środa, 28 kwietnia 2010

Wielkie imperia – wielkie firmy – wielkie bankructwa

31 grudnia 1600 roku królowa Elżbieta I podpisała przywilej „dla Jerzego, księcia Cumberlandu i 215 Rycerzy, Starszych i Mieszczan“, gwarantujący im na 15 lat monopol na handel pomiędzy wszystkimi portami królestwa Anglii, Walii i Szkocji, a wszelkimi portami, ziemiami, wyspami i kontynentami położonymi na wschód od Przylądka Dobrej Nadziei i na zachód od Cieśniny Magellana. Był to początek najpotężniejszej spółki akcyjnej w dotychczasowych dziejach naszej cywilizacji: Brytyjskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej. Firmy, która w  niespełna 160 lat po wspomnianym wyżej akcie stała się suwerennym władcą całego subkontynentu indyjskiego: dzisiejszych Indii, Pakistanu i Bangladeszu razem wziętych. Zapewne można by jakoś przeliczać kapitał akcyjny HEIC (Honorable East India Company), używając standardu złota czy jakiegoś innego uniwersalnego wskaźnika i w ten sposób ustalić, czy była bogatsza, czy biedniejsza od Microsoftu lub WalMarta: nie ma to jednak, moim zdaniem, wielkiego sensu. Microsoft nigdy nie sprawował absolutnej władzy nad 100 milionami ludzi, prawda..?

Władza Kompanii nad Indiami zakończyła się w 1858 roku, kiedy to Parlament, w obliczu tzw. „Wielkiego Buntu“ Hindusów, znacjonalizował jej posiadłości kolonialne, a sama firma przestała istnieć 1 stycznia 1874. Zanim to się stało, Kompania zapisała jedną z najbardziej fascynujących i najbardziej brutalnych kart w historii światowego handlu, dyplomacji i podboju. Przez pierwsze stulecie swojego istnienia wielokrotnie musiała odpierać ataki rodzimej konkurencji: raportowała zwykle tak bajeczne zyski, że niejednemu spośród przedsiębiorczych angielskich żeglarzy marzyło się zająć jej miejsce. Kompania ratowała się zwykle albo wykupując konkurentów, albo też – uzyskując od Parlamentu kolejne przywileje gwarantujące jej wyłączność w handlu w zamian za pożyczki dla wiecznie deficytowego budżetu Monarchii w złocie lub w prochu strzelniczym (to ostatnie: np. w trakcie wojny siedmioletniej z Francuzami, która dała Kompanii jej indyjskie imperium).

Przez ostatnie 100 lat istnienia Kompania, coraz bogatsza w ziemie, forty i przywileje, coraz częściej musiała prosić Parlament o pożyczki na sfinansowanie kolejnych wojen lub po prostu – pokrycie długów wynikłych z nieudanych operacji handlowych. Nacjonalizacja jej posiadłości, a potem rozwiązanie, było już prostą konsekwencją faktu, że nie była w stanie zarobić nawet na bieżące utrzymanie swoich biur i faktorii.

Dlaczego tak się działo? Czy jest to dowód na wyższość zarządzania państwowego nad prywatnym?

Bynajmniej. Rządy nad Indiami były tak samo deficytowe dla Korony Brytyjskiej, jak i dla Kompanii. Po prostu rząd nie musi przedstawiać co roku rachunku zysków i strat i sprawozdania z przepływu środków pieniężnych. Tym samym „straty“ na zarządzaniu Indiami, polegające po prostu na tym, że suma wpływów podatkowych z subkontynentu nigdy, do samego końca brytyjskich rządów w 1948 roku, nie pokryła kosztów utrzymania miejscowej brytyjskiej administracji, mogły się z budżetu na budżet prześlizgiwać niezauważone. A jeśli nawet ktoś z galerii poselskiej w Izbie Gmin czynił z tego faktu wyrzuty rządowi, łatwo go było zmusić do milczenia hasłami patriotyzmu i sloganem o „perle w koronie“ Brytyjskiego Imperium. Przedsiębiorstwo prywatne, jakim koniec końców była HEIC, nie miało takich możliwości i dlatego musiało paść.

Co jednak było powodem, dla którego tak zyskowne z początku przedsięwzięcie skończyło się tak smutno..? Najprostszym wytłumaczeniem jest… sukces! HEIC wiodło się zbyt dobrze. Jej wojska, początkowo służące tylko do zapewnienia bezpieczeństwa handlu i obrony przed Francuzami, zajmowały jedną indyjską prowincję po drugiej – napotykając tak słaby opór (co zrozumiałe, biorąc pod uwagę dramatyczną różnicę w technice wojennej!), że nie sposób było ich zatrzymać. Niezależnie od tego, czy kolejny podbój miał ekonomiczny sens, czy go nie miał. A z każdym nowym podbojem potrzeba było więcej wojsk, więcej administracji, więcej fortów.

Urzędnicy Kompanii bogacili się wraz z każdym podbojem. Rosła liczba stanowisk do obsadzenia (jak w każdej administracji). Bardzo dobrze płatnych stanowisk: tylko 10% brytyjskich urzędników dożywało końca swojej kadencji w Indiach (z powodu chorób tropikalnych i pijaństwa) i płaca musiała tak wielkie ryzyko śmierci na posterunku uwzględniać. Przy tym – urzędnicy, oficerowie i kapitanowie statków Kompanii mogli na jej jednostkach pływających przewozić pewną część ładunku na własny rachunek. Działało to mniej więcej tak, jak działki przyzagrodowe u radzieckich kołchoźników: choćby i kołchozowe pola nieobsiane zostały, 50% całej żywności nadającej się do bezpośredniej konsumpcji w Związku Radzieckim produkowane było na tych kilkuarowych działeczkach. Również w brytyjskim handlu z Indiami, znacznie większe sumy przechodziły z rąk do rąk dzięki tym kilku procentom tonażu w rękach urzędników i kapitanów, niż dzięki całej reszcie, z której mieli czerpać zyski udziałowcy Kompanii. Nastąpiło „oddzielenia zarządzania od kapitału“ – które Lenin uważał za charakterystyczny objaw „najwyższego stopnia rozwoju kapitalizmu“, czyli imperializmu. W tym akurat przypadku, jest to bardzo trafne określenie!

Gdyby nie pożyczki od Parlamentu i kolejne, monopolistyczne przywileje, gwarantowane jej ustawami, Kompania padłaby co najmniej 100 lat wcześniej, niż to się faktycznie stało. Bez wsparcia Parlamentu i Korony nie mogła istnieć tak długo. Mało tego: nigdy by nie powstała, gdyby nie ten pierwszy przywilej Elżbiety I, dający jej udziałowcom monopol na handel z 2/3 świata…

Losy HEIC są egzemplifikacją reguły ogólnej. Ani Microsoft, ani WalMart, ani Morgan, Lheman Brothers, Goldman Sachs, Monsanto, czy KGHM, czy jakakolwiek inna z wielkich Firm współczesnego świata prawie na pewno nie dorówna długowiecznością tej pierwszej, archetypicznej Kompanii. Wielkie Firmy są skazane na wielkie upadki! Właśnie dlatego, że zachodzi w nich to przez Lenina opisane „oddzielenie“: skoro interes pracowników (niezależnie od tego, czy są to członkowie zarządu, czy po prostu urzędnicy) może istnieć i prosperować w takiej organizacji zupełnie niezależnie od interesu jej udziałowców, to jest ona wewnętrznie rozdwojona i słaba niezależnie od tego, jakie przywileje zapewnią jej sprzedajni politycy i wiecznie deficytowe budżety…

Gdyby zabrakło sprzedajnych polityków i deficytowych budżetów (ale to przecież niemożliwe…), większość z tych Firm nawet nie zdołałaby powstać. Jednak żaden stopień przemocy i korupcji nie zapewni im wiecznego trwania. To niemożliwe. Ludzkie dzieła z natury skrojone są na ludzką, a nie na boską miarę – i nie trwają dłużej niż mgnienie oka, jeśli patrzeć na nie z punktu widzenia Wszechmocnego! Przedłużanie istnienia Firmy oszustwem i gwałtem może być skuteczne na skalę jednego, dwóch, góra trzech pokoleń – ale dłużej już „rolować“ deficytów wynikłych z braku efektywności się po prostu nie da. W każdym razie, nikomu się to do tej pory nie udało.


Rzecz jasna, powyższe rozumowanie dotyczy też i tworów ludzkich na nagiej przemocy opartych, czyli Wielkich Imperiów. O tym może jednak, w szczegółach – innym razem…

5 komentarzy:

  1. Jak latwo zauwazyc obecnie mamy takie rozdzielenie interesu elit politycznych od interesu mas.Dla elit korzystny jest potezny socjal za pomoca ktorego mamia i przekupuja masy przy okazji robiac lewizny na boku.A masy kiedys oczywiscie za to zaplaca(jak Pan slusznie zauwazyl dlugow nie da sie rolowac w nieskonczonosc).

    OdpowiedzUsuń
  2. Hmm... Panie Piotrze? Interes mas? A na czym on niby miałby polegać..? Prawdę pisząc napisałem, co napisałem i nie miałem na myśli niczego innego, niż napisałem. O "buncie clerków" i etatyzmie - socjalizmie może innym razem. Tym razem chodziło mi o to, tak przez pana Wojciecha nie lubiane Monsanto: które zbankrutuje wcześniej czy później, niezależnie od tego, ilu polityków przekupi i jak bardzo będzie naginać prawo na swoją korzyść! Nawet, choć nie ma na to dowodów, sądzę że zbankrutuje tym szybciej, im lepiej te różne niecne procedery będą mu szły...

    OdpowiedzUsuń
  3. Panie Jacku. Oczywiście w historycznej skali czasu jakaś (nawet największa) firma nie ma dużego znaczenia. Jednak to co oni wyprawiają stanowi zagrożenie dla konsumentów i rolników. Tu i teraz.

    Równie dobrze można podobnie mówić i nie walczyć z socjalizmem w innej postaci (co poniekąd Pan robi) bo przecież system ten jest tak niewydajny, że i tak musi zbankrutować.

    Co tak jakiś Charków, zsyłka na Sybir, co tam jakieś obozy koncentracyjne. Jakby nie było narodowy socjalizm i internacjonalny w wielu miejscach oficjalnie padł.

    OdpowiedzUsuń
  4. Panie Wojciechu. Pan projektuje ogrody. Ja usiłuję rozmnożyć rzadkie konie. Poza tym, możemy sobie pogadać. A zagrożeniami dla konsumentów zajmuje się... Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów! Instytucja powstała na wzór podobnych, jakie wypłynęły na Zachodzie na fali rosnącej "świadomości ekologicznej", "ruchów konsumenckich" itp. Pierwotnie zapewne istotnie spontanicznych i szczerych - ale co z tego zostało..? Może to już zgryźliwość starego tetryka, ale ja naprawdę nie czuję ani potrzeby, ani sensu "walki z systemem" - a już osobliwie: zorganizowanej i systematycznej! Dobrymi chęciami Piekło jest wybrukowane, nie ma takiej dobrej intencji, która by się w swoje przeciwieństwo nie obróciła, ani dobrego uczynku, który by nie został przykładnie ukarany. No i nie ostatnie w tym szeregu ludowych mądrości: pilnuj szewcze kopyta!

    OdpowiedzUsuń
  5. Z tego co poznałem Pana to ma Pan podobną opinię co ja jeżeli chodzi o sprawność różnych urzędów.

    To wszystko o czym piszę to jest pilnowanie kopyta. No i chęć wciągnięcia w to innych by też pilnowali swoich.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...