wtorek, 15 czerwca 2010

Historia Iskierki

W życiu się tak nie bałem przy ładowaniu konia! Wiadomo, że to niebezpieczna operacja, ale kiedy 800-kilowa, oszalała ze strachu kobyła rzuca się na oślep po ciasnym podwórzu zastawionym ciągnikami i sprzętami rolniczymi w pogoni za 200-kilowym źrebięciem, to jest widok, który może zmrozić krew w żyłach. W pewnej chwili myślałem, że już po źrebicy: wpadła pod trap przyczepy. Na szczęście dała się wyciągnąć i wstała. Ale już o tym, żeby ją przywiązać w przyczepie, mowy nawet nie było. Od razu wieszała się na uwiązie. Trzeba było przywiązać przegrodę do burty i zostawić źrebię luzem, przy uwiązanej matce. Kiedy ta już w końcu weszła, okiełznana włożonym w pysk żelazem, jakie wcześniej tylko w muzeum widziałem. W dziale średniowiecznym…

Pierwszy właściciel Iskierki umarł jesienią zeszłego roku. Nie wiadomo, jak o nią dbał i co z nią robił, że jednak był starym człowiekiem, pewnie niewiele albo nic. Czy już wtedy stała, przez cały czas przywiązana na stanowisku, z łbem przy ścianie? Nie wiadomo. Wiadomo, że była pokryta – i, już na nowym miejscu, w połowie kwietnia urodziła klaczkę.

Wdowa sprzedała Iskierkę gospodarzowi, do którego pojechaliśmy z M., właścicielem stodoły, w której składuję moje siano. M. znalazł ogłoszenie w naszych lokalnych „Anonsach“. Że akurat przywieźliśmy naszą przyczepą do przewozu koni ostatnią partię siana, zebranego dzień wcześniej, nie było co czekać – wróciłem tylko po mapę i pojechaliśmy. W Góry Świętokrzyskie.

Gospodarz Iskierki, starszy i mocno schorowany człowiek, tyle zrobił, że ją po wyźrebieniu, w kwietniu, pokrył jeszcze raz i sprawdził, że jest źrebna. No i oprzęgał ją kilka razy – częściej nie mógł, bo nie dawał rady. Oprzęgał przy tym zawsze w parze z drugą, gniadą kobyłą, nieco od Iskierki mniejszą. Poza tym, kobyła stała przez cały czas uwiązana, z głową przy żłobie.

Córka Iskierki, maści budno-kasztanowatej, o tyle miała lepiej od matki, że nie była uwiązana, więc mogła chociaż wyglądać na podwórko przez szparę w drzwiach. Jest przy tym ciekawa świata i przyjazna: tyle, że nigdy nawet kantarka nie miała zakładanego, co dopiero mówić o tym, żeby umiała chodzić przy człowieku, czy dała się uwiązać.

W sumie: nigdy nie spotkałem jeszcze tak dzikich koni. Przy tym ich dzikość jest zupełnie bez porównania z dzikością koni ludzką ręką rzadko lub wcale nie dotykanych w pastwiskowej hodowli wielkostajennej, z którymi zdarzało mi się mieć do czynienia. Takie konie nawiązują w swoich, z reguły bardzo licznych grupach, bogate stosunki społeczne. Wiedzą, że trzeba się komuś podporządkować. Są zwykle doskonale zrównoważone, nie płoszą się z lada przyczyny i bardzo szybko się uczą. Z reguły są też bardzo ufne w stosunku do ludzi: w końcu ograniczenie kontaktów oznacza również i to, że nikt im nie robi krzywdy a człowiek, jeśli się pojawia, to po to, aby np. nalać wody, czy rzucić smacznego siana.

Dzikość Iskierki to raczej zachowanie więźnia, wypuszczonego z karceru. Albo „człowieka z dżungli“, który się bez żadnych kontaktów społecznych wychował. Pojęcie nie miałem, jak w ogóle do takiego konia podejść. Dobrze, że zebrani panowie w końcu jakoś sobie poradzili. Brutalne to było, rzecz jasna, ale w końcu nikomu nic poważnego się nie stało. Raz wstawione do przyczepy, obie kobyłki były już grzeczne, przez całe dwie godziny podróży dzielnie stały i nie sprawiły żadnych kłopotów.

To też dla mnie nowość. Konie szlachetne, z którymi do tej pory miałem najczęściej do czynienia, jeśli są choć trochę wychowane, a zwykle przecież są – raczej nie wpadają w tak ślepą i bezrozumną panikę, gdy coś nowego się wokół dzieje. Ale też, nie poddają się tak łatwo i nie rezygnują z prób postawienia na swoim! Stąd ruszając, duszę miałem na ramieniu. Wielkie kobyliszcze, przy tym wysokie, bez przegrody, jak nic coś zrobi: bodaj będzie próbowało się obrócić mimo uwiązu, przewróci się przy tym, albo w burtę obunóż przykopie, a jeszcze to źrebię luzem – z przyczepy nie będzie co zbierać… Okazało się: niepotrzebnie. Nie ruszyły się z miejsca. Tyle, że małej zachciało się jeść po drodze, to na miejsce dojechała z łbem przy cycku…

Teraz Iskierkę czeka rehabilitacja. M. opowiada, że całe życie ciągnęło go do koni. Już jako 12-latek kupił i poskromił pierwszą nie opanowaną i budzącą strach u poprzedniego właściciela źrebicę. Od tamtej pory zawsze jakiegoś konia trzymał. Oczywiście: grubego, zimnokrwistego. Im grubszego – tym lepiej! Teraz też zresztą ma 3-letnią źrebicę (jak to się błyszczy od tłuszczu!), więc Iskierka ma szanse na towarzystwo. Przynajmniej przez jakiś czas, bo źrebica akurat na sprzedaż – ruch w interesie być musi!

U M. Iskierka będzie miała okólnik za stadołą i być może pierwszy raz w życiu zazna swobody na świeżym powietrzu. Już teraz zresztą ma lepiej, bo boks dostała tak z pięć czy sześć razy większy niż stanowisko, na którym do tej pory była uwiązana, i z dwudzielnymi drzwiami, więc może sobie na zewnątrz wyglądać. I nie jest uwiązana. Jak tylko czas pozwoli, stopniowo będzie oprzęgana do wozu i do sprzętów polowych. No i dostanie więcej jeść. M. twierdzi, że na swoją masę potrzebuje ok. 10 kilogramów ziarna na każdy posiłek przy dwóch posiłkach dziennie.

Nawet moja wielkopolska Dalia, której mi do tej pory cała wieś zazdrościła, taka jest tłusta (aż się ludziom wydawało, że źrebna i zakłady o płeć źrebięcia robili!), w życiu nie zjadła, przy najcięższej pracy, więcej niż 3 kilo owsa naraz! 10 kilogramów mieszanki zbóż chyba by nie dała rady, a gdyby jednak ambitnie podjęła się tego zadania: śmierć na miejscu! Jednak fascynujące są te grubasy…



Iskierce nie działaby się żadna krzywda, gdyby jej poprzedni właściciel oprzęgał ją bodaj kilka razy w tygodniu i używał do ciężkiej pracy. Nie musiał, bo ma trzy sporawe ciągniki. I nie mógł, bo nie starczało mu sił i czasu. Ale trzymał je po dawnemu, uwiązane na stanowiskach, choć miał dość miejsca, by zrobić im boksy i wybieg.

Przy tym, nie tylko o dobrostan koni tu chodzi, ale też i opłacalność ich trzymania: kiedy się konia w ogóle nie wypasa (a przecież nie ma tańszej paszy niż trawa, która sama na łące rośnie i której nie trzeba zbierać, gdy ją koń własną paszczą skubie…), a całą karmę zadaje się do żłobu i jeszcze jest to karma droga, bo głównie treściwa – to jak hodowla koni mięsnych ma być dla polskich rolników opłacalna?

Oczywiście, powstaje pytanie, czy na zielonce, „grubasy“ będą przybierały na wadze tak szybko, jak na ziarnie? Moje konie spasły się na trawie jak balerony, czego może nie widać, bo i tak od zimokrwistych chudsze – ale to nie dowód, one mają lepszą przemianę materii. Na zdrowy rozum jednak, nie może być lepszej paszy dla konia niż trawa, wszak co innego w naturze jadły? Oczywiście – to utrudnia zbieranie końskiego obornika, a są takie gospodarstwa (np. produkujące truskawki), gdzie koń jest głównie dostawcą nawozu. Kwatery do wypasu takich koni musiałyby być mniejsze, góra po kilkaset metrów kwadratowych – co jest do zrobienia. I pewnie łatwiej niż grodzić od razu 4 ha, jak u mnie!





Pytanie także, czy akurat takie konie jak Iskierka są dla naszego klimatu i gleby optymalne? Wszak nie hodowli ich nasi przodkowie. Hodowali konie bardziej zbliżone do obecnych ras prymitywnych – jak choćby koniki polskie, niewątpliwie najtańsze w polskich warunkach do utrzymania, bo jak trawy zabraknie, to i strzechą przeżyją i nawet z wagi nie zejdą. Że zaś ta waga sporo od iskierkowej mniejsza – to pewnie trzeba by w miejsce jednej Iskierki ze cztery koniki polskie trzymać. Czy byłoby to bardziej czy mniej opłacalne – to jest materia do eksperymentu, jaki dopiero należy przeprowadzić.


Odkryłem zupełnie nowy kontynent naszego końskiego świata. I, mam nadzieję, zyskałem nowych przyjaciół. No i poprawiliśmy byt Iskierce. Nawet, jeśli ten byt nie będzie zbyt długi – co głównie zależy od tego, czy naprawdę jest źrebna, czy nie. Co chyba będzie nam zapisane w Niebiesiech..?

2 komentarze:

  1. To wlasciwie jakiej rasy jest iskierka? Faktycznie bardzo duza, tak przynajmniej na zdjeciach wyglada.

    I jeszcze jedno pytanie, moze kretynskie, ale...
    kobyla moze byc w ciazy i nadal miec mleko do karmienia?

    OdpowiedzUsuń
  2. Iskierka to kundel. Mam wrażenie, że któryś z jej męskich przodków mógł był być ardenem. Ale to tylko wrażenie! I jeśli nawet, to było to dawno temu...

    Ciąża u klaczy trwa 11 miesięcy i właściwie jest możliwe, żeby laktacja trwała przez cały ten czas, o ile nie odsadzi się źrebięcia. Że nie jest to całkiem zdrowe dla płodu, to odsadza się sysaka około 6 miesiąca życia (i 6 miesiąca nowej ciąży zarazem), a klacz zasusza.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...