czwartek, 6 maja 2010

Leje

co najmniej od 2.15 w nocy. Wiem, bo o tej właśnie godzinie Lepsza Połowa zerwała się ze snu: wydawało się jej, że słyszy tętent galopu. Może i tak było, bo jak wyszedłem do koniowatych, to właśnie się kłębiły pod wiatą. Znaczy: wróciły z padoku, gdzie mają już swobodny dostęp o każdej porze dnia i nocy (od wczoraj rana, kiedy zauważyłem, że Dalia wlkp wygrzebuje korzonki z ziemi i już cały pysk ma w piasku: niestety, nie cały padok „piaszczysty“ jest rzeczywiście piaszczysty, zresztą rosną teraz te roślinki wszędzie niemal jak głupie – a jeszcze brakowało, żeby mi się tu pozapiaszczały! To już lepiej niech depczą trawę…).

Do rana zdążyły porozwlekać siano, a Osman Guli się w tym rozwleczonym sianie wytarzała, co jasno po jej grzbiecie widać. Zadziwiające kaprysy!

Sołtys zapomniał nas odwiedzieć wczoraj, kiedy było jeszcze w miarę sucho. Dodzwonić też się do niego nie dało. Hydrofornia mimo niedokręcenia śrubunku i braku dachu, którego w pojedynkę nie dam rady opuścić – ma umiarkowany przeciek. Daleko jeszcze do stanu alarmowego. A i ciśnienie w rurach się nam poprawiło, gdy pompa nabiła do hydrofora wodę od zera. Pewnie to właśnie nieszczelność śrubunku była poprzednio powodem wszystkich naszych kłopotów…

Uschniętą brzózkę na Wielkim Padoku pociąłem wczoraj w mniej niż minutę. Kiedy już założyłem łańcuch na właściwą stronę oczywiście J.

Przyszły pocztą kołki z shiitake i boczniakiem do zaszczepienia pniaków. Trzeba by się wybrać do sklepu po folię, świeczkę i może komplet wierteł do mojej wiertarki? Oraz wybrać jakieś pniaki do zaszczepienia: myślałem ciepło o wielkim pniu wierzby, który pozostał, z korzeniami pełnymi śmieci, tuż przy wejściu na padoki, po wyrównywaniu terenu Radka turem jesienią. Wcale nie jest za stary: zaczął puszczać zielone pędy, więc i dla grzybka wilgoci by starczyło! Tyle, że tam akurat nie ma cienia.

Lepsza Połowa wysiała nasionka ziół i kwiatów i przesadziła kilka krzaków mięty. Poziomki zaczęły już kwitnąć, lepiej ich nie ruszać.

Mrówki nas atakują. I inne robale. Obawiam się, że bez chemii się tu nie obejdzie. Przynajmniej na tyle, żeby choć kuchnię omijały.

A kot? Kot, odpukać w niemalowane, splunąć trzy razy przez lewe ramię i co tam jeszcze dla odczynienia uroku trzeba – chyba lepiej. Rozpaliliśmy wczoraj wieczorem w kozie. Wygrzaliśmy kota i siebie. I już wieczorem Sylwestra zaczęła przejawiać aktywność. Na początek wyszła na dwór. Nie wracała dość długo, to poszedłem za nią. Siedziała pod Wendi. Nie wróciła jednak, zawołana, do domu, tylko poszła najpierw do hydroforni, potem na drugą stronę piaszczystej drogi, na Wielki Padok. Tam już straciłem cierpliwość, bo byłem tylko w spodniach i w butach i zimno mi było i mimo syczących protestów zabrałem kotka do domu. O dziwo: zjadła pół łyżki mokrej karmy. Potem w nocy zjadła jeszcze dwa razy po pół łyżki, a rano wyszła się załatwić już normalnie, przytomnie, bez lunatykowania.


Całą noc, mimo licznych przerw w spaniu, śnił mi się długi, kolorowy, pełen zwrotów akcji i lęków sen o wyjeździe do Czech na jakąś weekendową fuchę. Zabrałem ze sobą całą wycieczkę jakichś staruszków i naszą przyjaciółkę Kasię, aktualnie przebywającą w Hiszpanii. Samą fuchę miało nas wykonywać trzech chłopa, tj. dwóch mi kompletnie nie znanych młodzieńców i ja. I wszystko szło nie tak jak trzeba: i pracy jakoś nie można było zacząć z sensem i wycieczka (do Pardubic oczywiście), zupełnie się nie udała, a na koniec się upiłem. Rzadko pamiętam sny, więc ku pamięci ten odnotowuję. To pewnie mój wrodzony pesymizm się odzywa w obliczu planowanej na dzisiejsze popołudnie wizyty dr Witkowskiego z aparatem usg…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...