niedziela, 23 maja 2010

Księdza Wartenberga wyobrażenie małżeństwa

Zaspokoił Państwa ten krótki komentarz do tekstu księdza Wartenberga, który dałem wczoraj? Można by tak sądzić, skoro nikt się nie wypowiada, a aż dwie osoby się z nim zgadzają! Mnie jednak wcale to nie satysfakcjonuje. Wręcz przeciwnie: doskwiera mi ten tekst jak kamyk w bucie…

Ksiądz Wartenberg pisało to w pierwszej połowie 1870 roku, w trakcie soboru watykańskiego, w związku ze sporem o ogłoszenie dogmatu o nieomylności papieża. Bardzo obszerne opracowanie, którego mikroskopijny fragmencik wczoraj zacytowałem było odpowiedzią na zarzuty słynnego wówczas monachijskiego teologa, ks. Dölingera, który ogłoszeniu dogmatu się sprzeciwiał. Co w sumie nie jest może takie istotne.

Faktem jest, że pierwszy akapit z wczorajszego cytatu równie dobrze możnaby, po uwspółcześnieniu ortografii, przedstawić jako całkiem aktualny komentarz do niedawnej ustawy sejmowej, zakazującej wymierzania kar cielesnych dzieciom.

Dzieci nie mamy – a ta ustawa do ich spłodzenia na pewno nie zachęca. W myśl nowego prawa, dziecko jest własnością gosudarstwa, a jego przypadkowym i niekompetentnym rodzicielom nic do tego, jak będzie wychowane. Gosudarstwo w osobach Swych Jaśniewielmożnych Czynowników wie lepiej. I ma prawo tą swoją „lepszą wiedzę“ w dowolny sposób przeforsować, choćby i siłą. To tak na marginesie komentarza do jednego z ostatnich wpisów: że spłodzić każdy głupi może, a sztuką jest wychować. No więc, ONI dawno już do tego wniosku doszli i zrobią co tylko mogą, żeby wychować po swojemu…

To jednak bynajmniej nie jest wszystko, co o tym akapicie z dzieła księdza Wartenberga można powiedzieć. Nie dziwi Państwa to, co czytacie, nie czujecie się obco, nie jest to niepokojące? Co my tu mamy? posłuszeństwo mężowi i ojcu, miłość dla żony i szanowanie dzieciom, pełne względności. Ta miłość jest przy tym zalecana!

Dobrze, a gdzie błędny rycerz na karym koniu, który swej wybrance do kolan pada, płaszcz jej pod stopy śle, przez kałuże przenosi i pyłek z obuwia pocałunkami ściera..? Gdzie cały romantyzm? Cóż: miejsce romantyzmu jest w książce. Albo w telenoweli. Nasi przodkowie ledwie 140 lat temu mieli jednak całkiem inne wyobrażenie małżeństwa, miłości i rodziny.

Stosunki rodzinne należały do kategorii relacji konwencjonalnych, nie emocjonalnych. Jeśli małżonkowie się szczerze kochali, to tylko tym lepiej – ale wcale to do szczęścia nie było im potrzebne, a co do zasady, jeśli miało miejsce, to zachodziło PO ślubie, a nie PRZED. I nie mam tu na myśli bynajmniej spraw łóżkowych, bo o tym to i mowy być nie może. Przed ślubem młodzi ludzie nie mieli szans poznać się tak dobrze, by się w sobie zakochać. W każdym razie, zdarzało się to raczej rzadko i wręcz budziło pewne zgorszenie. Ich miłość z reguły rodziła się w trakcie wspólnego życia (i pożycia…), wraz z pokonywaniem różnych codziennych trudności, rodzeniem dzieci, dojrzewaniem emocjonalnym (panny w każdym razie wydawano zamąż wcześnie, więc je dość częsty mąż musiał sobie dopiero trochę wychować…). Bynajmniej przy tym nie dotyczyło to tylko sfer wyższych, choć tych oczywiście – przede wszystkim.

Relacje o charakterze konwencjonalnym nawiązujemy współcześnie przede wszystkim z kolegami z pracy. W takich relacjach trzeba dbać o zachowanie pewnej formy. Treść emocjonalna, jeśli nawet się przy tym pojawia (bo możemy kogoś lubić bardziej, a kogoś mniej), jest drugorzędna jak długo formy pozostają nienaruszone. Nie możemy mieć pretensji o to, że nas ktoś w pracy nie lubi – możemy mieć jednak słuszne pretensje, jeśli nie odwzajemnia naszych pozdrowień, odmawia współpracy przy realizacji zadań, do których jest nam potrzebny, czy w inny sposób łamie przyjęte formy zachowania.

Relacje o charakterze emocjonalnym są o wiele bardziej spontaniczne, co oznacza również i to, że nie mamy gwarancji nawiązania takiej relacji – w żadnych okolicznościach! Nie możemy oczekiwać, że ktoś nas będzie kochał. To przecież nie zależy od jego woli…

Sytuując małżeństwo i stosunki rodzinnej w sferze relacji konwencjonalnych nasi przodkowie wykazywali się daleko idącym umiarkowaniem. Nie każdemu jest dane przeżyć Wielką Miłość. W ich czasach raczej nie można było czekać, aż się taka sama z siebie pojawi – nie tylko dlatego, że w ramach ówczesnej obyczajowości kontakt między płciami był reglamentowany i czekać na takie spontaniczne uczucie można było długo (pytanie zresztą, czy naprawdę wszystkie miłości i miłostki jakie się młodzieży, dziś niczym przecież nie skrępowanej, nawiązać udaje, to rzeczywiście są te Wielkie Miłości z telenowel i romantycznych powieści..?). Po prostu życie było ciężkie. Mało kogo stać było na utrzymywanie dorosłych dzieci. Skoro zaś każdy, kto tylko był po temu odpowiednio dorosły musiał sam siebie utrzymać, to łatwiej mu to było zrobić we dwoje, niż w pojedynkę. To dość oczywiste.


Czy dzisiejsze oczekiwania, wedle których każdy na Wielką Miłość zasługuje i każdy powinien ją przeżyć, są w związku z tym wygórowane i nierealistyczne? Może tak, może nie. Nie wiem. Jednak nasz świat współczesny i nasz współczesny styl życia, jest ledwo mgnieniem oka w skali historii ludzkości – a nigdy wcześniej relacja tak podstawowa dla przyszłości gatunku nie była oddana wyłącznym rządom przypadku i spontanicznych emocji. Warto o tym pamiętać. Od czasu do czasu…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...