czwartek, 27 maja 2010

Co by było gdyby..? Czyli czego nas uczy wishful-thinking.

Pewien XIX-wieczny ksiądz, którego krytyczną broszurę o „socyaliźmie“ dzisiaj czytałem, bardzo by się zdziwił, gdyby dane mu było posłuchać debaty osób mieniących się „ekonomistami“ w dzisiejszych czasach! Może się to Państwu wydać dziwne, ale jeszcze 150 lat temu ekonomia, a nawet „ekonomia polityczna“ zajmowała się głównie tym, w jaki sposób oszczędzać rzadkie zasoby, a nie – jak „pobudzać popyt wewnętrzny“, czy „zapewnić pełne zatrudnienie“, albo, w ostateczności „rolować dług państwowy“.

Nie wiem, czy zdobyłby się na powtórzenie słów, które sobie skrupulatnie w kajeciku (naszego 12-letniego laptopa dopadła wreszcie starość) wypisałem: Ekonomia konserwatywna z natury swej i wskazująca ludziom rozumowo jak najlepiej dopełnić jedną połowę z zadania życia człowieka, tj. pracę: godzi się bardzo dobrze z religią Chrystusową, byle nie rościła praw absolutnych…

Dla tych z Państwa, którzy są moimi Czytelnikami już od dłuższego czasu banalna konstatacja faktu, że zasoby jakimi dysponujemy są ograniczone i że sztuka ekonomii (sztuka, nie nauka: bo też i historycznie wskazówki praktyczne dla przedsiębiorcy, czymkolwiek jest jego przedsiębiorstwo – farmą, młynem, kuźnią, kantorem kupieckim czy wielką firmą – były początkiem ekonomii; a nie jest to działalność, w której wszystko dałoby się sformalizować…) na tym właśnie polega, żeby te ograniczone zasoby tak alokować, aby zaspokoiły jak najwięcej ludzkich potrzeb (te zaś, jak wiadomo, są dla odmiany niczym nie ograniczone!) – nie może być niczym dziwnym. Jest to też jak najbardziej ekologiczne i zgodne z naturą J.

Tymczasem jednak przypadkiem odkryłem, że obok ludzi wierzących w istnienie zwierząt mitycznych (vide: koń polski), jest także całkiem sporo takich, którzy zdają się szczerze wierzyć w teorię Keynesa, ekonomię popytową i socjal – demokratyzm.

Przyznam się tu Państwu, że zawsze miałem polityków „sprzedających“ taką argumentację za zwyczajnie cynicznych. Zaś szeroką publiczność, która ich słucha i do władzy wynosi – za głupków. Najwyraźniej wiele się jeszcze muszę o świecie nauczyć…

Jest niewątpliwie prawdą że porzucenie pieniądza „fiducjarnego“ i przejście na jakikolwiek bądź pieniądz realny (taki jak pieniądz kruszcowy, obojętnie, czy oparty na samym tylko złocie, czy też na złocie i srebrze, czy też pieniądz oparty na jakimkolwiek innym towarze) może wywołać i zapewne wywoła deflację. Ludziom będzie się opłacało oszczędzać. Ceny będą spadać, a realna wartość emerytur, pensji i czynszów – rosnąć. Czy jest w tym cokolwiek złego?

Tak, to prawda: ludziom będzie się opłacało odłożyć zakup nowej wieży stero, nowych mebli czy nowego samochodu aż do momentu, gdy będą tych rzeczy naprawdę potrzebowali. Bo z każdym rokiem ceny tych dóbr będą spadać, więc po co się spieszyć z ich zakupem? Owszem: wielu producentów wież stereo, mebli czy samochodów weźmie i  zbankrutuje. I bardzo dobrze! Widać ludzkości nie potrzeba do szczęścia aż tylu wież stereo, mebli czy samochodów! Że pracownicy tych firm znajdą się na bruku? To jeszcze lepiej! Każdy, kto próbował w Polsce zatrudnić pracownika między bajki włoży istnienie u nas jakiegokolwiek bezrobocia. Że sensownej pracy też nie ma, to inna sprawa – o czym za chwilę…

Ogólnie rzecz biorąc: pieniądz realny, niezależnie od tego, czy będzie nim jakiś kruszec czy bryłki soli, oznacza powrót do normalności w ekonomii. Czyli do sytuacji, w której ta szlachetna sztuka uczy nas nie jak się zadłużać i przejadać dochody dzieci, których nawet jeszcze nie planujemy, tylko jak oszczędzać i optymalnie lokować te skąpe zasoby, które tu i teraz są w naszej dyspozycji.

Oczywiście obawy, że pieniądz realny wyklucza kredyt czy zgoła uniemożliwia normalne operacje bankowe są śmieszne. Wszystkie niemal znane obecnie typy transakcji bankowych wymyślono w czasach, gdy pieniądzem był kruszec. O czym zresztą już tu niedawno pisałem.

Jednocześnie odkryłem na nowo uroki gdybologii, czyli historii alternatywnej. Jest to zabawa, której pasjami oddawałem się w dzieciństwie: każda niemal książka była okazją, żeby pofantazjować sobie o tym, jak inaczej mogłyby się ułożyć losy jej bohaterów. Zabawa ta, której wtedy oddawałem się w ukryciu i z pewnym wstydem, angażując wyłącznie własną wyobraźnię (jest to, było nie było, całkowicie bezproduktywne zajęcie, takie myślenie o niczym…), okazuje się mieć co najmniej tylu zwolenników co mityczne zwierzęta oraz teoria Keynesa. Co więcej: zdarza się to też i poważnym, opiniotwórczym i utalentowanym bloggerom, którzy nie z gruszki ni z pietruszki wieszczą nagle dekadę złotego rozwoju przed Polską jakby, nie przymierzając, w sztabie wyborczym samego hrabiego K. pracowali! Bynajmniej przy tym o nic nie podejrzewam, nie śmiałbym: jednak należy ta przepowiednia, moim zdaniem, do dziedziny gdybologii, czyli historii alternatywnej mimo, że teoretycznie dotyczy przyszłości…

Rządząca nami kryptokracja nie jest zapewne aż tak głupia, żeby próbować nas kontrolować w sposób zupełny i totalny. Tego już próbowano – i nie okazało się to zbyt efektywne. Jak pisał 150 lat temu ten sam ksiądz, którego cytowałem na wstępie, gdy praca każdego bez wyjątku nie jest jego własnością, że dowolnie nie może jej użyć, ani w spuściźnie zostawić swym dzieciom, lecz raczej nabytek potu jego i łego do ogółu należy zawsze, to nędzne niewolnictwo i do takiej roboty batem tylko można ludzi zapędzić (ciekawe skądinąd, skąd on to wiedział nie tylko na wiele dziesięcioleci przed Kołymą i Katyniem, ale nawet: na rok przed komuną paryską... prorok, czy co..?). Stąd też strategia naszych okupantów jest obecnie bardziej selektywna. Póki bogacimy się na małą skalę, nie rzucając się w oczy, nie psując interesów starszym i mądrzejszym, jak zwykł był pisać p. Michalkiewicz – wolno nam to, po opłaceniu stosownych haraczy, na naszej skromnej grządce robić. Jak też pisałem już gdzie indziej, trzymając się obecnych, tandentnych bo tandetnych, ale przecież „demokratycznych“ dekoracji, śruby przycisnąć się narodowi nie da: bo już i tak ustawodawcza inflacja doprowadziła do tego, że wielkiej części praw w praktyce wykonać się nie da!

Co jednak, gdy jakaś działalność zaczyna ponad poziom zwykłej grządki kapusty wyrastać? Cóż! W naszym gosudarstwie niewinnych niet! Każdy jeden to wor, szubrawiec i miatieżnik. Wszyscy są winni. Każdego można zgnoić, wykończyć, unicestwieć, wdeptać w ziemię. Bez żadnych wyjątków. I zagranicznych naiwniaków, którzy by się tu poza układem pchać próbowali, to też dotyczy.

Zresztą, czy potrzeba aż teorii spiskowej, żeby cały niewczesny optymizm obalić? Nie potrzeba! Starczy rzut oka na drugą stronę Odry i Nysy. Czy była jakaś granica między Niemcami zachodnimi a wschodnimi przez te 20 lat od ich zjednoczenia? No nie było. Czy się poziom życia wyrównał? No nie wyrównał. To dlaczego ma się wyrównać teraz między Niemcami a Polską? Co – Niemcy chętniej będą swoje fabryki przenosić do Polski niż je do dawnego NRD przenosili? Jakoś nie chce mi się wierzyć.

Przy tym, doświadczenie minionych epok mówi nam jednoznacznie, że w kraju nad Wisłą jedyną racjonalną postawą życiową jest umiarkowany pesymizm. Najwyżej się człowiek mile zdziwi…





Zaś produkty gdybologii, czyli wishful thinking okazują się nad wyraz ciekawe poznawczo. Dla mnie wnioskiem najbardziej uderzającym jest wszechobecność racjonalno – postępowego paradygmatu w takich alternatywnych scenariuszach zdarzeń. Wszystkie te, które zyskały jakąś popularność mają u podstaw wyrażone świadomie lub nie założenia „postępowe“: że świat się „rozwija“, czyli że to co „postępowe“ nie tylko następuje w czasie po tym, co było wcześniej i co jest, w związku z tym „zacofane“, ale jest także oczywiście lepsze i to pod każdym względem, także moralnym. Innymi słowy, że historia ludzka ma charakter liniowy i wiedzie ku ciągłemu doskonaleniu. Mam wobec takiego paradygmatu mnóstwo wątpliwości. Po pierwsze – widzimy przecież na własne oczy (czy widzimy..?) jak wiele zdarzeń i procesów zwykle przedstawianych przez dziejopisów jako obiektywne i niezłomne prawa historii, jest zwyczajnie kreowanych przez wyspecjalizowane służby dysponujące odpowiednimi środkami. Czy tak jest tylko teraz, a dawniej to był czysty, prawdziwy spontan..? A niby na czym się takie założenie opiera..? Po drugie – tyle jest szans i możliwości zmarnowanych, niewykorzystanych, niewypróbowanych. Zaiste: cmentarzem dobrych pomysłów jest Historia! Twierdzić w tych warunkach, że nasz najlepszy z możliwych światów zmierza ku coraz to większemu dobru: jakoś nie mam odwagi…

11 komentarzy:

  1. Chciałbym zauważyć, że cena wież stereo a zwłaszcza komputerów jest w ciągłej deflacji i jakoś nie widać tego odkładania zakupów na później.

    Proszę też zwrócić uwagę na to, że ludzie masowo biorą kredyty konsumenckie, bo nie mogą doczekać się kupna nowego samochodu. Tu też jakoś nie widać tej skłonności do oszczędzania. A potencjalny zysk w tym wypadku jest ogromny: Nie dość że nie płacimy odsetek to jeszcze je dostajemy z zaoszczędzonej do tej pory kwoty.

    Zmierzam do tego, że argument o wstrzymywaniu zakupów w deflacji wydaje się mocno naciągany i służy tylko uzasadnianiu korzystnej dla państwa inflacji.

    OdpowiedzUsuń
  2. Tyle, że w tej chwili mamy na ogół inflację. Inlfacyjny pieniądz przypomina gorące kartofle: trzeba go szybko wydać, bo zaraz straci wartość. Oczywiście, że mimo ogólnej inflacji ceny (zwłaszcza w ujęciu realnym) bardzo wielu dóbr konsumpcyjnych spadają - czy jednak spadają szybciej niż rośnie nominalna podaż pieniądza? Bo jeśli nie, to mimo tego i tak nie opłaca się czekać... Przy tym, niewątpliwie liczy się atmosfera. Ludzi się dzisiaj namawia do rozrzutności!

    Natomiast tak w ogóle, to się zgadzam: inflacja jest korzystna przede wszystkim dla państwa, bo od niego się zaczyna, to ono pobiera "podatek inflacyjny" od wszystkich właścicieli waluty, którą emituje...

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja tez nie podzielam optymizmu Adama odnosnie "zlotego czasu" Polski.
    zeby tak sie stalo, to ten kraj trzebaby przewrocic do gory nogami, czyli zmienic prawo, wywalic relikty z czasow PRL, uproscic procedury zwiazane z zakladaniem, prowadzeniem i rozliczaniem biznesu; usunac ogromna wiekszosc koncesji i biurokratycznych ograniczen, wreszcie zrobic cos z wszechobecna korupcja i kolesiostwem.
    Cena robocizny to nie jest jedyna determinanta oplacalnosci firmy. Co z tego ze placi sie pracownikom malo, skoro np. juz po postawieniu fabryki nagle okazuje sie, ze jakis koles z gminy nam wypowiada umowe dzierzawy i raptem nie daje sie kontynuowac dzialanosci?

    OdpowiedzUsuń
  4. Uhhh

    dopiero pod koniec arta skojarzyłem że to polemika ze mną.

    Futrzak, to prawda wiele jest do zrobienia jeżeli chodzi o prawodawstwo, ale tez i nie jest tak źle.

    Zapraszam kiedyś do wielkopolski na wycieczkę, to można to wszytko zobaczyć na własne oczy. Głownie inwestycje typu green fields.
    Jasne na prowincji z dala od metropolii takich jak Poznań, wrocław, kraków warszawa i trójmaisto jest pewnie ciężko. miasteczka obumierają etc. ale taka jest kolej rzeczy. Młodzi uciekają tam gdzie sie coś dzieje.

    A do autora jedna prośba, żeby zdjął okulary czarnowidztwa, trochę przyluzował z czytaniem naszego dyżurnego tropiciela spisków światowych wokół "naszej umęczonej ojczyzny" Michalkiewicza i stwierdził prosty fakt, że w Polsce żyje sie o wiele lepije niż 20 lat temu. I robi się coraz lepiej.

    To są fakty, a to że istnieje grupa która nie umie z tego wzrostu skorzystać to inna sprawa. Zawsze taka będzie.

    Z mojej strony mogę powiedzieć jak to wygląda w biznesach z kapitałem zagranicznym.
    A jest to jeden wielki DRANG NACH OSTEN.

    O ile przed kryzysem były duże obawy przed inwestowaniem w Polsce, a co dopiero o inwestowaniu w Polsce i wysyłaniu towarów na ichni rynek, o tyle teraz ruchy są bardziej zdecydowane. A mówię to z mojego doświadczenia i rzeszy znajomych.

    Nie mówie że nie ma żadnych obaw i oporów.. takie zawsze sa, bo każdy boi sie obcego. Ale topnieje to wszytko w oczach.

    OdpowiedzUsuń
  5. Panie Adamie,

    Nie jestem czarnowidzem, tylko umiarkowanym pesymistą. Wielkopolską kooperację z Niemcami znam z doświadczenia: nie dość, że pół mojej rodziny pod Gnieznem mieszka, to i przyczepę do przewozu koni kupiłem w Wielkopolsce. Kosztowała mnie jeden palec: bo przegroda źle jest dopasowana i wypada, co spowodowało, że mi przy ładowaniu konia przygniotła uwiąz razem z palcem. Uwiąz nie puścił, póki się palec nie urwał... Z przyczepy jestem generalnie zadowolony. Z inwestycji zagranicznych - czemu miałbym zadowolony nie być..? A że się palec urwał...

    OdpowiedzUsuń
  6. "Oczywiście, że mimo ogólnej inflacji ceny (zwłaszcza w ujęciu realnym) bardzo wielu dóbr konsumpcyjnych spadają - czy jednak spadają szybciej niż rośnie nominalna podaż pieniądza? Bo jeśli nie, to mimo tego i tak nie opłaca się czekać"
    Nikogo nie obchodzi ogólny poziom cen. Jak ktoś może kupić 1 komputer dzisiaj a za rok będzie mógł kupić 2 takie same to oczywiście jemu w tym wypadku opłaca się czekać ( pomijając koszt czasu). To, że w międzyczasie lokomotywy(czy tam mieszkania) zdrożały dwukrotnie z powodu podaży pieniądza jest nieistotne.

    OdpowiedzUsuń
  7. ikti:
    otoz jest istotne. najsensowniej liczyc inflacje na podstawie koszyka dobr, ale nie urzedowego, tylko takiego, w ktorym beda tez koszty jedzenia i energii/paliwa.
    Dlaczego? Bo kazdy musi jesc, ogrzewac chalupe w zimie no i poruszac sie jakos. To sa najwazniejsze koszta, nie do przeskoczenia. Jesli ida one w gore, odczuwaja to realnie wszyscy, bo sie im budzet miesieczny zmniejsza.

    A ze ceny komputerow spadaja, albo telewizorow? To akurat wynika z postępu i innowacji w tej konkretnej technologii.

    OdpowiedzUsuń
  8. Ja nie mówię, ze to w ogóle nie jest istotne. Ale chyba zgodzisz się, że kogoś kto nie chce kupować owoców morza nie interesuje wzrost ich cen?
    To, że chcesz do koszyka chcesz włożyć energie jest o tyle sensowne, że właśnie każdego dotyczy. Pośrednio więc przyznajesz, że liczy się tylko to co rzeczywiście człowiek kupuje.

    W każdym razie mi chodziło tylko o to, że także teraz występują rynki na których jest deflacja (niezależnie od przyczyny) a nie powoduje to żadnego wstrzymywania się z zakupami na tych rynkach.

    OdpowiedzUsuń
  9. Z mojej ostatniej wizyty w Polsce wynioslem wrazenie(zreszta Ameryki tu NIE odkrywam)iz Polska ZDECYDOWNIE dzieli sie na Polske A(Warszawa,Poznan i jeszcze moze ze dwa,trzy inne miasta)i Polske B.Polska A co trzeba przyznac radzi sobie nienajgorzej(tu Adam Duda ma racje-Poznan robi dobre wrazenie).Niestety Polska B jak dla mnie to wrecz cofa sie w rozwoju(jak slusznie ktos zauwazyl tam juz funkcjonuja glownie hipermarkety oraz budzetowka).Gdyby proporcje miedzy Polska A i B rozkladaly sie 50/50 to zgodzilbym sie z Adamem ale tak nie jest-Polska A to tylko enklawy zamieszkane moze przez 20% ludnosci a reszta to Polska B.Za duza ta Polska B jest ze by Polska A ja pociagnela do przodu-juz bardziej prawdopodobny jest scenariusz odwrotny.Mogloby byc zreszta lepiej gdyby "centrala" w Warszawie lepiej dzialala ale obserwujac ostatnie wydarzenia w PL("sledztwo" w sprawie katastrofy smolenskiej oraz "walka" z powodzia)nalezy jasno powiedziec-w Polsce panstwo NIE dziala,to tylko dekoracja-"centrala" to wrecz Polska C i takie same standardy narzuca reszcie kraju.

    P.S.A cudzyslowy przy slowach "sledztwo" oraz "walka" ZDECYDOWANIE nie sa tam przypadkowe.Wniosek z wpisu Adamy Dudy na blogu byl z grubsza taki ze aby skorzystac z naplywu kapitalu i sie rozwijac trzeba miec sprawne panstwo-"walka"z powodzia oraz "sledztwo"smolenskie powiedzialy WSZYSTKO-widze to ja to widza inni(ci co moze i by zainwestowali ale w republice bananowej inwestowac nie beda wiec wlasnie zmienili zdanie-jak sadze nie darmo zlotowka mimo dobrych danych makro w PL leci na twarz-po prostu powazny kapital stad zwiewa-niedlugo przyjdzie ten spekulacyjny i dopiero sie zacznie).

    OdpowiedzUsuń
  10. Panie Piotrze,

    Nie wiem w takim razie, czy moja wieś zalicza się do Polski A (mimo wszystko dość blisko do Warszawy), czy do Polski B (bo jednak to wieś...). W każdym razie, mam wrażenie, że moi sąsiedzi radzą sobie i raczej coraz to lepiej! A że to wszystko "szara strefa"? Cóż, to może i lepiej, że nasze gosudarstwo tak nieporadne, bo jakby się za egzekwowanie Swoich Durnych Praw wzięło, to nie wiem, czy by choć jedna "enklawa" tej Polski A się ostała!

    Wniosek z dyskusji u Pana Adama jest taki, jak Pan pisze. Należy jednak pamiętać, że owo silne państwo, musi też być państwem, które potrafi się samo ograniczyć. Co być może, taką mam w każdym razie intuicję, idzie w parze z siłą: bo niezdolnym jest do sprawnego działania państwo, które pretenduje do wtrącania się do tego, w jaki ja sposób na własnej ziemi dziury po wybieraniu piasku będę zasypywał (serio! Dowiedziałem się jakiś czas temu, że jest w Polsce coś, co się nazywa "pozwoleniem na zmianę ukształtowania terenu"!).

    Niestety, nie widzę najmniejszych szans aby przy tym systemie rządów, rząd mógł się sam w swej ekspansji ograniczyć - nigdy więc silny nie będzie. Q.e.d.

    OdpowiedzUsuń
  11. Co do samoograniczenia sie rzadow itp-ABSOLUTNA zgoda.Co do szarej strefy-pare lat temu potepilbym ich wszystkich w czambul(i chyba nawet mialbym racje)ale w obecnych czasach galopujacej biurokratyzacji i kapitalizmu panstwowego juz taki pewien nie jestem bo szara strefa zaczyna wygladac na ostatnie miejsce gdzie szary czlowiek(pracownik niebudzetowy)moze w miare normalnie funkcjonowac.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...