sobota, 19 czerwca 2010

Czy jesteśmy mądrzejsi od naszych pradziadów..?

Na ogół wszyscy (przynajmniej teoretycznie) umiemy pisać i czytać. Nawet jak nie umiemy, to mamy w domach ogromne telewizory, z których i tak wiemy co mamy myśleć i jak głosować. Zupełnie nie jak nasi ciemni pradziadowie, którzy o wszystkim musieli się dowiadywać w karczmie, albo u magla! Znaczy, że jesteśmy od nich mądrzejsi, tak..?

Prawdę pisząc, przekonanie to wydaje się całkiem powszechne. Kiedy rozmawiam nawet ze starszymi ludźmi z naszej wsi, są na ogół pełni podziwu i zadowolenia: krowy dają teraz kilka lub nawet kilkanaście razy więcej mleka niż w czasach ich młodości, ciągniki są potężniejsze i mniej się psują, wspaniałe maszyny ułatwiają obróbkę ziemi, a modyfikowana genetycznie kukurydza rośnie w naszym klimacie aż miło! Nie można takich głosów lekceważyć. Vox populi – vox Dei.

Nawet oczywista głupota, którą spotyka się obecnie na każdym kroku, też dowodzi istnienia postępu: osoby, narody i państwa tak durne, jak się dzisiaj trafiają, w cięższych i brutalniejszych czasach zniknęłyby z powierzchni ziemi nim byśmy zdążyli się ich istnieniu zdziwić. Innymi słowy: najwyraźniej udało się nam zmniejszyć presję selekcyjną nie tylko środowiska naturalnego na człowieka (dzięki czemu mogą przetrwać osoby słabe, chorowite, obarczone alergiami, nowotworami i masą innych przypadłości dawniej terminalnych), ale też i na wytwarzane przez tego człowieka organizmy społeczne. Bo mogą być głupsze, czyli: bardziej zbiurokratyzowane, gorzej zarządzane, sklerotyczne, nepotyczne i anarchiczne – a i tak mają się nieźle.

Doszliśmy zatem ledwo trzy akapity od początku do paradoksu: jesteśmy od naszych pradziadów mądrzejsi, a dowodem na to jest fakt, że możemy być od nich głupsi, a i tak przetrwamy… Prawie jak koan! Może się to jakiemuś zen-buddyście przyda..?

Oczywiście, paradoks ten ma swoje realne i całkiem przyziemne rozwiązanie. Nasi pradziadowie nie uzyskiwali od krów 14.000 i więcej litrów mleka na laktację, bo wyhodowanie krów o takiej wydajności wymaga nie tylko czasu i cierpliwości (tę mieli, wszak bardzo różne rasy krów wyhodowali), ale też i sporej wiedzy z zakresu genetyki, metodą chybił – trafił się do takiego wyniku nie dojdzie, a jeśli nawet się dojdzie, to nie uda się go utrwalić w populacji krów; wymaga też całego, dość potężnego przemysłu produkującego dodatki paszowe dla tak intensywnie mlecznych krów, wymaga inseminacji, elektrycznych dojarek, potężnych ciągników ciągnących wspaniałe maszyny służące do uprawy zmodyfikowanej genetycznie kukurydzy. Wymaga systemu. Trybiki tego systemu mogą być całkiem nawet tępe, to nie ma znaczenia – system jest za to genialny. Na naszej piaszczystej, ubogiej ziemi, na której jeszcze 100 lat temu, ba! Nawet 30 lat temu nic się takiego nie rodziło, co by pozwalało utrzymać się człowiekowi przy życiu (czego najlepszym dowodem jest fakt, że część tej ziemi – mianowicie nasza posiadłość i jej najbliższe okolice, zostały właśnie 30 lat temu porzucone i pozostawione na pastwę przyrody i śmieci) – teraz utrzymuje się krowy dające 14.000 i więcej litrów mleka na laktację. Wow!

Cechą tego systemu jest też i to, że go nikt w całości jako gotowego produktu nie wymyślił i nie opatentował. Jest to suma drobniejszych i poważniejszych usprawnień, które zrazu dokonywały się bardzo powoli, w dużym oddaleniu przestrzennym i czasowym jedno od drugiego. W pewnym momencie ilość tych usprawnień była już tak wielka, że kolejne zaczęły następować coraz to szybciej – w tej chwili jeśli tylko ktokolwiek wyhoduje krowy dające średnio nie 14.000, a 24.000 litrów mleka na laktację, to dzięki powszechności inseminacji za 3 – 4 lata odpowiedzialne za to geny będą posiadały niemal wszystkie krowy mleczne na świecie. Nawet, jeśli nie dadzą średnio 24.000 litrów, to 18 czy 20.000 – pewnie już tak. Przy czym od nikogo, łącznie z tym, kto pierwszy ową krowę – rekordzistkę wyhoduje, nie wymaga to żadnego geniuszu. Muszą tylko powtarzać wytrenowane, rutynowe gesty i czynności – a sukces przyjdzie sam z siebie.

Sukces lub katastrofa rzecz jasna – bo przy tak wielkim ujednoliceniu populacji krów pojedynczy wirus może, teoretycznie, cały gatunek filozoficznych przeżuwaczy unicestwić nim go zdołamy rozpoznać. Takie ryzyko jest jednak nieuniknioną ceną postępu. I oczywiście warto gdzieś na boczku, w możliwie jak największym oddaleniu od wszelkich wielkoprzemysłowych farm, trzymać sobie kilka krówek rasy polskiej czerwonej, czy polskiej nizinnej, które wiele mleka nie dają, mięsa zresztą też nie, ale za to nie potrzebują żadnych dodatków paszowych, bo i strzechą z chałupy, w razie wielkiej biedy, też się wyżywią. I pewnie okażą się na potencjalne zarazy od dominującej populacji „HV-ałek“ odporniejsze…

Piszę tyle o krowach nie dlatego, żebym się miał przebranżowić (aczkolwiek ostatnia klęska urodzaju: 1600 kostek siana, kiedy co najwyżej 1000 się spodziewałem – każe się zastanowić nad tym, do czego zużyć trawę i siano – planowane na 15 – 20 koni, kiedy ciągle jest ich tylko 5 i za nic w świecie nie chce być więcej…). To tylko przykład. Takich dających się myślowo wyodrębnić systemów, które dają genialne rezultaty żadnego zgoła geniuszu od swoich ludzkich, zwierzęcych i maszynowych komponentów nie wymagając, są setki tysięcy i miliony. „Nikt nie wie, jak powstaje ołówek“ – pisano już w wieku XIX, mając na uwadze ogromną złożoność współzależności, jakie same z siebie, bez niczyjego genialnego pomysłu, tworzą się w gospodarce.


Czy to dobrze że tak się dzieje, czy źle – to już zupełnie inna sprawa. Niewątpliwie wiele jest w naszym współczesnym życiu bohaterskiego rozwiązywania problemów, które sami sobie stworzyliśmy – a harować jak wół od świtu do nocy tylko po to, żeby się dorobić choroby wieńcowej, żonę i dzieci widując jedynie w weekendy i żadnego wolnego czasu na własne rozrywki nie mając – jest lekkim absurdem. Pradziadowie, gdyby im powiedzieć, że na hmm… spotkanie towarzyskie w karczmie czasu nie starczy, szczęśliwi by z tego powodu nie byli! To jednak jest tylko częściowo wina systemu. System nam wmawia potrzebę ogromnego telewizora, nowego co dwa lata samochodu, sterty ubrań, „własnego“ mieszkania na Tarchominie w cenie Manhattanu, wakacji na zatłoczonych jak mrowisko plażach Ibizy i wielu temu podobnych atrakcji – ale nic nas nie usprawiedliwia, że jego namowom ulegamy. Działałby tak samo genialnie, gdybyśmy byli bardziej pod tym względem oporni, bo nie na tym jego genialność polega, że statystyki pęcznieją, a PKB rośnie! Genialność systemu polega na tym, jak potrafi on doskonale zorganizować ludzkie współdziałanie. I na niczym innym.

8 komentarzy:

  1. Ja przepraszam, ale krowa, ktora zywi sie tylko kukurydza to jest mutant - to jakby czlowiekowi dac do zarcia tylko batoniki snickers. No bardzo zdrowy ten czlowiek by wyrosl :)

    Co do reszty sie zgadzam - prawie. No bo nie kazdy moze i stac go przeprowadzic sie spowrotem na wies, niestety. Ze zarcie nie powinno byc masowo produkowane w manufakturach żyłujących ze zwierzat ostatnia krople potu - zgoda.
    Ze nie kazdy powinien gonic za dobrami doczesnymi reklamowanymi - zgoda.

    Tylko, cholerka, jak trend odwrocic....?

    OdpowiedzUsuń
  2. Krowy żywią się wieloma rzeczami. Że jednak, do tak intensywnej produkcji mleka potrzebują bardzo dużo energii, a kukurydza szybko rośnie i ma sporo węglowodanów (nic to, że dla odmiany brakuje jej białka! Od tego jest mączka kostna w dodatkach paszowych...), to przy takim rodzaju hodowli jest niezastąpiona. Krowy te oczywiście że nie są zdrowe - a i mleko, co sami gospodarze przyznają, nie tak smakuje jak kiedyś. Ale co zrobić? Tak jest bardziej opłacalnie...

    Poza tym, po co odwracać trend? I przeprowadzać się na wieś? Wystarczy nie kupować olbrzymich telewizorów, nowych samochodów co dwa lata, "samodzielnych" mieszkań na Tarchominie (przez 10 lat mieszkaliśmy w Warszawie w samym centrum samego centrum w wynajmowanej kawalerce - i nie kosztowało nas to więcej niż rata za mieszkanie, z którego do centrum dojeżdża się godzinę...) czy wakacji na Ibizie. I już...

    OdpowiedzUsuń
  3. Trend się odmieni i odmienia. Patrz rzesze nowych wisioków (do tego statusu sam usilnie aspiruję). Po epoce rozumu przychodzi epoka serca.

    Znam wiele osób, które chcą się przeprowadzić i się przeprowadzają na wieś. Potem na tej wsi chce żywność produkować lub tą żywność produkuje. Z moich obserwacji wynika, że zwykle są to ludzie bogatsi, często tacy co kariery "w korporacji" robili.

    Pewnym paradoksem jestem ja i moja narzeczona. Ona jest córką rolnika, ma siostrę i brata. Na ojcowiźnie nikt raczej nie zostanie, bo "nie po to się teraz uczymy, żeby gnój przerzucać". Ja natomiast chcę się osiedlić na wsi i pośrednio żyć z ziemi (ku niezadowoleniu narzeczonej).

    Może to żaden paradoks nie jest - ot ludzie chcą tego czego nie mają...

    OdpowiedzUsuń
  4. Co do krów. Sam zamierzam mieć Jerseykę i potem krzyżować ją z Holsztynką.

    Jerseyka daje najtłustsze mleko a Holsztynka daje tego mleka najwięcej. Powstaje zatem coś pośredniego o dobrych cechach ogólnych. Do tego dochodzi plus w postaci wybujałości mieszańcowatej...

    OdpowiedzUsuń
  5. A ja chciałem tylko kapitalizm POCHWALIĆ, że sprawny i na wszelkie fanaberie pozwala...

    OdpowiedzUsuń
  6. Też chwalę. Widzę jednak odmianę trendu. Z racji tego, że jesteśmy bogatsi możemy pozwolić sobie na takie "fanaberie" jak zdrowe jedzenie itp. Podobnie jak kiedyś to podniesienie wydajności pomogło zatrzymać dzieciobójstwo i zabijanie niepełnosprawnych...

    Inna sprawa, że blogowe komentarze żyją zawsze własnym życiem :D

    OdpowiedzUsuń
  7. @boskawola:
    BTW: krowy w USA zywia sie kukurydza bo to najtansza pasza, a najtansza, bo subsydiowana przez rzad... nie mam watpliwosci, ze gdyby rzad subsydiowal cos innego, to owo cos byloby podstawowa pasza krow...

    sprowadzanie kapitalizmu tylko do oplacalnosci do niczego dobrego na dluzsza mete nie prowadzi. Wystarczy pojechac do Chin i zobaczyc jak ludzie masowo umieraja na raka z powodu skazenia gleby i wody dzialanoscia przemyslowa. No ale tak jest taniej, a sily roboczej nie zabraknie... to po co sie martwic?

    OdpowiedzUsuń
  8. @futrzak
    Zanim w Chinach wprowadzono kapitalizm, ludzie tam masowo umierali z głodu. Niewątpliwie, mieli wówczas małe szanse umrzeć na raka! Punkt dla mnie w naszej dyskusji z p. Wojciechem sprzed bodaj trzech miesięcy o żywności, rewolucji neolitycznej i chorobach...

    Do czego innego sprowadzać kapitalizm jak nie do opłacalności? Pod tym względem jest to optymalne narzędzie homeostazy naszego gatunku. Przy tym zauważ, że nie ma czegoś takiego jak "obiektywna opłacalność": to się opłaca, na co jest popyt. Pojawienie się popytu na zdrowie, czyste powietrze i miłe otoczenie sprawia, że... otrzymuje się zdrowie, czyste powietrze i miłe otoczenie! Oczywiście, zawsze jest jakaś cena - ale cóż zrobić, taki jest ten świat. Pogodzenie pojęć "tania żywność" i "zdrowa żywność" jest po prostu technicznie trudne.

    Prawdę pisząc, wygląda na to, że jak zwykle byłem zbyt zwięzły :-)

    Dodam uzupełnienie zatem...

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...