niedziela, 9 maja 2010

Tropem řezački

To było mierzenie sił na zamiary, nie zamiaru wedle sił. Gdyby nie Tomek, to by się nasza podróż najdalej pod Opolem skończyła, gdzie zasnąłem za kierownicą (ale kierować pozwoliłem mu dopiero w drodze powrotnej i to od stacji w Złotym Stoku, więc tylko ostatnie 500 z tych 1600 km, które przejechaliśmy – dzięki czemu byliśmy w domach dobre półtorej godziny wcześniej, niż mógłbym się spodziewać przy własnych umiejętnościach i stopniu (bez)przytomności…). Powoli wracam do przytomności, zaraz będziemy mieli gości, więc pozwolicie Państwo, że tylko pokrótce opowiem, cośmy zdziałali.

Dziewczynki oczywiście dowiezione na miejsce. Petra była zajęta, więc żadnych nowych achałtekińskich ploteczek nie przywiozłem. W imieniu własnym i Germesa obiecała dać z siebie 110% normy!

Zapytana o to, kto w okolicy może mieć řezačkę, rzecz jasna nie umiała nam pomóc, ale skierowała nas do farmy w pobliskich Senožatach. Tamże nagabnięty długowłosy pracownik (sobota przed południem była, trudno się spodziewać na miejscu dyrekcji…), o ile w ogóle się porozmieliśmy, to mam wrażenie że zapewnił, że ich řezačka jest nowiusieńka, a jak chcemy starą, to powinniśmy jechać do Želivu. Gdzie z kolei wyszła do nas kobiecina, na codzień zatrudniona do sprzedaży bramborów w bramie kombinatu i usłyszeliśmy tylko, że nikogo neni i ne bude, aż do poniedziałku i mamy spadać.

Zrobiliśmy zakupcy w Humpolcu, bo już i tak było po drodze i ruszyliśmy na Pragę. Na autostradzie znowu parę razy zaliczyłem odmienny stan świadomości, tym razem na szczęście bardzo krótko, więc Tomek nie musiał za kierownicę łapać. Otrzeźwił mnie dopiero jego okrzyk: o Claas!

Istotnie: mieliśmy znaleźć serwis Claasa przy wylocie autostrady z Pragi na Brno – i nie wiem, jak się to nam udało (Wendi pokazała się z dobrej strony, bo i przez teren budowy obwodnicy Pragi na skuśkęśmy przejechali…), mnie się już strony świata myliły kompletnie, ale trafiliśmy pod okazały budynek, otoczony płotem i wystawą wszelakiego sprzętu za tymże płotem (Tomek aż się wspiął nań, co by lepiej widzieć) – niestety, bez řezački. Wysłałem Lepszej Połowie adres strony internetowej, wołowymi literami napisany na frontowej ścianie, będziemy się kontaktować później.

Potem trzeba się było dostać na wylot w stronę Hradec Kralove, gdzie miał czekać pośrednik – przewodnik. W końcu go znaleźliśmy. Nie bez przygód, ale już mniejsza z tym. Koniec końców mnie wysłali na stację benzynową, żebym trochę pospał, a oni z Tomkiem pojechali oglądać kolejną maszynę. Gdzieś w stronę Niemiec. Niestety – maszyna była w kiepskim stanie, ale za to bardzo droga.

Pokrzepiony dwugodzinnym wypoczynkiem dojechałem wcale niezłym, jak na moje możliwości tempem do Hradec Kralove, gubiąc się dopiero na samym końcu. Okazało się, że tam są dwa dwupoziomowe ronda, a nie jedno, które znałem do tej pory z wypraw w stronę Pardubic…

Tomek wpadł na pomysł, żeby zajrzeć do Českich Mařic, gdzie poprzednio prawie że kupił dobrego sprzęta, tylko do finalizacji transakcji nie doszło. Zajrzęliśmy. Kombinat znaleźliśmy. Nacisnęliśmy dzwonek w bramie. I w tym momencie podjechał do nas samochód ze znanym wcześniej Tomkowi brygadzistą, wiezionym przez jakąś niewiastę w środku. Fakt, że ze wszystkich ogródków dookoła, w których dymiły grille, wykonano zapewne do brygadzisty telefony informujące go, że się jakieś typy koło zakładu kręcą, na pewno w tak szczęsnym zbiegu okoliczności pomógł.

Dzięki czemu przynajmniej wiemy, co się stało, że się z transakcji wycofali i dlaczego przez telefon tacy enigmatyczni byli, a na maile nie odpowiadali. Bo jak tu powiedzieć, że właściciel głupi ch..j, nowej zabawki nie chce im kupić i dlatego starej, już zadatkowanej i do wysyłki przygotowanej, sprzedać nie mogą? Kazali wracać w październiku i zabierać grata co prędzej, to wreszcie kupi im nowego…

No i wróciliśmy, jako się rzekło szybko dzięki temu, że Tomek, o wiele lepszy ode mnie kierowca, a przy tym dużo odporniejszy na brak snu, w drodze powrotnej prowadził.

Spotkałem przy tym bratnią duszę. Do tej pory to ja zamęczałem (głównie Lepszą Połowę) zachwytami nad tym, jakie to piękne są te wielkie, doskonale utrzymane pola na Śląsku, czy w Czechach. Teraz sam wysłuchałem porcji takich zachwytów!

Po tych kilku miesiącach internetowej znajomości z panem Wojciechem oczywiście wiem, że taką gładź niepokalaną przygotowanego pod zasiew pola zawdzięcza się ciężkiej chemii, która dla zdrowia tych, co to potem jedzą nie jest obojętna, a w ogóle to na pewno nie jest do końca w porządku, że na tych polach tylko rzepak i kukurydza rośnie (no, czasem też i brambory). Cóż jednak zrobić, kiedy te pola są po prostu piękne? Tomkowi tym bardziej, że i okazja przejechać się tak wspaniałym sprzętem by była…

Swoją drogą, po co brygadziście z Českich Mařic nowa řezačka? Bo chce biogaz produkować (już mi nawet Tomek gotowe silosy pokazywał) z kukurydzy i musi do tego celu areał zasiewów zwiększyć. Nie uważam tego za zły pomysł! Sam bym chętnie np. bioestry sobie w domu wytwarzał. Na BBC, bodajże w programie kulinarnym (a propos pozbycia się zużytego tłuszczu z restauracji) pokazywali taką instalację, bardzo poręczną. Oczywiście z solennym ostrzeżeniem, żeby broń Boże, nie robić tego w domu! Co, moim zdaniem, dowodzi, że musi to być łatwe w wykonaniu.



Tymczasem w domu Lepsza Połowa heroicznie walczyła z zalewaną wodą hydrofornią, niańczyła staruszków i kota oraz obfotografowała nasze roślinki:
Żywotniejszy z naszych dwóch dereniów jadalnych. Będzie dereniówka za kilka lat!








Nasze kwitnące antonówki. Podobne i cydr da się z nich zrobić?


Przekwitła już wiśnia.



Rokitnik, który puszcza już nowe pędy. Jest więcej na żywopłocie, ale malutkich.


Najbujniej zazieleniony z pigwowców. Ale wszystkie pięć już listki puściły.



Orzech laskowy. Oba orzechy czują się na południowym skraju naszego Lasku Centralnego jak w domu.


Świdośliwa kanadyjska









Największe z naszych owocowych drzew: maćkowa grusza tuż obok miejsca gdzie kiedyś mamy nadzieję pobudować stajnię. Czy przetrwa budowę: zobaczymy. Ale mam nadzieję, że wypadnie jej rosnąć na dziedzińcu...




Na koniec: dowód, że koćkodan wyzdrowiał, a staruszkowie odpoczywają pod nieobecność tekinek:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...