środa, 5 maja 2010

Fenomen kota – podróżnika w czasie i inne historie prawdziwe

Padło wczoraj w komentarzach pod postem pytanie, ile lat ma nasza Sylwestra. Pytanie z pozoru proste wymaga przytoczenia dość skomplikowanej opowieści. Nawet, jeśli historia ta wyda się niektórym z Państwa niewiarygodna, to zapewniam, że jest prawdziwa! Podobnie jak heroiczne dzieje naszych wczorajszych zmagań z hydroforem, wciąż zresztą dalekich od ostatecznej konkluzji.

Poznaliśmy Sylwestrę w dniu naszej przeprowadzki z ulicy Śliskiej na ulicę Bagno. Chwalić Boga, takie przeprowadzki nie weszły nam w krew, bo co by było potem? Już chyba tylko ulica Głęboka… Żart, żartem, na Bagnie mieszkaliśmy długo i w sumie było nam nieźle.

Wracając do rzeczy: przeprowadzaliśmy się z ulicy Śliskiej na ulicę Bagno dość długo, przenosząc rzeczy w większości na piechotę (bo to w sumie niedaleko). Co spowodowało, że w dniu, w którym po raz pierwszy mieliśmy już nocować na Bagnie, nie chciało się nam, czy też nie było jak, bo potrzebne rzeczy były ciągle spakowane – tego już nie pamiętam – ugotować jakiegoś posiłku. Kupiłem więc kurczaka z rożna. Po którym zostały kości. A że już poprzednio, przenosząc te rzeczy zauważyliśmy na obrzeżach zielonego skwerku pomiędzy naszym blokiem a restauracją Menora stoi jakaś całkiem solidna buda, ewidentnie przeznaczona dla kotowatych, tudzież miski z żarciem, to postanowiliśmy podzielić się pozostałym dobrem z braćmi i siostrami mniejszymi…

Wynieśliśmy te kości, włożyliśmy na jedną z wolnych tacek tekturowych, których pełno tam leżało i zaczęliśmy się rozglądać za jakimś czworonożnym konsumentem. W pewnym momencie zauważyłem, że drzewko pod którym stoi Lepsza Połowa chwieje się. Tuż nad jej głową, na cienkiej jak palec gałązce, obejmując ją czterema łapkami bujał się wielki czarno – biały kot! Kot zszedł z drzewa całkiem zgrabnie mimo widocznej tuszy i pokaźnych rozmiarów. Nie ośmieliliśmy się wtedy go dotykać – ale wkrótce okazało się, że wśród kotowatych zamieszkujących zaplecze restauracji Menora ten jest stosunkowo najbardziej przyjazny ludziom.

Owszem był jeszcze szary Lizus, który wprost właził na człowieka, a że był do niemożliwości brudny, to mnie zaraził jakimś zakażeniem oka – ale przyniesiony do mieszkania wykazał się tak wielką dzikością, że jego kandydaturę na kota domowego musieliśmy skreślić. Z żalem. Potem zresztą Lizus okazał się kotką… Była Fryzka (od charakterystycznego grzebienia zlepionych włosów na karku), która po stracie potomstwa popadła w jakieś szaleństwo. Była nadzwyczaj wesoła, młoda kotka, którą nazwaliśmy Igraszką. Bardzo chcieliśmy to ją właśnie przysposobić, ale jakoś nie udało się nam jej oswoić.

Z całego kociego towarzystwa wybijały się cztery największe, najpotężniejsze osobowości: szaro – biały Reproduktor (tak przez nas nazwany, bo cała okolica przez pewien czas była pełna szaro – białych kociąt), który zawsze kroczył niespiesznie otoczony postępującą za nim z pełnym oddaniem i szacunkiem świtą dworzan. Nawet, kiedy szedł na trawnik za potrzebą, co go chyba trochę irytowało. Reproduktor musiał być już wtedy dość wiekowy jak na dziko żyjącego kota. Widzieliśmy kiedyś w nocy, jak mu się nie udało wskoczyć do śmietnika. Bardzo był tym faktem zawstydzony. Drugim wyróżniającym się kocurem (choć kastratem, jak się potem okazało), był potężnej tuszy szaro-biały kot z wiecznie zwisającą z nosa świeczką. Lepsza Połowa z powodu tej świeczki dała mu na imię Pleban. Była też całkowicie czarna kotka, ze zwisającym niemal do ziemi brzuchem, jakby po wielu porodach (co potem okazało się nieprawdą, bo była wysterylizowana: po prostu lubiła dobrze zjeść). Bardzo dzika. Oraz najbardziej z nich wszystkich cywilizowana czarno – biała kotka, ta właśnie, którą poznaliśmy owego pierwszego dnia, przynosząc kości z kurczaka. Dałem jej na imię Sylwestra, bo przy pewnej dozie umowności przypomina kota Sylwestra z kreskówki. Tego, co nie potrafi złapać ptaszka. Proroctwa mną kierowały, bo w sumie Sylwestra ma więcej w charakterze z kreskówkowego kota Sylwestra, niż można było podejrzewać obserwując ją w stanie dzikim.

Wtedy ta czwórka największych kotów (poza Reproduktorem, który zresztą stosunkowo szybko zszedł – bodajże pierwszej zimy naszego mieszkania na Bagnie nie przeżył – było to, jak się potem dowiedzieliśmy, rodzeństwo: wszystkie trzy były zresztą podobnej budowy, z potężnymi ciałkami przy stosunkowo krótkich ogonkach), którą sumarycznie nazywaliśmy „Potężnymi Bogami“, wcale nie wyglądała na niedorajdy! Rozstawiały resztę kociego towarzystwa po kątach. Podstawowym i najbardziej chyba przez koty pożądanym miejscem rekreacji był dach dobudówki do Menory, gdzie można było zażywać kąpieli słonecznej i bezpiecznie obserwować, co się dzieje na ulicy. Dostać się tam było można wspinając po drzewie. Sam widziałem, jak Sylwestra nie pozwoliła Igraszce wejść na to uprzywilejowane miejsce, tylko przegoniła ją po drzewie głową w dół, jak wiewiórkę.

Z tarasu jaki tworzył dach tej dobudówki można sią też było dostać na parapet najbliższego okna na pierwszym piętrze gdzie, jak się wkrótce dowiedzieliśmy mieściło się biuro pana Jurka. Pan Jurek zajmował się bodaj pośrednictwem w handlu nieruchomościami. Nie powiodło mu się z jakichś przyczyn i musiał to biuro (nie wiem, czy już za naszej bytności, czy może wcześniej) opuścić. Te trzy koty, czyli Sylwestra, jej brat i siostra, urodziły się u pana Jurka w biurze. Zostawił je, kiedy się wyprowadzał. Co wieczór przyjeżdżał jednak i karmił całe kocie towarzystwo okrajkami mięsa z Tesco (stąd te wszystkie tekturowe tacki!). Wiosną i latem wizyta pana Jurka dawała początek trwającej przez pół nocy kociej imprezie: towarzystwo najedzone ganiało się, Igraszka biegała ze świerszczem w pysku, Reproduktor dumnie obchodził cały teren wodząc za sobą swoich drużynników, a Sylwestra wskakiwała do samochodu pana Jurka i pozwalała mu się głaskać. Twierdził, że kiedyś głaskał ją tak mocno, że aż złamał jej ucho. Prawe. Sylwestra, którą nazywał Łatką, była jego i wielu również dokarmiających koty w tym miejscu babć, ulubienicą. Większość z nich poznaliśmy dopiero po przysposobieniu Sylwestry, kiedy przez pewien czas co wieczór wyprowadzaliśmy ją na szelkach na spacer na stare śmieci (potem zaczęła się tam budowa apartamentowca, który pochłonął zielony skwerek i wychodzić na spacery się nie dało).

Za dnia Sylwestra, jeśli nie okupowała tarasu nad restauracją, lubiła wylegiwać się na parkujących samochodach. Zasypiała wtedy tak mocno, że spokojnie można było do niej podejść i pogłaskać. Czasem, w przypływie dobrego humoru, pozwalała się też pogłaskać, kiedy przynosiliśmy jej skromne podarki: jakieś resztki jedzenia. Była strasznie brudna, jak od węglowego miału i po każdym takim głaskaniu, długo trzeba było myć ręce. Raz jeden wziąłem ją na ręce i przeniosłem kilka metrów. Tak się jednak obraziła na podobne traktowanie, że potem przez kilka miesięcy nie dawała do siebie podejść.

Wprowadziliśmy się na Bagno wiosną 2003 roku. Jesienią 2005, zaczęły się przygotowania do budowy wspomnianego apartamentowca. Skwerek otoczono ogrodzeniem z blachy. Wiadomo było, że buda dla kotów (to chyba była część systemu „małych schronisk“ dla kotów, zainicjowanego w Warszawie przez ś.p. Lecha Kaczyńskiego) zostanie za jakiś czas zlikwidowana. A zimę zapowiadano ostrą. Przy tym, nasze zaprzyjaźnione kocie towarzystwo już wcześniej przechodziło jakieś dramatyczne odmiany losu: ktoś z mieszkańców bloku, w którym znajdowała się Menora rozsypywał truciznę i część kotów od tego padła (czy nie Reproduktor?). Reszta zniknęła na pewien czas, myśleliśmy, że wszystkie już nie żyją. Stan Plebana systematycznie się pogarszał. Pan Jurek ciągle miał jakieś kłopoty i nie przyjeżdżał już codziennie. Strasznie zrobiło się nam żal Sylwestry. Postanowiliśmy ją – nie wiedząc jeszcze, że Lepsza Połowa ma alergię na koty! – adoptować. Pomogli nam Zoltan i Agnieszka, nasi sąsiedzi, którzy opieką nad kotami zajmują się poniekąd w pełnym wymiarze. A nawet, rzec można – w nadgodzinach!

Pierwsza próba złapania kota do wiklinowego koszyka na zakupy zakończyła się całkowitą porażką. Potknąłem się o drewnianą barierkę otaczającą dziurę w jezdni i tylko przestraszyłem kandydatkę na kanapowca. Kilka godzin później zadzwoniła Agnieszka: kotek śpi w budzie, można ją zabierać!

Pierwsza noc w mieszkaniu i kilka następnych, były wprost nie do wytrzymania. Kot, z punktu przez Lepszą Połowę wykąpany, gdy tylko wysechł i poczuł się odrobinę pewniej, zwiedzał non stop naszą 24-metrową dziuplę mieszkalną blecząc wniebogłosy! Aż mi jedna z koleżanek z pracy stopery do uszu pożyczyła, bo nie dało się spać.

Dopiero kiedy wpadliśmy na szczęśliwy pomysł posłania jej jakiejś starej szmaty pod stołem, której mogłaby pilnować jako własnego terytorium, kota się uspokoiła. Z czasem zresztą, wolał przynajmniej część nocy przesypiać przytulony do swojego pana. Czyli do mnie. A szmatę zastąpił zmieniany co jakiś czas tekturowy kartonik – bo kot, jako urodzony w biurze, najlepiej się wysypia na… papierze! Teraz zresztą „jej terytorium“ jest walizka z Conina.

Po kilku dniach, kiedy kot wychodził już i za dnia zza pralki, gdzie początkowo miał swoją kryjówkę, Lepsza Połowa zauważyła, że zostawia za sobą ślady krwi. Powiadomiony o tym fakcie w biurze porwałem koleżankę z samochodem, pożyczyłem kontener i zawiozłem natychmiast kota do najlepszego weterynarza od małych zwierząt w całej Warszawie, czyli do dr Moniki Batog z lecznicy na ul. Tatarkiewicza na Pradze (swoją drogą, jeśli ktoś chciałby bardzo ciekawego i rzadko w Polsce spotykanego pieska, to zachęcam do odwiedzenia strony pani doktor!). Z którą poznaliśmy się zresztą w ten sposób, że nasze konie przez pewien czas mieszkały w sąsiednich boksach.

Kot został w ciągu 24 godzin gruntownie przebadany, łącznie z badaniem krwi, usg i całą resztą – dostał zastrzyk na swoje nie do końca kompletne lewe oko, został odpchlony i miał wyrwane trzy kły z których, jak się okazało, ciekła owa krew, którą Lepsza Połowa znalazła na parapecie. Zrobiono mu też manicure, bo pozury strasznie długie były. Pani doktor na podstawie ogólnych oględzin dała wtedy kotu 10 lat. Pan Jurek co prawda twierdził że mniej, ale jakoś nigdy nie udało się od niego wyciągnąć, ile konkretnie. Co się z nim teraz dzieje, nie wiem, więc pewnie już się tego nigdy nie dowiemy.

Wyszło wtedy z badań, że gdyby nie problemy z zębami, które powstrzymywały żarłoczność naszego pupila, to by już dawno padła z powodu wątroby. Wyniki pod tym względem były fatalne! Wróciłem zatem do domu z kotem i z wielką torbą chrupków Royal Canin Veterinary Diet, do dostania wyłącznie w dobrych sklepach zoologicznych.

Przez następne 4 lata kontrolowaliśmy regularnie stan zdrowia Sylwestry i karmiliśmy ją wyłącznie zdrową karmą. Bardzo się przez ten czas do nas przywiązała. Zachipowaliśmy ją i wyrobiliśmy paszport – była więc z nami w Wilnie. Była też u moich rodziców na Pomorzu. Co roku, przy każdej kolejnej kontroli dr Batog oceniała jej wiek na rok mniej, niż poprzednio. Taki fenomen kota, który młodnieje, zamiast się starzeć! Czyli cofa się w czasie…

Odkąd się przeprowadziliśmy do Boskiej Woli, nie mamy możliwości kupować jej takiej karmy. Raz, że nigdzie tu czegoś takiego pod ręką nie ma – a dwa, że najczęściej nas na to nie stać. Prawdę pisząc, od 8 miesięcy kot wsuwa na ogół najtańsze chrupki i najpodlejsze puszki z Pierdonki. Ostatnio co prawda, pierwszy raz w życiu, zaczęła się interesować także normalnym jedzeniem. Czyli surowym mięsem, albo rybą (wcześniej zjadała – z wielką przyjemnością zresztą – tylko kostkę z mintaja. Jak raz dałem z morszczuka, bo był tańszy, to nie tknęła obrzydlistwa!). W ogóle kot bardzo skociał tej wiosny. Zaczęła się łasić, kiedy chce żeby jej nałożyć karmy albo wziąć na kolana. To nie do pojęcia miłe! Ciągle nie mogę się do tego przyzwyczaić. Poluje tu na motylki i ptaszki. Najchętniej wirtualnie, przez okienną szybę. Ale teren, który już chyba uznała za swój, zwiedza z wielką pasją. W kwadracie: Lasek Centralny – wiata dla koni – resztki po dołach – pustaki obok ujeżdżalni. W dalszym ciągu zachowuje się trochę jak paniusia na szpilkach i w kapelusiku na wycieczce na wieś. Miejskim kotem się urodziła i takim pozostanie. Ale przetrwała zimę i jeszcze do przedwczoraj była weselsza niż kiedykolwiek, odkąd ją znamy. A wyniki badania krwi z wczoraj? W normie! Żadnych problemów z wątrobą..! Fakt: trochę schudła. Tak czy inaczej jednak, jest to fenomen!

Po powrocie z lecznicy, gdzie dostała kroplówkę, antybiotyk, steryd, środek przeciwzapalny i witaminy, oraz miała wyczyszczone z osadu zęby, kot zachowywał się już prawie normalnie. Na samym wstępie zeżarł pozostałe od rana chrupki. Potem poszedł obejrzeć hydrofornię, gdzie coś działałem. Większość popołudnia zresztą spędził na patrolowaniu swojego terytorium i kolejnych próbach wejścia do hydroforni (tymczasem pozbawionej dachu w celu wyjęcia, przy pomocy Radka i jego pracownika, pana Waldka, hydrofora: przewracając się, stracił nóżki, na których stał i wypadł ze zbyt słabo dokręconego śrubunku, który go łączy z resztą instalacji; nóżki brat Radka Wojtek dospawał, gwint na hydroforze, gdy mi Radek pokazał jak, oczyściłem z rdzy, która poprzednio nie pozwoliła go dobrze dokręcić i odtworzyłem, nakręcając do samego końca kolanko; drugi brat Radka, Tomek, pomógł mi spuścić hydrofor z powrotem do dołu i zainstalować – i już ok. 21.00 woda była…). Zżerając po drodze pół puszki i ze trzy porcje chrupków.



Niestety, chyba leki przestały działać, bo w nocy po raz kolejny nie wywaliła mnie z łóżka, żebym ją nakarmił i wypuścił, a potem znów nakarmił – i teraz znowu nie chce jeść i leży tylko na walizce, od czasu do czasu zmieniając bok. W sumie jednak, pogoda jest taka, że gdybym nie musiał doglądać koni i czekać na sołtysa, który obiecał wpaść dokręcić śrubunek do hydroforu (jako słaby mieszczuch nie dałem rady, a jeszcze na pewno co najmniej dwa obroty da się docisnąć!), to bym się sam położył. Czego i Państwu, dla zdrowia, życzę…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...