wtorek, 25 maja 2010

O „koniu polskim“ raz jeszcze

Mnóstwo ludzi na całym świecie wierzy w astrologię. Zdziwiłbym się jednak, gdyby był wśród tych rzesz choć jeden astronom! Z takim samym zdziwieniem dowiedziałem się niedawno, że mnóstwo ludzi wierzy w istnienie kiedyś takiego zwierzęcia jak „koń polski“. Wśród zootechników, hodowców, koniarzy (w każdym razie wśród tych, których znam…) – wiara taka jest równie rzadka jak wiara we wpływ gwiazd na temperament i życiowe przeznaczenie noworodka wśród astrofizyków. Co oczywiście w niczym nie przesądza tej ciekawej, historycznej kwestii.

Faktem jest, że ustalenie nieistnienia takiej rasy to był bodaj pierwszy samodzielny wkład raczkującej polskiej zootechniki, jeszcze w wieku XIX. Działo się to w toku ponad półwiecznego, zażartego sporu między „anglomanami“ i „arabofilami“. Sporu, który przesądził o kierunku hodowli koni w Polsce praktycznie do dziś: do dziś bowiem, nasza hodowla opiera się z jednej strony na importowanych koniach zachodnich (nie są to już konie pełnej krwi angielskiej, bo upadły u nas w międzyczasie wyścigi, a zachodnie konie półkrwi) oraz na potomstwie importowanych ongiś arabów. Właśnie fakt, że zażarcie broniący tradycji „arabofile“ nie potrafili zademonstrować „anglomanom“ żadngo krajowego konia, który by podawanej przez nich definicji „konia polskiego“ odpowiadał, tylko musieli w tym celu importować araby, przesądził o ostatecznej klęsce hipotezy istnienia wcześniej rodzimej rasy wierzchowej.

Może jednak zwolennicy „konia polskiego“, którzy czytają o nim u Dorohostajskiego, u Micińskiego, w innych XVII i XVIII wiecznych źródłach, ryciny wyszukują i wiersze staropolskie, relacje obcych podróżników itp. – mają rację, gdy twierdzą, że koń taki istniał, a tylko przez Napoleona został wygubiony podczas jego moskiewskiej awantury..?

Zanim rozstrzygniemy tę kwestię, o ile to w ogóle będzie możliwe, zróbmy porządek w pojęciach. Terminu „rasa“ po raz pierwszy użył (co prawda, w odniesieniu do ludzi) François Bernier w 1684 roku w języku francuskim, w eseju “Nouvelle division de la terre par le différents espèces ou races qui l’habitent“.[1] W kręgu języka niemieckiego spopularyzował je szwajcarski uczony Johann Fredrich Blumenbach w roku 1775[2]. Tymczasem w języku polskim nie zna go jeszcze drugie wydanie „Słownika języka polskiego“ Samuela Bogumiła Lindego z roku 1854.[3] Dopiero w trzeciej i czwartej dekadzie XIX wieku wspomniany już spór pomiędzy „anglomanami“ i „arabofilami“ wprowadził pojęcie rasy i hodowli koni w czystości rasy do polskiego języka naukowego.

Termin „rasa“ po raz pierwszy pojawia się w tzw. „słowniku wileńskim“ z 1861 roku i jest wyjaśniany jako: 1) plemię, pochodzenie, pokolenie (szczególniej mówiąc o zwierzętach). Koń dobrej rasy. Poprawić rasę.[4] Pojęcie to ma dwie konotacje. Z jednej strony – w wersji bardziej współczesnej i obecnie narzucającej się nam jako oczywista intuicja językowa – dopuszcza użycie liczby mnogiej „rasy“, a więc definiuje pewne, różne od siebie (potencjalnie także od siebie nawzajem niezawisłe) jednostki taksonomiczne niższego rzędu niż gatunek. Z drugiej jednak strony, co już w użytym w słowniku sformułowaniu „poprawić rasę“ jest w pełni widoczne, jest to pojęcie wartościujące. Mówimy zresztą po dziś dzień „pies rasowy“ w przeciwieństwie do „kundla“. To drugie rozumienie terminu „rasa“ jest, wbrew jego etymologii, pierwotne i w wieku XIX było powszechne. Świadczy o tym chociażby tytuł jednego z artykułów Spirydiona Ostaszewskiego (skądinąd sztandarowego przeciwnika ówcześnie rozumianej modernizacji hodowli koni): „O prowadzeniu rasy koni w naszym kraju, odpowiedź Panu Eberhard“, z Tygodnika Petersburskiego, rocznik 1845, nr 39 – 42.[5] Podobnie jak do dziś rozróżniamy „rasowe psy“ i „rasowe koty“ od „kundli“ i „dachowców“, tak w wieku XIX odróżniano „rasowe konie“ od „koni miejscowych“, czy „pospolitych“. Odróżnienie to miało, co oczywiste, wydźwięk wartościujący: zwierzę „rasowe“ było w oczywisty sposób lepsze od „nierasowego“.

Wartościujący element tego terminu zakładał (świadomie lub nieświadomie), że tak naprawdę istotna jest tylko jedna „rasa“ – że, w związku z tym, stopień „rasowości“ poszczególnych zwierząt da się zmierzyć przy pomocy pewnej skali, wskazującej ich odległość od zwierzęcia „rasy czystej“ ze względu na pochodzenie i podobieństwo fenotypowe. Tak naprawdę wszyscy uczestnicy XIX-wiecznego sporu „anglomanów“ z „arabofilami“ podzielali to samo, wyżej przedstawione przekonanie – tyle tylko, że pierwsi uważali za wzorzec „konia rasowego“ konia angielskiego, a drudzy – z braku możliwych do przeciwstawienia temu zagranicznemu importowi koni miejscowych o równie wielkich zaletach użytkowych – konia arabskiego.

Koniec końców powstał w języku polskim swoisty kompromis. Dwie „rasy“ uznane zostały za równie wzorcowe. Aby można je było od siebie odróżnić, jedną z nich (arabską) nazwano „końmi czystej krwi“ (gdyż ich podstawową zaletą miało być to, że są od stuleci, jeśli nie od tysiącleci, hodowane w czystości krwi, nie podlegając mieszaniu z końmi o innym pochodzeniu), a drugą (angielską), „końmi pełnej krwi“ (gdyż fakt pochodzenia koni angielskich od różnych przodków, utworzenia tej rasy poprzez dolewanie – „do pełna“ krwi orientalnej do miejscowych klaczy z Wysp Brytyjskich – był zbyt dobrze znany, aby tę wzorcową skądiną rasę nazwać rasą „czystej krwi“ – co, skądinąd, zdarzało się pisarzom i publicystom z I połowy XIX wieku i do tej pory jest normą w języku rosyjskim).

Kompromis ten funkcjonuje w obrębie języka polskiego po dziś dzień. Jednak używając tych terminów nie można zapomnieć, że jest to tylko i wyłącznie fakt leksykalny, który nie ma żadnego derywatu w realnej rzeczywistości. Nikt bowiem w XIX wieku, gdy się ten kompromis ustalał, nie prowadził żadnych systematycznych badań nad związkami genetycznymi różnych grup koni używanych w hodowli na świecie. Jest to wyłącznie rodzaj ideologicznego manifestu hodowców koni czystej krwi arabskiej i pełnej krwi angielskiej i do niczego nie zobowiązuje on nikogo poza tym gronem.

Wszystkie wyżej wskazane terminy mają tylko pozornie ścisły i naukowy charakter. O tym, na jakie bezdroża prowadzi bezkrytyczne używanie terminu „rasa“, wskazuje przykład antropologii, gdzie nie ma pojęcia, które byłoby bardziej nadużywane (dawniej) i wyklinane (ostatnio), bez żadnej uzasadnionej refleksji nad jego rzeczywistym znaczeniem. W zootechnice jest o tyle tylko łatwiej, że można „rasę“ potraktować nie jako termin opisowy (a więc odnoszący się do zastanej rzeczywistości), tylko jako termin operacyjny (wyjaśniający zadanie, cel jaki stoi przed hodowlą). Tylko w tym ostatnim sensie „rasa“ jest terminem ścisłym: koniem  danej rasy jest bowiem taki koń, który został do niej przypisany na mocy odpowiedniej adnotacji w stosownej księdze stadnej.

Biorąc pod uwagę powyższe, spór o istnienie lub nieistnienie „konia polskiego“ jest po prostu bezprzedmiotowy. Skoro w czasach, gdy koń ten miał był istnieć brakło pojęcia rasy, nie było rozumianej współcześnie zootechniki, nikt nie prowadził ksiąg stadnych i koni ze względu na ich pochodzenie i typ budowy do ksiąg nie wpisywał – to ustalenie, czy jakiś konkretny koń był „koniem polskim“, czy „koniem wołoskim“ w inny sposób, niż na podstawie miejsca jego urodzenia, jest po prostu niemożliwe.

No dobrze, odpowie historyk, ale są przecież ilustracje, opisy, źródła? Hmm… Dostałem od autora „Fenomenu husarii“ skany takich właśnie ilustracji. W czwartek, jak będę w Bibliotece Narodowej sam zeskanuję podobne z „Historii powszechnej konia“ Czapskiego. Co jest w tych grafikach ciekawe? Otóż jedną z najbardziej fundamentalnych, podstawowych wręcz cech budowy konia arabskiego jest jego zad. Powinien tworzyć praktycznie poziomą linię, z nasadą ogona przedłużającą w linii prostej ową poziomą linię odcinka lędźwiowego kręgosłupa. W stanie podniecenia arabski ogon, zresztą na ogół dość krótki, choć z mocnym włosiem, podnosi się do góry i rozwiewa jak husarskie skrzydło. Większość Polaków, gdyby miała narysować konia, odruchowo tak właśnie naszkicuje koński zad. Co dowodzi, jak bardzo arabami Polska stoi! Myślicie może Państwo, że koń podpisany jako „koń arabski“ na jednym ze skanów, ma taki właśnie, dla nas obecnie oczywisty, zad..? Kudy tam! Tylko głowa się zgadza, faktycznie arabska, bo o wklęsłym profilu.

Czego to dowodzi? Jednej z dwóch rzeczy: albo autor ilustracji nie tak wcale malował, jak w rzeczywistości widział, tylko tak, jak mu się ładniej wydawało (co skądinąd zawsze w odniesieniu do takich rysunków podejrzewam: nie przypadkiem wszystkie konie barokowe, jakie by w rzeczywistości nie były, mają tak barokowe, obfite kształty i falujące grzywy i ogony! Jeden Rembrandt malował chyba wiernie, bo wsadził swojego „jeźdźca polskiego“ na chudą, ale widać, że żylastą i wytrzymałą szkapinę…). Albo też, ów prosty zad w czasach, gdy rysunek powstawał, wcale jeszcze charakterystyczny dla koni arabskich nie był.
Reprodukcja dzięki uprzejmości Wikipedii 

Jak to możliwe, skoro to ma być „rasa czysta“, od Mahometa co najmniej niezmienna? Doprawdy? Co było, jak Państwo myślicie, powodem, dla którego w pewnym momencie „anglomani“ zyskali w hodowli polskiej przewagę nad „arabofilami“? Wyniki sportowe koni pełnej krwi angielskiej? Fakt, w XIX wieku, kiedy popularne były gonitwy na 100 wiorst (107 km) i więcej, niejednego araba tak dziś w świecie rajdowym pogardzane angliki na śmierć zagoniły. To jednak nikogo do niczego nie przekonało – miłość jest ślepa i na argumenty odporna! Powodem (krótkotrwałej zresztą) przewagi „anglomanów“ w drugiej połowie XIX wieku było to i tylko to, że kolejne ekspedycje polskich (i nie tylko polskich) miłośników znajdowały na Półwyspie Arabskim i całym Bliskim Wschodzie coraz to mniej koni odpowiadających przywiezionemu przez Europejczyków ideałowi konia czystej krwi arabskiej. Czy było to równoznaczne z „wyczerpaniem się“ lub „kryzysem“ beduińskiej hodowli? Ależ skąd. Koni było tyle samo, co poprzednio. Mniej było tylko wśród nich takich, które by Europejczyk uznał za „typowe“ i „arabskie“.

Ideał „konia arabskiego“ ma tak samo operacyjne jedynie, a nie opisowe znaczenie, jak każdy inny ideał rasy końskiej. To samo zresztą dotyczy wszystkich innych koni ras „czystych“ (nie dotyczy to tylko i wyłącznie koni pełnej krwi angielskiej, bo one żadnego wzorca rasy nie mają i mogą wyglądać, jak same sobie chcą, byle tylko pochodziły wyłącznie od rodziców wpisanych do I tomu księgi stadnej z 1792 roku…). Moje ukochane achałtekińce, to przypadek takiego „operacyjnego“, a nie opisowego potraktowania rasy wręcz kliniczny: wszak Rosjanie wykorzystali do hodowli, a w praktyce do utworzenia tej rasy 287 ogierów i 468 klaczy – dość przypadkowych, bo takich, które miały pecha dostać się w ręce bolszewików, a szczęście, że nie zostały od razu zjedzone przez „lud pracujący miast i wsi“, lub zmarnowane w czerwonej kawalerii – spośród prawie na pewno wielu dziesiątków tysięcy koni, które równie dobrze, albo i lepiej mogłyby się do tego celu nadawać. Potem selekcjonowali potomstwo tych koni tak, że wszystkie mają złoty połysk na sierści (przedtem istniały także konie turkmeńskie, bardzo blisko z owymi „wybrańcami“ spokrewnione, które jako żywo, żadnego połysku nie miały!), długie szyje osadzone w bardzo charakterystyczny sposób, skąpe grzywy i ogony, itd., itp.

Znowu więc dochodzimy do tego samego wniosku: przy braku księgi stadnej i braku przez reżim wpisu do tej księgi narzuconego idealnego typu budowy konia, żadna „rasa“ nie istnieje i istnieć nie może. Chcąc oddać sprawiedliwość Beduinom, Turkmenom czy Berberom, trzeby by inną kategorię opisową w ogóle wprowadzić: nie tyle bowiem „rasy“ w sensie współczesnym wyhodowali, co potencjał dla stosunkowo łatwego wyslekcjonowania wśród silnie skonsolidowanej genetycznie populacji takich właśnie ras „czystych“ stworzyli i zachowali.

Czy w takim razie możliwe było, żeby chociaż utworzyć taką rasę, wybierając do niej jakąś część koni przez Sarmatów hodowanych? Mam co do tego wątpliwości. Dla powodów, które już wcześniej w żartobliwej formie może, ale jak mi się wydaje dość obszernie przedstawiłem, hodowla staropolska musiała produkować mieszańce. W każdym razie, nie miała szans na taką konsolidację genetyczną populacji, jak konie hodowane przez Beduinów, Turkmenów czy Berberów (niezależnie od faktu, że w dalszym ciągu NIE WSZYSTKIE konie hodowane przez Beduinów, Turkmenów czy Berberów mogły odpowiadać ideałom ras: arabskiej, achałtekińskiej czy berberyjskiej…). Co oznacza, że uwspółcześnienie staropolskiej hodowli MUSIAŁO wyglądać dokładnie tak, jak w rzeczywistości w wieku XIX wyglądało: tj. dokonało się poprzez import obcego, bardziej skonsolidowanego materiału, głównie poprzez krycie miejscowych klaczy ogierami pełnej krwi angielskiej lub czystej krwi arabskiej. Niezależnie od strat, jakie z napoleońskiej awantury wynikły.

Z jakich konkretnie składników mieszanka koni na rozległym terenie Rzeczypospolitej hodowanych pochodziła, czy były między nimi jakieś regionalne różnice, czyli już pojawiające się zalążki typów i ras osobnych – to temat na odrębną dyskusję. Na pewno jednak jednego, dającego się łatwo po samym tylko wyglądzie zidentyfikować typu „konia polskiego“ nie było, bo być nie mogło.



Co do Kircholmu, który z taką dezynwolturą potraktowałem, to mam po temu osobisty powód. Otóż kiedyśmy pięć lat temu zasiedli z moim przyjacielem Aleksandrem Stiepanowiczem Klimukiem do domowego winka jego wyrobu (nie uwierzycie Państwo, ale są w Rosji miejsca, gdzie winorośl udaje się nie gorzej niż we Francji!) i rozmowa na różne końskie sprawy zeszła, także i o Kircholmie była mowa. Aleksander Stiepanowicz odniósł się do tej bitwy z wielkim entuzjazmem, bohaterstwo chodkiewiczowych pod Niebiosa wynosząc: wszak rzucili się na przeważającego wroga jak na prawdziwych, radzieckich sołdatów przystało, nie patrząc czy z życiem z tego ujdą… Oponowałem wtedy nieśmiało, że chyba jednak Chodkiewicz wiedział co robi. Dalej też, wolałbym tę bitwę postrzegać jako starcie profesjonalizmu (chciałem napisać „zimnego profesjonalizmu“, ale skądinąd wiadomo, że hetman strasznym cholerykiem był…), reprezentowanego przez Litwinów, z amatorszczyzną i typową dla Wazów głupotą Karola Sudermańskiego. To mi się wydaje lepszym dla Chodkiewicza i jego husarzy komplementem..!



[3] M. Samuel Bogumił Linde, Słownik języka polskiego, wyd. III fotoofsetowe, 1951, PIW na podst. wyd. II Zakładu Narodowego im. Ossolińskich we Lwowie, 1854
[4] Słownik języka polskiego, Aleksander Zdanowicz, Mikołaj Bohusz Szyszko, January Filipowicz, Walerjan Tomaszewicz, Florjan Czepieliński, Wincenty Korotyński z udziałem Bronisława Trentowskiego, wydany przez Maurycego Orelbranda, Wilno 1861.
[5] Witold Pruski, Dzieje wyścigów i hodowli koni pełnej krwi w Polsce. Królestwo Polskie 1815 – 1918., Warszawa 1970, str. 85

8 komentarzy:

  1. Bardzo interesujący tekst, acz znów przyczepię się do Kircholmu ;)
    Traktując to starcie jako walkę 'profesjonalistów' Chodkiewicza z 'amatorami' Karola IX ujmuje Pan tak hetmanowi jak i jego litewskim i kurlandzkim żołnierzom w tym czego dokonali - ba, ujmuje to też niejako litewskim zwycięzcom spod Kiesi czy Białego Kamienia. Wszak żaden to honor dla zawodowego żołnierza pokonać przeważającą liczebnie hołotę, za to powodem do dumy powinno być właśnie pokonanie 'profesjonalnego' (chociaż w części) przeciwnika, a część armii szwedzkiej pod Kircholmem na pewno amatorami nie była.

    Pozdrawiam

    Michał 'Kadrinazi' Paradowski

    OdpowiedzUsuń
  2. Szanowny Panie,

    Bardzo dziękuję za cenną uwagę. W żadnym razie nie jestem znawcą epoki, ani tym bardziej - jej historii czysto wojskowej.

    Jednak w kwestii tego, co jest, a co nie jest honorem, pozwolę sobie zachować własne zdanie. Nie tak dawno dość wyczerpująco dyskutowałem na tym blogu z Profesorem Andrzejem Bobolą o granicach między odwagą a szaleństwem. Otóż moim zdaniem rzucać się z motyką na Słońce, samotrzeć na całą wrażą armię nacierać, mur głową przebijać - to nie jest ani odwaga, ani honor, ani nawet poświęcenie: to zwykła głupota, do Nagrody Darwina się kwalifikująca! Może to nawet być oznaką tchórzostwa: bo łatwiej jest zginąć (lubo bez sensu...), niż żyć i ponosić konsekwencje dokonanych wyborów...

    Chodkiewicz i jego weterani wykorzystali wszystkie posiadane atuty: szybkości, manewrowości, siły uderzenia - w optymalny, piękny w swej doskonałości sposób. I to właśnie jest dla nich najwyższy honor i chwała: że cel osiągnęli przy minimalnych stratach własnych i w bardzo krótkim czasie. Byłoby czymś wspaniałym, gdyby wszystkie nasze bitwy w taki sposób przebiegały!

    A Karol Sudermański był głupi jak Waza, że się na starcie w otwartym polu odważył - i tyle...

    OdpowiedzUsuń
  3. O Wazach dyskusji nie zacznę, każdy wszak ma prawo do własnej opinii na ich temat.
    Proszę jednak zauważyć, że bitwa miała taki a nie inny skutek głównie z powodu idiotycznej decyzji Karola IX (którego rozkazy właściwie przypieczętowały klęskę Szwedów) o zmianie szyku i ruszeniu do ataku na oddziały Chodkiewicza. Wszak kiedy Szwedzi stali w obronnym szyku obmyślonym przez Lenartssona (pod wpływem klęsk w otwartych starciach w okresie 1600-1604) to hetman Chodkiewicz nie ruszył swoich wojska do bezsensownego ataku. Oczywiście dziwnie wyglądałoby to, gdyby obydwie armie stały tak naprzeciw siebie i nie doszło do walnego starcia, ale przecież nie takie cuda się w czasie XVII-wiecznych wojen zdarzały.
    Zgodzę się z Panem, że hetman potrafił wykorzystać wszystkie atuty swoich żołnierzy, a przede wszystkim husarii - jednak na zwycięstwo złożyło się wiele czynników. Sam przebieg batalii kircholmskiej to oczywiście dowód najwyższej odwagi i poświęcenia nielicznej armii litewskiej i posiłkowego oddziału kurlandzkiego - a przecież mamy w historii i liczne bitwy gdzie profesjonalizm i męstwo nie wystarczyły do zapewnienia zwycięstwa.
    Napisał Pan ciekawą rzecz o tym atakowaniu 'samotrzeć wrogiej armii' - a przecież i takie rzeczy zdarzały się naszym junakom, jak chociażby pijany rotmistrz Kleczkowski, który z grupą jazdy kozackiej napadł na obóz szwedzki pod Mitawą w 1622 roku ;) Oj ponosiła ich czasami sarmacka werwa i skutki bywały nieprzyjemne...
    Poza tym aż się prosi wspomnieć o tragicznym aspekcie bitwy kircholmskiej - od kopii i szabel husarskich ginęli tam przecież i polscy i litewscy żołnierze, służący w armii szwedzkiej. Nawet w owym wieku nasi rodacy musieli ginąć po obydwu stronach barykady - taka smutna mi się myśl nasunęła, przepraszam, bo wszak luźno związana z tym o czym rozmawiamy.

    Pozdrawiam z Glasgow

    Michał

    OdpowiedzUsuń
  4. Czy możemy się przynajmniej w jednym zgodzić zatem: w armii szwedzkiej amatorem (w dodatku głupim, skoro wydawał idiotyczne rozkazy!) był przynajmniej jej wódz naczelny..? To chyba niemało, prawda?

    A co do szarży samotrzeć - to jak się taki wariat trafi, dla kraju lepiej, jeśli bezpotomnie zginie. Podobne, aspołeczne skłonności, mogą być dziedziczne i mogą dawać jeszcze tragiczniejsze efekty w czasie pokoju, niż w czasie wojny!

    OdpowiedzUsuń
  5. Faktycznie, co do fatalnej obsady pozycji naczelnego wodza armii szwedzkiej pod Kircholmem jak najbardziej zgoda. Karol IX swoim uporem i chęcią stoczenia walnej bitwy (wbrew doświadczonym oficerom) wystawił armię szwedzką na tacy Chodkiewiczowi.

    OdpowiedzUsuń
  6. Salve, zabawnym jest czytac artykul gdzie o koniu polskim per se, czyli koniach szlachetnych hodowanych w Rzplitej miedzy XVI a XVIII wiekami za wiele nie ma. A szkoda, bo jest o czym pisac. Inna kwestia ze te wypisy waszmosci o koniu arabskim jego zadzie odnoasza sie jedynie do konia arabskiego polskiego chowu z konca XIX i XX wieku, gdzie wlasnie taki typ konia arabskiego zostal wyselekcjonowany. Jak to mowia kazden sobie rzepke skrobie, ale przydalo by sie cobys wasc poczytal z uwaga Columelle http://en.wikipedia.org/wiki/Columella i inszych pisarzy rzymskich o koniach piszacych, tam jest opisane bardzo ciekawie typ konia szlachetnego, do ktorego wszyscy erudyci a hodowcy renesansowi w epoce nowozytnej dazyli, lacznie z krolem Filipem II, kiedy stadnine w Kordobie kazal zalozyc w 1570tych... pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  7. Kompletnie się nie rozumiemy. "Typ konia szlachetnego" - to może, może - choć ile w tym bajęd, a ile prawdy, któż to dzisiaj stwierdzić może..? Ale "rasa"..? W życiu..! I tylko o to mi chodzi...

    OdpowiedzUsuń
  8. Mosci Sadyk Pasza Czaykowski byl opisal swoja hodowle na Ukrainie przed 1830 rokiem [zwrocimy uwage na 'malopowanie"]:
    Mieszkając pod Berdyczowem, miałem niewielką stadninę, złożoną z poród prezesa Proskury i prezesa Iwanowskiego. Były to konie dobre, godne do remonty wojska, ale małpując hrabiego Władysława Rzewuskiego i innych znawców koni, porobiłem księgi rodowe, gdzie wpisywano heraldykę końską i ich przezwy.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...