środa, 12 maja 2010

Czekając na Lepszą Połowę,

która lada moment powinna mi dać znać, że dojeżdża do naszej stacji kolejowej i powinienem pojechać ją odebrać, poskaczę trochę po tematach.

Po pierwsze, kończę czytać Jareda Diamonda „Strzelby, zarazki, maszyny. Losy ludzkich społeczeństw“. Jest to praca popularna, a więc bez rozbudowanego aparatu naukowego i bez pełnej odpowiedzialności autora za każde wydrukowane słowo. Tym niemniej można domniemywać, że genetyk, który jest także lingwistą i historykiem (a liznął i medycyny, co nie bez znaczenia!) wie na ogół, co mówi.

Daleki byłbym od bałwochwalczego stosunku do tez, które ta książka zawiera. W szczególnoście stwierdzenie, że teksty sumeryjskie i staroegipskie nie zawierają nic ciekawego i jest to tylko jakaś dworska czy świątynna buchalteria, jest wobec anonimowego autora „Eposu o Gilgameszu“ oraz równie anonimowych autorów „Księgi Umarłych“ nieco obraźliwe. W sprawach jednak, które nas tu w ostatnich miesiącach trochę zajmowały, czyli w kwestii początków rolnictwa, osiadłego trybu życia, państwa i cywilizacji – myślę, że warto po to dzieło sięgnąć. Okazuje się, że wedle autora, w wielu szczegółach było inaczej niż ja to niedawno przedstawiłem (w szczególności prof. Diamond za miejsce narodzin rolnictwa – jedno z wielu, ale prawie na pewno najstarsze – uważa jednak „Żyzny Półksiężyc“, a nie hipotetyczne równiny na dzisiejszym dnie Morza Czarnego i nie obecną Saharę – co jest dyskusyjne!), ale co do zasady, raczej się zgadzamy.

Zgadzamy się w tym, że ludzie stosują wszelkie strategie, jakie tylko uznają za skuteczne w celu przeżycia – i że w żadnym razie nie można mówić o rewolucji neolitycznej jako o spisku, czy przewrocie. W istocie rzeczy był to proces który trwał setki, a w niektórych miejscach nawet tysiące lat: przez ten czas te same społeczności ludzkie kontynuowały zbieracko – łowiecką strategię przetrwania i eksperymentowały z różnymi formami rolnictwa. Eksperymentowały tak długo, aż osiągnęły biegłość w jego stosowaniu na tyle dużą, że opłacało im się zbieractwa (na szerszą skalę) zaniechać.

Tak się oczywiście działo w rejonach, które możemy obecnie zidentyfikować jako kolebki rolnictwa. Kiedy w tych kolebkach już raz zalęgła się cywilizacja – jeśli wolno użyć tej metafory – to jej eksplozja demograficzna w krótkim czasie zmiatała wszelkie sąsiednie społeczności zbieracko – łowieckie, jeśli tylko zajmowały terytoria nadające się pod uprawę. Takie społeczności miały szanse przetrwać tylko na obszarach z różnych przyczyn nie nadających się dla rolników: nadmorskich bagnach Nowej Gwinei, pustyniach Australii i Południowej Afryki, dżungli tropikalnej Amazonii.

Genezę państwa i religii autor przedstawia w sposób charakterystyczny dla oświeceniowych przesądów które, co z ubolewaniem stwierdzam, pokutują wciąż dość powszechnie wśród przyrodników. Dobrze chociaż, że docenia przewagę, jaką wierzącym daje w boju ich wiara w sens poświęcenia dla spraw wyższych.

W sumie, lektura mnie jak do tej pory nie rozczarowuje. Polecam, jeśli kogoś te zagadnienia ciekawią.

Po dość długiej przerwie trafiłem – za sprawą Lepszej Połowy zresztą – na forum historycy.org. Wdałem się tam, być może niepotrzebnie, w dyskusje na tematy, które i tu wcześniej podnosiłem. Niepotrzebnie, bo jak mi mówi Google Analytics, żadnego istotnego przyrostu odwiedzin, mimo podlinkowania stosownych tekstów, nie było. Ruch generowany przez te linki jest pomijalny w statystykach tej strony zarówno, jeśli idzie o liczbę wejść (do wczoraj, przez kilka dni: wszystkiego 9!), jak i ich głębokość i czas trwania. Dlaczego tak się dzieje? Czyżby użytkownicy tego forum nie mieli zwyczaju zaglądać do linków podanych w postach? To byłoby zadziwiające: najwięcej ruchu na tym blogu generowane jest przez linki z forum Re-Volta, gdzie udzielam się od lat. Być może to właśnie wyjaśnia ten paradoks: choć na historycy.org zdarzało mi się zaglądać w przeszłości, to nigdy wcześniej się tam nie wypowiadałem i tamtejsi użytkownicy mnie nie znają. Automatycznie przywiązują zatem niewielką wagę do moich wypowiedzi i jeśli nawet je przeglądają, to pobieżnie i bez wchodzenia w szczegóły.

Co jest interesujące z punktu widzenia badania ludzkiej percepcji. Jak do tej pory absolutny rekord liczby odwiedzin na tym blogu padł niemal miesiąc temu, po tym, jak pan Piotr zamieścił link do jednego z moich postów na – najwyraźniej bardzo popularnym – blogu p. Tomasza Urbasia. Było wtedy 244 odwiedzin od ponad 200 niepowtarzalnych użytkowników. Co najmniej trzy razy więcej niż przeciętnie. Najwyraźniej pan Piotr znany jest czytelnikom tamtego bloga i potraktowali jego komentarz z uwagą, na jaką niewątpliwie zasługiwał J.

Wdałem się też w długą wymianę zdańPanem Profesorem. Hmm… To będzie wymagało oddzielnego wpisu. Zwłaszcza, że w międzyczasie odebrałem już Lepszą Połowę ze stacji, mogę wreszcie napić się piwa po całym dniu abstynencji, bynajmniej nie miłej w tak parny i wilgotny dzień – i moja sprawność umysłowa z każdą minutą spada.

Jedna zatem tylko uwaga, którą już wcześniej, przy wywożeniu gnoju spod wiaty przemyślałem. Jeśli rozpatrywać dzieje dawnych europejskich kolonii, to zdecydowanie najlepiej na kolonializme wyszły (średnio!) dawne kolonie najbogatszych mocarstw: USA i Wielkiej Brytanii. Oczywiście, wynikło to także i z tego powodu, że te właśnie mocarstwa (Wielka Brytania przede wszystkim) zagarnęły w przeszłości terytoria najbogatsze, które i teraz radzą sobie stosunkowo najlepiej. Jednak nie bez znaczenia było i to, że w czasie istnienia więzi kolonialnej, przemysłowa potęga Zjednoczonego Królestwa, a potem Stanów Zjednoczonych, pozwalała tym mocarstwom na dużo większą skalę niż ich biedniejszym rywalom inwestować w swoje kolonie. Oraz korumpować miejscową, „kompradorską“, jak zwykł się wyrażać p. Michalkiewicz, elitę. Która po kilku pokoleniach takiej systemowej korupcji rozwinęła w sobie szczerą miłość do metropolii!

Natomiast obraz kolonii biedniejszych mocarstw: Francji, Włoch czy Japonii, jest dużo gorszy. To znaczy owszem, byłe kolonie japońskie (Tajwan, Korea, Mandżuria), radzą sobie świetnie – ale robią to też poniekąd na przekór dawnej metropolii, która pozostaje w ich społeczeństwach szczerze znienawidzona. Dawną kolonią Włoch jest Somalia (owszem, kawałek mieli też i Brytyjczycy…). Generalnie, kolonie tych mocarstw były od początku biedniejsze. Ale też i nie otrzymały tak wielkich inwestycji od swoich metropolii (w Tajwan i Koreę inwestowali Amerykanie, kiedy już odebrali te posiadłości Japończykom…). Były za to często traktowane dość brutalnie. Co wiązało się również i z faktem, że ich metropolie nie posiadały środków na korumpowanie miejscowej elity i musiały ją przywieźć do posłuszeństwa nagą przemocą.

Teraz pytanie: gdyby miał się powieść jakiś kolejny projekt „jagielloński“, z szerokiem sojuszem państw i narodów Mitteleuropy z Naszą Umęczoną Ojczyzną na czele – to jaki rodzaj kolonializmu by ten układ przypominał: anglosaski, czy raczej jednak romański lub japoński? Co Polska może zaoferować elitom Ukrainy (to najważniejsze!), Białorusi, Litwy – żeby tylko o państwach sukcesyjnych dawnej Rzeczypospolitej wspomnieć. Co? Kartę Polaka? Ależ ona ma wartość tylko o tyle, o ile pomaga dostać się w granice zdominowanego przez Niemcy Jewrosojuza, a nie z powodu miłości do polskości…


Otóż moim zdaniem, Polska elitom tych krajów nic nie może zaoferować. Jeśli idzie o bezpieczeństwo, to każdy z nich z łatwością może je sobie zapewnić zawierając samodzielny sojusz z Niemcami PRZECIW Polsce, która dla ich samodzielności jest zagrożeniem bezpośrednim i najbliższym i jeszcze ma jakieś tam historyczne pretensje do ich terytoriów (jakkolwiek by one nie były niekonkretne!). W jaki sposób Pan Profesor zechce te kraje przed antypolskim sojuszem z Niemcami powstrzymać? Bo mnie jedyne, co przychodzi do głowy, to wziąć przykład z ukraińskich kampanii Czarnieckiego i z dymem puszczać, nikogo żywotem nie darując… Co jest jakimś rozwiązaniem oczywiście, ale mnie się tam ono, z czysto estetycznych względów, jakoś mało podoba… Ambicje dalej sięgające, na całe Międzymorze, które oprócz tych państw sukcesyjnych, jeszcze i jakieś inne obejmują, to już wyłączna domena literatury pięknej, a nie polityki!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...