszystkie, co do jednego klasztory, a w samym Lwowie zamknął 22 „zbędne“ dla obsługi ludności kościoły. Owe osobiste rządy arcykatolickiego cesarza nad Kościołem, zwane potocznie „józefinizmem“, kościelni publicyści ze zgrozą wspominali jeszcze pół wieku po jego śmierci.

Niezależnie od dobrej woli i wielkiej pomysłowości cesarza – biurokraty, faktem jest, że bohatersko zwalczał problem, którego… sam był przyczyną!

Oczywiście, że chłopi galicyjscy po 1772 roku biedowali. Jak mieli nie biedować, skoro wcześniej, przez 4 lata na tym właśnie obszarze toczyła się wyniszczająca wojna domowa połączona z obcą interwencją, czyli konfederacja barska?

Przy tym stosunki między dworem a wsią za I Rzeczypospolitej różne przechodziły koleje losu i różnie wyglądały w zależności od prowincji i od majątku. Generalnie jednak, były to stosunki, odkąd Zygmunt Stary zakazł przyjmowania przez sądy królewskie chłopskich skarg na panów, oparte na pewnej naturalnej samoregulacji. Panowie nie mogli nadmiernie przykręcić śruby, bo ryzykowali, że mimo wszystkich zakazów, często i z wielką surowością powtarzanych, obudzą się pewnego pięknego dnia, a ich chłopów po prostu nie będzie – odejdą na Sicz albo, co o wiele prędzej, do pobliskiego majątku jakiegoś ustosunkowanego magnata, który ani ich pytał będzie, skąd przychodzą, tylko ziemią i zwolnieniem od pańszczyzny na pewien czas obdarzy, kolejną wieś z „Wolą“ w nazwie zakładając. Nie było wprawdzie żadnej ingerencji państwa w stosunki między wsią a dworem, ale też i nie było policji, która mogłaby takich zbiegów tropić i do majątku, z którego uciekli, dostawiać – jeśli właściciel sam tego zrobić nie zdołał, był bezsilny.


Rządy austriackie zakłóciły ten mechanizm. Galicję od Ukrainy odciął solidny kordon wojskowy. Po wsiach i miasteczkach rozlokowano oddziały, które wszelkich włóczęgów i „ludzi luźnych“ łapały, efektywnie kończąc problem zbiegostwa chłopów. Czy jest więc coś dziwnego w tym, że właściciele ziemscy, mając do zapłacenia średnio cztery razy wyższe podatki niż wcześniej, poczęli mimo zniszczeń wojennych i kryzysu, zdzierać ze swoich chłopów co się tyko da..? Pojawiła się więc choroba którą, w jej przyczyny nie wnikając, począł natychmiast zwalczać nasz cierpiący na ustawowe ADHD bohater – mnożąc kolejne, coraz to bardziej utopijne projekty. Gdyby nie zszedł w porę z tego łez padołu, kto wie, czy potrzeba by Napoleona, aby rzucić potężną Austrię na kolana – bo przy kolejnych takich reformach, mogłoby jej już wkrótce nie być…

2 komentarze:

  1. Istotnie, nie ma nic gorszego jak uszczesliwianie na sile. To co sie dzialo w zaborze austriackim bylo zreszta takze tematem "Popiolow" zeromskiego oraz calej serii powiesci Lozinskiego. Trzeba zreszta zdac sobie sprawe, ze nadzor panski byl chlopu potrzebny gdyz bez niego oddalby sie on swojemu naturalnemu popedowi ku lenistwu i pijanstwu. Zabawne, ze obecnie role Najjasniejszego Pana pelnia komisarze Unii Europejskiej, ktorych zarzadzenia przynosza wiecej szkody niz pozytku.

    OdpowiedzUsuń
  2. Mości Jacku, arcyciekawy artykuł
    pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...