niedziela, 16 maja 2010

Kto handluje, ten żyje!

Tę řezačkę Tomek oglądał już tydzień temu. Kiedy zawoziliśmy kobyły do Petry. Tyle, że wtedy wskazał mu jej lokalizację inny handlarz. No i była o wiele droższa. Staniała, nimeśmy zdążyli do domów dojechać. A dzień później kto inny przysłał Tomkowi jej zdjęcia – z jeszcze niższą ceną.

Trochę było głupio tak tydzień po tygodniu do tych samych ludzi przyjeżdżać. Na początku zatem, mój przyjaciel liczył na to, że tym razem sprzęt będzie pokazywał drugi z miejscowych wspólników (zresztą Polak, a rzecz cała miała miejsce niedaleko granicy, tyle że bliżej Jeleniej Góry niż Kłodzka, gdzie my ją zwykle przekraczamy). To żeśmy na niego czekali. Ale nie przyjechał. Jak twierdził – zmoczył się i mu się nie chciało. Przyjechał, po dłuższym czasie, jednak ten sam, który już raz mu sprzęt pokazywał (ja wtedy spałem na stacji benzynowej w Pradze, a Tomka zabrał na miejsce polski handlarz – zresztą przedziwny typ, mówił tak, że do dziś nie wiem, czy był Niemcem, czy może Żydem..?). Czech. Ale jakoś żeśmy się dogadali. Gospodarz miał w końcu dużą wprawę w takich transakcjach. Rozumiał więc co się do niego mówi po polsku, a sam starał się mówić po czesku głośno i wyraźnie, więc i my żeśmy go rozumieli. Zwłaszcza, kiedy obficie gestykulował i pokazywał paluchem.

Oczywiście poznał Tomka i z miejsca doszedł, kto go tym razem do niego skierował. Czyli: komu jest teraz winien prowizję za dostarczenie kupującego!

Nota bene, wbrew pierwotnym obawom Tomka, ta sytuacja wcale nas źle a propos negocjacji cenowych nie ustawiała. Bo jeśli już dwóch pośredników przysyła tego samego klienta, znaczy się, popytu na towar za dużego nie ma…

Przy tym, jako że pogospodarowaliśmy sobie trochę na placu wcześniej, bo nam telefonicznie wspólnik – Polak pozwolił wejść gdy tak czekaliśmy, Tomek miał już przygotowaną argumentację. Rura wylotowa sieczkarni się nie podnosi. Dobre pół godziny, używając na przemian telefonu komórkowego i instrukcji obsługi, próbował nas gospodarz przekonać, że na pewno funguje, funguje jak babcię kocha i podniesie się, gdy tylko wciśnie się właściwy przycisk. Może odrobinę przyrdzewiała, to ruszy, jak się z końca ciut ręcznie podeprze? Nie? To może hds-em..? Na to już Tomek w obawie o całość sprzętu nie przystał. Że demonstracja zawiodła, pole do dalszego obniżania ceny stanęło otworem.

Zapamiętać na przyszłość! Jak by się drugi raz miała trafić taka okazja, to stanowczo warto nawet i sprowokować jakiś drobiazg (jak ktoś jest biegły w mechanice, powinien umieć to zrobić), który nie będzie działał i na nim się podczas rozmowy skoncentrować. To chyba zresztą nie tylko mechaniki dotyczy. Tym razem wyszło tak przypadkiem, ale to fajny trik. Ważne, żeby się sprzedający zafrasował i nie umiał sobie poradzić z problemem, choćby i nieistotnym dla całości dzieła (koniec końców naprawić czy wymienić siłownik, który tę rurę podnosi, to żadne wielkie halo, nawet ja bym chyba dał radę po kilku dniach prób i błędów…).

Potem trzeba być twardym i nie ustąpić ani korony. A żeby sprzedającemu nie było tak przykro, można spróbować poszerzyć przedmiot negocjacji. To akurat była moja ulubiona metoda w czasach, gdy pracowałem na lotnisku i miałem o czym negocjować. Psychologicznie łatwiej jest zaakceptować zmieniony zakres transakcji, niż zmienioną znacznie cenę. Też nam przypadkiem wyszło i częściowo za mają sprawą: na placu, obok wszelakiego złomu, stała też… białoruśka! Bez wysięgnika koparki i łyżek. W dodatku starszy model niż mój. Ale na oko – w niezłym stanie. Tylne opony i pewnie też półosie, z których jedna ewentualnie mogłaby się przydać w mojej (sądząc po wyglądzie zewnętrznym, aby uzyskać funkcjonującą koparkę, najłatwiej byłoby po prostu przełożyć mój osprzęt na tę maszynę) – całkiem porządne.

Koniec końców stanęło na cenie obniżonej tylko o 10.000 koron – ale za to nie tylko za řezačkę, ale i za białoruśkę razem, w pakiecie. Czyli de facto, cena samej tylko řezački spadła więcej niż o 10% (w stosunku do poziomu, który już przez tydzień naszej nieobecności i zmianę pośrednika spadł o 1/5…). Jeśli tylko uda się zapakować białoruśkę na ten sam transport, to w najgorszym razie dowiezie się gratis do składowiska w Warce 7 ton złomu: cena zakupu tej maszyny już w ten sposób powinna się Tomkowi zwrócić. Myślę jednak, że ma wobec białoruśki dalej idące plany…

Tymczasem nasza podróż, choć zakończyła się szczęśliwie, skoro siedzę i piszę dla Państwa te słowa, mimo sukcesu w sprawie řezački, daleka była od łatwej i przyjemnej wycieczki. Wyjechaliśmy o 1.00 w nocy – wolałem wyjechać ciut później, między 3.00 a 4.00, wtedy już się rozwidnia i noc prawie że przespana, co dla mnie ma znaczenie, ale Tomek się uparł. Na szczęście to on prowadził do granicy.

Potem logicznie byłoby najpierw pojechać do handlarza pod Teplice, a dopiero potem do Pragi, gdzie na wylocie na Brno mieści się serwis Claasa, który przez płot jedynie oglądaliśmy tydzień wcześniej. Znowu jednak, Tomek się uparł, że najpierw trzeba jechać do Pragi. Co było o tyle słuszne, że gdyby tam mieli coś na sprzedaż, to ewentualna rozmowa z handlarzem mogła wyglądać inaczej. Nie mieli. Za to dali namiary na aukcję w Niemczech, gdzie sami kupują używane maszyny rolnicze. Jak by kto reflektował: aukcja ma się odbyć w Meppen w czerwcu. Organizuje ją firma Ritchi&Bros. Podejrzewam, że wybór może być większy niż na placu u dowolnego pośrednika. No, ale my już jesteśmy zaspokojeni, jeśli o řezački chodzi. Tak więc główną korzyścią z wizyty w tym pięknym serwisie była sesja fotograficzna Tomka na tle tych wszystkich potężnych maszyn na placu J. Teraz będzie mu Radek zazdrościł…

Do Petry, po dwukrotnym przejechaniu przez Pragę (za pierwszym razem oczywiście zabłądziliśmy!) i wystaniu w korku na autostradzie (wypadek ograniczył ją do jednego pasa jak raz tuż przed naszym zjazdem – korek sięgał następnego, ale skąd mogliśmy o tym wiedzieć, ustawiając się na końcu kolejki?), dojechaliśmy dobrze po 19.00. Wypiliśmy kawę. Popatrzyliśmy jak Germes sprawnie radzi sobie z Melesugun. Zapakowaliśmy dziewczynki i ruszyliśmy w drogę. Tomek miał pomysł, żeby jechać autostradą – albo z powrotem przez Pragę, a potem przez Hradec Kralove, albo przez Brno i Ostawę. To może i był dobry pomysł, ale po pierwsze, miałem już bardzo mało paliwa w baku, a po drugie – Melesugun wsadzona do przyczepy tuż po seksie, miała ochotę się wytarzać. Więc trzy razy pod rząd zdemontowała przegrodę – która i tak ma tendencję do wypadania ze swojego miejsca, są w niej jakieś naprężenia, które powodują, że działa jak sprężyna, zmagam się z tym od początku i ta właśnie jej cecha kosztowała mnie urwany palec. Stając co 500 m trudno jechać autostradą. Pojechaliśmy więc tradycyjnie, od dawna wypróbowaną drogą „na skuśkę“, przez Humpolec, Havličkov Brod, Ždiřec, Chrudim, Pardubice do Hradec Kralove. Za Hradec Kralove zrobiło się śmiesznie, bo wskazówka stanu paliwa doszła do dołu dolnej kreski i oparła się na niej. Głaskałem Wendi po kierownicy, przemawiałem do niej czule, starałem się jechać za ciężarówkami (ale mijały nas za szybko) – dotoczyliśmy się do czynnego Shella przed Nachodem, gdzie wlałem do baku za całe, pozostałe mi 200 koron prawie 7 litrów ropy. Z tym już przejechaliśmy aż do Polanicy.

Przed Niemczą przestałem widzieć zegary na tablicy rozdzielczej. Musiałem poprosić Tomka, żeby usiadł za kierownicą. Dobrze, że dziewczynki bardzo się już uspokoiły i tylko siana trzeba im było co jakiś czas do siatki napychać. Oczywiście pomysł, żeby skrócić sobie drogę do autostrady skręcając w Niemczy na jakąś lokalną dróżkę do Strzelina, a potem jadąc drogą nr 39, okazał się błędny. Tomek, zamiast jechać po prostej na autostradzie, do której nie było już z Niemczy tak daleko, musiał się przez góry przebijać po nawierzchni którą chyba ostatni raz Organizacja Todd remontowała latem 1944! W każdym razie śladu, żeby o te drogi ktoś później dbał, nie dostrzegliśmy. Poszło mu w sumie dobrze. Nie gorzej i nie lepiej niż mnie w takich samych warunkach.


Zmieniliśmy się znowu za Opolem i choć kilka razy zaliczyłem kilkusekundową utratę świadomość, jakoś dociągnąłem do Częstochowy nie zahaczjąc ani o rowy, ani o krawężniki. Tomek przejechał gierkówką do Tomaszowa. Od Tomaszowa przejąłem stery, a że było już dobrze widno i grzała mnie bliskość domu, dojechałem z pieśnią na ustach. Po 9.00. Jak teraz na to patrzę, to powinienem był się uprzeć, wymienić u Petry kilka eurosów na korony i pojechać do Želivu, do taniego hotelu, w którym nocowałem trzy tygodnie temu, kiedy sam odbierałem od Petry dziewczynki po raz pierwszy. I Melesugun można by było pewnie jeszcze raz rano pokryć… To, że w ogóle dojechaliśmy, to już nie było mierzenie sił na zamiary: to jasny dowód na istnienie Opatrzności!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...