poniedziałek, 17 maja 2010

Ryzyko i błąd

Kiedy Ślimak z „Placówki“ Bolesława Prusa rzucał garściami zboże na bruzdy wyryte jednoskibowym pługiem zaprzężonym w konia (jeśli mu się akurat w danym roku powiodło: w dwa konie!), spodziewał się, że zbierze 10 – 12 ziaren z każdego zasianego. Jego rachunek był tylko o 2 – 4 ziarna bardziej optymistyczny od oczekiwań bohaterów „Satyry na leniwe chłopy“, czy „Krótkiej rozprawy między panem, wójtem, a plebanem“, 200 lat wcześniej, używających radeł zaprzężonych w woły. W tej chwili, trochę więcej niż 100 lat po czasach „Ślimaka“, pan Wojciech obiecuje temu, kto spróbuje jego metody siewu bezorkowego nie mniej niż 100 ziaren z każdego zasianego.

Tego rodzaju rachunki łatwo mogły okazać się mylne: jedno gradobicie tuż przed żniwami mogło obniżyć plon o połowę, albo i pozbawić go wcale. A jeśli nawet Bóg litościwy nie zesłał na swój wierny lud takiej plagi, to zawsze mogli się przypałętać jacyś zbóje, swoim lub obcym językiem mówiący,  umundurowani lub nie, którzy zebrane zboże zabrali i zmarnowali, a nie zebrane – zdeptali lub podpalili. Zbóje ci pojawiali się potem na kartach podręczników historii – ale jaka stąd mogła być pociecha dla chłopa, który przez nich zbiory stracił? Już Ślimak, który oprócz żyta zasiał też i zagon kartofli, mógł taką klęskę jakoś przebiedować. Dla jego o 200 lat starszych przodków był to prawie pewien wyrok śmierci!

Co im bowiem pozostawało? Żołędzie z pobliskiej dąbrowy, jeśli rosła jakaś. Grzyby i jagody. Lebioda i inne dziko rosnące zioła. Za mało i zbyt niepewne to źródła pożywienia dla osiadłej od wieków i rozrosłej liczebnie w stosunku do przedrolniczych czasów społeczności „wytwórców żywności“ – jak definiuje prof. Diamond kultury, który opanowały uprawę roli. Poza tym, co dalej? Nawet, jeśli zbiór zawiódł, lub został stracony, trzeba przecież obsiać pola w kolejnym roku – a co, jeśli siewnego ziarna brak lub zostało z konieczności zjedzone?

Można je sprowadzić z dalszych stron, gdzie akurat trafił się błogosławiony urodzaj. Jak jednak za to zapłacić? No cóż: trzeba wziąć kredyt! W istocie rolnictwo łatwiej się obejdzie bez pługa (szczególnie, gdyby pomysły pana Wojciecha rzeczywiście dały się zastosować w naszym klimacie), niż bez kredytu. Podobnie zresztą jak i hodowla. Koniec końców, nie co rok trafia się gradobicie lub wizyta umundurowanych (lub nie) zbójów. Na ogół oczekiwania rolnika wobec średnich zbiorów jednak się sprawdzają. Co jakiś czas zaś: ziemia rodzi obficiej niż zwykle, a wokół panuje pokój. Zasadniczo lata urodzaju zdarzają się tak samo często, jak klęski żywiołowe skutkującego jego brakiem. Tylko czynnik antropogeniczny w postaci wojen i grabieży zakłóca tę równowagę…

Mając określony zasób siewnego ziarna i przygotowane na jego przyjęcie pola, można z dużą dozą pewności spodziewać się po kilku miesiącach dość łatwych do wyliczenia zbiorów. Mając stado bydła i pastwiska dla jego wypasu, łatwo po kilku latach eksperymentów obliczyć, jak szybko będzie się zwiększać i ile sztuk można co roku przeznaczyć do zjedzenia lub na sprzedaż. Zachęca to do inwestycji. Do przygotowania pod uprawę większej ilości pól. Znalezienia lub stworzenia nowych pastwisk. Zysk z takich przedsięwzięć jest stosunkow łatwy do obliczenia, a ich koszty – z góry znane. Biorąc zatem kredyt w banku braci Egibi, babiloński rolnik mógł z łatwością przystać na kontrakt: w zamian za każdy kosz siewnego ziarna oddam po zbiorach trzy. Albo: w zamian za byka i pięć jałówek, będę co roku oddawał jedno cielę przez następnych piętnaście lat. Kredytobiorca z góry wiedział, jaka jest cena kredytu, który zaciąga. Kredytodawca oddawał mu potrzebne dla dokonania inwestycji dobra kierując się przeciętną ceną, jaką osiągały na rynku – że zaś w takiej transakcji pojawia się czynnik czasu, cena ta uwzględniała też i ryzyko, że pewnej części kredytobiorców nie uda się wywiązać z przyjętych zobowiązań. Stawali się wówczas zwykle niewolnikami bankiera – ale marna to była dla niego pociecha, jeśli i tak nie mógł w ten sposób odzyskać swoich krów czy ziarna. Średnio jednak, rolnik lub hodowca powinien na takiej transakcji zarobić, a i bankier – nie stracić. Tak właśnie narodził się system bankowy.

Zastosowanie tej samej metody do operacji kupieckich i przemysłowych rodziło o wiele więcej niepewności: wszak nie tylko mogło się zdarzyć, że wytwórcy amfor potłuką się gotowe na sprzedaż wyroby, ale i to, że wykonane przez niego z wielką starannością ozdoby w stylu czarnofigurowym okażą się absolutnie niestrawne dla publiczności, która w międzyczasie ulegnie nieprzepartej modzie na ozdoby w stylu czerwonofigurowym. Albo odwrotnie. Katastrofy w handlu, zwłaszcza morskim, uprawianym przy pomocy łódek niewiele lepszych od dłubanek, na Polesiu zwanych pieszczotliwie „duszogubkami“, tak były częste, że aż wierzyć się nie chce, że jednak ci brodaci Fenicjanie i Grecy, których późni potomkowie żyjący w dzisiejszych czasach nie uchodzą za jakichś strasznych kowbojów, jednak się na te morza puszczali, na pewną niemal śmierć! Obok zatem o wiele wyższego oprocentowania, dość szybko pojawił się pomysł podziału ryzyka – poprzez tworzenie spółek i ubezpieczenia. Celowali w tym zwłaszcza Arabowie, którzy już około VIII wieku dorobili się całkiem nowoczesnego systemu leasingu. Obejmującego nie tylko narzędzia, statki i towary, ale też idee – dzięki łatwej dostępności do kredytu wspartego technologią, irański system podziemych nawodnień „qanat“ rozprzestrzenił się aż po Maroko i arabską Andaluzję.

System kredytowy, niezbędny dla funkcjonowania rolnictwa, wcale przy tym nie musiał operować kruszcem (pieniądza „fiducjarnego“ – poza przodującymi jak zwykle we wszystkim Chinami – jeszcze wtedy nie znano). Dla ogromnej większości polskich (białoruskich, ukraińskich, litewskich…) chłopów, ich głównym kredytodawcą był właściciel ziemski. Otrzymywali od niego ziarno siewne, narzędzia, sprzężaj, a kiedy była potrzeba – także i wyżywienie i pomoc w odbudowie chat czy przygotowaniu pól po jakiejś klęsce. Ze skutkami, które już tu kilka razy opisywałem. W zamian zaś, najczęściej świadczyli pracę.

Czy chłopi pańszczyźniani, którzy się na tego rodzaju transakcję (bezpieczeństwo w zamian za pracę i wolność) godzili, byli głupi, zdegenerowani, gorsi genetycznie i moralnie – jak zdaje się sugerować w swoim ostatnim poście Pan Profesor? Jeśliby trzymać się konsekwentnie darwinizmu, którego wyznawcą zdaje się być w jakiejś części Pan Profesor, to pamiętajmy, że o tym, kto jest „najlepiej przystosowany“, czy „lepszy“ w ostatecznym rachunku decyduje tylko to, czy zdołał swoje geny przekazać potomnym. Otóż: chłopi pańszczyźniani w ogromnej większości dokonali tej sztuki wbrew rozlicznym, nieustannie grożącym im zagładą okolicznościom. Natomiast o tych buntownikach, którzy jednak woleli gospodarować po swojemu i bez ubezpieczenia, jakie im dawała zależności od pana, niewiele można powiedzieć – na pewno jednak potomstwo po nich nie zostało… W warunkach takich, jak opisałem powyżej, było to po prostu samobójstwo. Rodzina takiego chłopa (który przecież mógł zawsze jakąś leśną pustkę, jakich wszędzie w całej Rzeplitej pełno było, własnymi siłami zagospodarować, żadnemu panu się nie kłaniając!) ginęła bez wsparcia przy pierwszym nieurodzaju lub klęsce wojennej. Operując terminami teorii gier: oczekiwana wypłata dla takiej strategii była mniejsza/równa zero. To kto tu okazał się „lepiej przystosowany“?

Ryzyko związane z produkcją rolną czy hodowlą, a nawet z handlem morskim i rzemiosłem, ma w dużej mierze czysto fizyczny charakter. Czynniki antropogeniczne, jakie się w nim pojawiają (zbóje, moda), z reguły działają tylko jednokierunkowo, bo je zwiększają – na ogół w dość stałym stosunku dla danej epoki. Natomiast powolny, ale na przestrzeni wieków na ogół stały postęp techniczny, ryzyko zmniejsza. Do pewnego momentu oczywiście – bo kiedy już wybuchnie rewolucja przemysłowa, nagle okazuje się, że dóbr jest więcej, niż najwytrwalsi nawet konsumenci są w stanie spożyć, a ciągle wzbierający nadmiar zaspokaja już nie potrzeby, a tylko zachcianki ogółu – jak to zachcianki, z natury o wiele bardziej kapryśne niż dawno już zaspokojone potrzeby realne! Tym samym w niektórych dziedzinach ludzkiej działalności ryzyko zaczyna przybierać wartości nieoznaczone. Najwcześniej to się stało na rynku sztuki – i stąd tak astronomiczne ceny dzieł twórców uznanych i modnych!

W pewnych dziedzinach ryzyko oderwało się od jakiejkolwiek fizycznej rzeczywistości już wieki temu. Po raz pierwszy zapewne w Holandii, w latach 1635 – 37, podczas tzw. „tulipanomanii“. Pojedyncza cebulka odmiany „Semper Augustus“, dziś warta kilka centów, kosztowała wówczas w szczycie hossy 6 tys. guldenów (jak podaje Wikipedia, równało się to 40-krotności średniego rocznego dochodu na głowę Holendra w owym czasie; cokolwiek to w praktyce oznacza…). Potem za rządów Filipa II księcia Orleanu – regenta Francji za małoletniości Ludwika XV, kiedy zatrudnił on szkockiego spekulanta, Johna Law, jako swojego finansowego „guru“ – ze skutkiem dość podobnym do wielu następnych przypadków „nadymania złotego cielca inflacji“ przez rząd. Wydaje się że to, co dzisiaj tak bardzo pasjonuje szeroką publiczność, to właśnie przytłaczająca dominacja ryzyka całkowicie oderwanego od fizycznej rzeczywistości. Na ryzyko to składają się potężne, a w praktyce niezwracalne długi wszystkich prawie istniejących na świecie rządów i instytucji rządowych; oderwane od demograficznych i kulturowych realiów systemy emerytalne; ubezpieczenia, bardzo często przymusowe, a zwykle dotyczące całkiem zwyczajnych rodzajów ludzkiej działalności, bynajmniej nie wiążących się z nadzwyczajnym zagrożeniem – jak prowadzenie samochodu czy świadczenie jakichś usług; wmówiona ludowi potrzeba posiadania „samodzielnego“ mieszkania w bloku (w USA: domku z trawnikiem!), która czyni z 90% miejskiej populacji dożywotnich niewolników systemu bankowego; last but not least – wszelkiego rodzaju pochodne instrumenty finansowe, służące do wyceny bądź generalizacji całego tego ryzyka. Nie można traktować tego „rynku ryzyka“ jak normalnej, znanej od tysiącleci działalności kredytowej. Nie ma on bowiem żadnej analogii z prostym rozumowaniem przedstawionym powyżej: „jeśli mogę oczekiwać 12 ziaren z 1 zasianego, to jak oddam z tego 3 braciom Egibi, zostanie 8 dla mnie i 1 na przyszłoroczny siew…“ Tym samym, żadne reguły się go nie imają. Również reguły zdrowego rozsądku. Jedyne co można o tym z całą pewnością powiedzieć, to że wcześniej czy później pewnie pier…nie. Tylko kiedy? A – tego już się przewidzieć nie da… Jest to zabawa. Igraszka. Kpina. Nic dziwnego, że ludziom, którym co miesiąc bank zabiera 2/3 pensji marzy się „pieniądz bezprocentowy“, czy wręcz: rewolucja komunistyczna! W każdym razie żadnych przygód ze spekulacją na tym wirtualnym rynku nie uważam za stosowne przekładać na normalne ludzkie doświadczenie odnośnie ryzyka i błędu. To tak, jakby nałogowego hazardzistę stawiać za wzór odwagi i cnót obywatelskich…

Odwaga zresztą nie równą miarą się mierzy. Postawa naszych „genetycznych patriotów“, o której już zresztą tutaj nie raz pisałem, wyrażająca się w prostych aksjomatach „Polska – dobrze, Rosja – źle“, „jakoś to będzie“ itp. – byle do przodu, byle orężnie, byle z hukiem, byle w ostrogach – nieważne że boso! – byłaby cnotą dla szeregowego ułana. Jednak już wachmistrz powinien na polu walki przede wszystkim zachować zimną krew i życiem swoich ludzi nie szafować nadaremno – bo nie wykona zadania, jakie mu postawiono, jeśli ich bez sensu wytraci! Nie jest prawdą, że wszczynając powstanie styczniowe nie można było przewidzieć jego wyniku. Ależ można było. Co więcej: znalazłem i opublikowałem tu dowody na to, że przewidziano! Nie jest też prawdą, że wszczynając powstanie warszawskie nie można było przewidzieć, czym ono się skończy. Można było. I przewidziano. Na co również istnieją dowody. Po prostu głupie Polaczki mają mniej rozumu niż ich konie – rozum ułanowi równie potrzebny jak pilotowi szabla, jak mawiał pewien mój znajomy pilot śmigłowca. Czy jednak naprawdę chcemy, żeby rządzili nami szeregowi ułani? Bodaj Wenezuela przeżyła w XIX wieku serię takich niepiśmiennych dyktatorów zwanych „pierwszymi lancami Republiki“ – i jak ten bogaty w ropę i ziemię kraj teraz wygląda..? A jak wygląda Polska po tych wszystkich powstaniach, z rozumem szeregowego ułana wszczynanych i prowadzonych?

Dobrze wygląda..? Jeśli dobrze, to nie powinniście Państwo narzekać ani malkontencić. Jeśli jednak nie aż tak dobrze – to jak chcecie ten stan poprawić, powtarzając stare błędy i grzechy? Rozumem szeregowego ułana..?

Niemcy budzą w naszej części świata wielki podziw nie dlatego, że przegrały dwie wojny światowe – a dlatego, że je bardzo skutecznie umiały prowadzić przeciw niemal całej reszcie świata. I że po klęsce umiały się pozbierać i mimo klęski i wbrew poniesionym stratom – udowodnić, że są pierwszym narodem kontynentu. Niemcy są skuteczni. Jeśli nawet podejmują ryzyko i przegrywają, to po starannym rozpatrzeniu wszystkich przesłanek i dopieto potem, jak zrobią wszystko, żeby ryzyko przegranej zminimalizować.


Polacy wszczynając powstania nie podejmowali ryzyka. Nie można mówić o ryzyku tam, gdzie wynik jest z góry wiadomy i pewny! Polacy po prostu popełniali błędy. Bezmyślnie. Bez zastanowienia. Bez sensu. Bez próby zrobienia czegokolwiek, żeby sytuację wprzódy poprawić. Doprawdy wierzyć mi się nie chce, że nas Pan Profesor do bezmyślności próbuje namówić…

2 komentarze:

  1. Nie namawiam do bezmyslnosci ale do odwagi w podjeciu ryzyka walki. Niemcy, o ktorych Boskawola tak dobrze pisze popelnili liczne bledy strategiczne, ktore w momencie podejmowania decyzji wydawaly sie zgodne ze sztuka wojenna. Stalingrad mogl byc zdobyty. Na przeszkodzie stanela informacja, ktora dostalo Naczelne Dowodstwo Radzieckie od swojego szpiega w Japonii (Ryszard Sorge). Zawiadomil on, ze Japonia nie zamierzala w tym czasie naruszyc dalekowschodnich granic ZSRR. To pozwolilo Stalinowi zaryzykowac (tak, tak zaryzykowac!) i wycofac armie blokujaca granice z Chinami i Mandzuko. Byl to strategiczny blad Japonii, ktory zaowocowal przegraniem przez nia potem wojny. Wypoczete i przyzwyczajone do syberyjskiego mrozu oddzialy RKKA okrazyly armie Paulusa i w zasadzie zadaly decydujacy cios armii niemieckiej w II WS. Zadne uzupelnienia nie byly juz w stanie wypelnic wyrwy w zasobach ludzkich III Rzeszy powstalej w tej operacji. Zauwazmy tez, ze Niemcy nie daja nadal za wygrana. Stosuja teraz metode "przylaczen", ktora w gruncie rzeczy nie jest czyms roznym od tej jaka brytyjczycy stosowali przy "kupnie " swoich kolonii. Za perkaliki i paciorki kupowali od dzikich teren i przychylnosc. Zanim dzikusy zrozumialy o co chodzi byly juz czescia Imperium a nowa administracja miala dosyc sil, w tym lokalnych zolnierzy, aby utrzymac swoja wladze na zajetym calkiem pokojowo terenie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Się Panu końcówka roku '41 z końcówką '42 pomyliły. Odwody z Dalekowschodniego Okręgu Wojskowego ratowały Moskwę, nie Stalingrad.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...