niedziela, 2 maja 2010

Międzyświęcie

Czy już pisałem, że niczego nie znoszę gorzej niż nieróbstwa? Pisałem, zdaje się niedawno. Cóż: plecy dalej bolą, w nogach zakwasy, nawet pojechanie dwóch koni (a porywałem się i na trzeciego, ale mnie Lepsza Połowa w tym porywie wstrzymała) nic nie pomogło. Więc to nie kwestia poczucia winy tym razem. Po prostu, nie mam tu co ze sobą zrobić!

Akurat 1 maja żadne tam święto, można było się choćby i za rżnięcie brać: a uschła nam jedna brzózka na Wielkim Padoku, trzeba usunąć nim komu na łeb spadnie. Tyle, że wreszcie przyszedł ten z dawna wyczekiwany opad, faktycznie dość intensywny. Konie jakoś straciły rewolucyjną czujność przy Święcie Ludu Pracującego Miast i Wsi i zapomniały wystawiać grzbiety na deszcz, tylko grzecznie stały pod wiatą, więc w przerwach między opadami, można było na nie spokojnie wsiadać. Ale ciąć mokre drewno – bez sensu. To nie ciąłem. Próbowałem pisać jakieś dawno zaległe streszczenie, ale nie szło. Państwo gremialnie wyjechaliście na długi weekend. Nikt się nie wypowiada. W necie nic się nie dzieje – po prostu nudno.

Dzisiaj wilgoci się od samego rana. Wisi w powietrzu dość gęsty i bardzo mokry tuman, a i kapie co nieco po dachu. Zobaczymy, jak to z grzbietami będzie, ale też bym na początek ze dwa konie pojechał. Inne niż wczoraj. A co – mam, to pojadę!

Co dalej, zobaczymy. W sumie przez te świeckie uroczystości zrobiło się z Dnia Pańskiego jakieś międzyświęcie. Zupełnie bez sensu. Bo, nie zdziwicie się pewnie Państwo, jeśli napiszę, że i jutrzejszy 3 Maj, to dla mnie żadna rocznica!

Owszem, samo święto obrosło już niejaką tradycją choćby przez to, że było zakazane. Tak to zwykle bywa, że ludem polskim kieruje zwykle przekora. Co jest, tak na marginesie bardzo poważnym argumentem przeciw wszelkim spiskowym teoriom na temat niedawnej smoleńskiej katastrofy: musiałby to zrobić ktoś, kto Polski i Polaków totalnie nie zna i nie rozumie – jeśli wierzyć sondażom, całkiem może się tak stać, że dzięki katastrofie rodzina pp. Kaczyńskich zostanie od prezydentury odsunięta tylko do lipca, a przecież, gdyby poczekać do normalnego końca kadencji, to absolutnie nic nie wskazywało na cień bodaj szansy, że tragicznie zmarły prezydent może być wybrany na drugą kadencję! Ponieważ zaś nic się takiego nie dzieje w tej chwili (przynajmniej, o niczym takim nie wiadomo…), co by takie ryzyko z punktu widzenia ewentualnych sprawców usprawiedliwiało (zresztą, co niby miało się takiego dziać? Polski prezydent ani nie dowodzi w praktyce siłami zbrojnymi i żadnej „atomowej walizeczki“ przy nim nie wożą, ani też nie ma żadnych takich zadań, które by od niego szybkiej reakcji i refleksu wymagały! Nie upływa też akurat kadencja żadnego z obsadzanych przy jego udziale urzędów – jeśli nie liczyć tych, co razem ze ś.p. Lechem Kaczyńskim zginęli…), wygląda to niewiarygodnie. Jeśli konsekwentnie stosować zasadę, że ten jest podejrzany, kto korzysta, to podejrzenie pada wyłącznie na brata bliźniaka, co jest przecież absurdem. Ewentualnie, idąc tym tropem, można by – co w niestosownym może dla powagi chwili żarcie tuż po katastrofie sugerowałem – przyjąć, że ś.p. Lech widząc krach swojej prezydentury i brak szans na kolejny meldunek o wykonaniu zadania dla brata – prezesa, sam ręki do katastrofy przyłożył. Piszę o tym wszystkim, bo z braku czegokolwiek innego do roboty, przeglądam akurat ostatni numer „NCz!“, gdzie najrozmaitsze spiskowe teorie są prezentowane i śmiać mi się chce. Już szczyt wszystkiego, to krążący podobno po necie filmik z którego ma wynikać, że Rosjanie na miejscu katastrofy strzałami z broni palnej dobijali rannych. A potem jeszcze ich masakrowali. I niby jak to chcieli ukryć przed dociekliwością rodzin które, jeśli nie teraz, to i za 20 czy 30 lat mogą zechcieć przeprowadzenia sekcji, która ślady takich operacji nawet i na szkielecie nieuchronnie wykaże..? Same się tak absurdalne plotki rodzą, czy ktoś je w pocie czoła produkuje?

Wracając do naszych baranów, czyli do tych wszystkich sfrancuziałych (i francą co do jednego zarażonych!) fircyków w jedwabnych pończochach, którzy nam I Rzeczpospolitą pogrzebali. W zasadzie nie ulega wątpliwości, że cały ten teatr był intrygą pruską. Skąd o tym wiadomo? Po pierwsze – Prusy na tym najwięcej skorzystały. Po drugie – wiadome to było nawet i współczesnym i w sumie oczywiste: konstytucję uchwalono (a właściwie to przeprowadzono zamach stanu, bo tak to lege artis nazwać należy: z punktu widzenia porządku prawnego Rzeczypospolitej Obojga Narodów racja leżała po stronie Targowicy, niezależnie od tego, jak nędzne kreatury tę konfederację na rozkaz Katarzyny zawiązały…) po zawarciu sojuszu wojskowego z Prusami, rzekomo przeciw Rosji. To jest w ogóle ciekawa sprawa, godna szpiegowskiego filmu!

Od 1788 roku wojska Katarzyny II parły powoli, ale nieustannie wzdłuż wybrzeży Morza Czarnego po obu jego stronach na południe. Wojna ta w pierwszej chwili zdała się rządzącej Polską z rosyjskiem poparciem „Familii“ Czartoryskich i Poniatowskich okazją do jakichś kolejnych, rozsądnych i ograniczonych reform: np. powiększenia liczby wojska poprzez wystawienie jakiegoś ochotniczego legionu do walki z Turcją przy boku armii rosyjskiej? Taką propozycję złożył Katarzynie Stanisław August podczas zjazdu w Kaniowie. Niestety, urok dawnego kochanka (o ile jakikolwiek kochanek miał kiedykolwiek urok dla tej kobiety! Przypomina mi się jedna z ballad Kaczmarskiego – bodajże..?) okazał się niewystarczający. Katarzyna się na żaden polski legion nie zgodziła.

Swoją drogą, jeśli chodziło tylko o to, żeby absolwenci Szkoły Rycerskiej prochu powąchali, to przecież nikt im nie bronił wstępować po prostu do armii rosyjskiej. Ba! Spokojnie mogli też wstępować do armii tureckiej. Była to w owym czasie normalna praktyka. Bratanek króla, książę Józef, służył w armii austriackiej. Generał Dąbrowski, ten z hymnu – w saskiej. Gdyby więc „patrioci“ i król chcieli tylko młodzież ostrzelać, co na pewno by się przydało, mogli po prostu dać tym młodzieńcom – nieoficjalnie – jakieś stypendia na podróż i wyposażenie i wysłać ich, jako osoby prywatne, do wszystkich armii uczestniczących w tej wojnie, nawet i równo po obu stronach ich umieszczając. Dokładnie tak, jak poprzednie pokolenie absolwentów tej szkoły, z różnych stypendiów korzystając, aż za Ocean się wyprawiało, żeby w armii amerykańskiej służyć…

Sukcesy rosyjskie wywołały zaniepokojenie na dworach europejskich. Tradycyjny sojusznik Turcji – Francja, właśnie pogrążał się w chaosie rewolucji i żadnej efektywnej pomocy nie mógł jej udzielić. Pewnie by zresztą i nie chciał, bo od zakończenia wojny 7-letniej niemal pół wieku wcześniej, Francję łączył też sojusz z Austrią (przypieczętowany małżeństwem Ludwika XVI z Marią Antoniną): a tym razem ramię w ramię z armią rosyjską przeciw Turkom walczyli też i Austriacy. Jednak Turcja zyskiwała nowego protektora w Wielkiej Brytanii, gdzie rozpętała się sponsorowana m.in. przez koła handlowe zainteresowane w lewantyńskich rynkach kampania prasowa przeciw Rosji.

W tym właśnie momencie zaczyna się sensacyjny element tej opowieści. Katarzyna II miała w Londynie bardzo zdolnego człowieka: posła przy dworze św. Jakuba, hrabiego Woroncewa. Woroncew zasłużył się potomności m.in. i tym, że na dość dużą skalę sprowadzał swoim znajomym i przyjaciołom z Rosji konie pełnej krwi angielskiej. Carycy przydał się jednak z innego powodu: był mistrzem w manipulowaniu angielską opinią publiczną. Sponsorował setki gazet i pamfletów. Przekupywał publicystów, dziennikarzy i posłów do Izby Gmin. Bodaj czy sam William Pitt, przyszły premier w okresie wojen napoleońskich, nie był przez pewien czas na jego żołdzie? Dość, by z zamierzonego sojuszu Wielkiej Brytanii, Holandii i Prus przeciw Rosji i Austrii (i być może przeciw Francji, gdyby ta zdobyła się wówczas na jakiś zewnątrzny wysiłek) – nic nie wyszło…

Jak to zwykle bywa, nim ruszyły się figury na szachownicy, pionki już wdały się w harce. 31 stycznia 1790 roku podpisano sojusz prusko – turecki przeciw Rosji. Oczywistym było, że ewentualny teatr wojenny na wypadek konfliktu Prus z Rosją, oba te państwa musiały sobie pożyczyć od Rzeczypospolitej, bo jeszcze ze sobą w tym czasie nie graniczyły. Stąd pojawił się projekt sojuszu prusko – polskiego. „Familia“, która poszła na ten układ, dokonywała w ten sposób swoistego odwrócenia układów: do tej pory stronnictwo to usiłowało reformować kraj przy poparciu najsilniejszego sąsiada (któremu właśnie dlatego, że był najsilniejszy i miał decydujący głos w sprawach polskich, nie zależało na kolejnym rozbiorze!). Co było przynajmniej rozsądne, jeśli nawet z takich czy z innych powodów nie przynosiło spektakularnych i szybkich sukcesów. Teraz postawili na najsłabszego – a więc najbardziej głodnego terytorialnych nabytków, bo przecież na zdominowanie całego kraju, kilka razy jeszcze wówczas od niewielkich Prus większego, nie mógł liczyć! Przy tym, sojusznik ten okazał się nielojalny. Nie bez wpływu na tę woltę mógł być i fakt, że zarówno Stanisław August, jak i większość jego współpracowników należeli do loży masońskiej, której Wielkim Mistrzem był akurat… król Prus!

Być może, gdyby w krytycznym momencie hrabia Woroncem bodaj złamał nogę w londyńskiej mgle, albo zginął od skrytobójczego noża i Wielka Brytania jednak przystąpiła do tego sojuszu, to coś by z tego było. Jednak nawet w razie, gdyby sojusz zadziałał i gdyby wygrał wojnę z Rosją i Austrią, to jak i czym zamierzano wynagrodzić Prusom to zwycięstwo? Przecież, że nie austriackimi Czechami (Śląsk już dawno skonsumowali!), tylko najpewniej jakimś kawałkiem Polski. Bodaj Gdańskiem i Toruniem, których nie udało im się anektować przy I rozbiorze! Czy licząc na taką nagrodę, nawet i dobrowolnie w zamian za pomoc oddaną, Prusy mogły być szczerze zainteresowane poparciem jakichś wzmacniających Rzeczpospolitą reform? Żeby za kilka lat upomniała się o utracone terytoria? Pewnie że nie…

Pisząc prostu z mostu: był to tak głupi pomysł, że albo króla Stasia, Hugona Kołłątaja i całą resztą dopadła jakaś bezobjawowa pomroczność jasna, albo zwyczajnie – byli przekupieni i robili, co im kazano! W marcu 1790 roku podpisano sojusz prusko – polski. 3 maja 1791 roku wiadomo: dokonano zamachu stanu nielegalnie, bo pod nieobecność większości posłów, uchwalając konstytucję. Głupią zresztą: wprowadzała w Rzeczypospolitej państwo unitarne na wzór pruski czy francuski, całkowicie ingorując nie tylko wielowiekową odrebność Litwy, ale i wszelkie inne lokalne tradycje. Gdyby kiedykolwiek ta konstytucja weszła w życie, byłby z tego niezły pasztet.

Jednak nie weszła. 9 stycznia 1792 roku Rosja podpisała z Turcją zwycięski pokój w Jassach. Prawdopodobnie już wtedy Prusy po cichu dogadały się z Katarzyną. Po wojnie polsko – rosyjskiej (genialny wódz, może by tę wojnę i wygrał – tylko po co, skoro była zwyczajnie niepotrzebna..?) dostały w nagrodę za nieudzielenie pomocy swojemu nominalnemu sojusznikowi nie tylko Gdańsk i Toruń, ale i Wielkopolskę. Kiedy francuski wywiad sprowokował durne do niemożliwości powstanie kościuszkowskie, dołączyły do tych zdobyczy jeszcze i Mazowsze i Litwę po Niemen.


O wiele lepiej by było, gdyby król Staś z Hugonem Kołłątajem i całą resztą fircyków w jedwabnych pończochach cały ten czas uganiał się za spódniczkami i upiększał Łazienki! Co historycy wiedzą od dawna. Ale wiedza, wiedzą, a czcić i świętować i tak trzeba…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...