niedziela, 18 kwietnia 2010

Szatański spisek

Zgodnie z zapowiedzią sprzed dwóch dni, wprowadziłem w życie szatański plan zakłócenia idyllicznych wakacji naszych staruszków. Dziś nadeszła wreszcie pora na jego wykonanie.

Najpierw trzeba było Wielkiego Strasznego Zwierza wyczyścić:

Potem mogłem ją już wziąć na sznurek i poprowadzić na miejsce kaźni. Niczego nie podejrzewający Gluś szedł za nami dobrowolnie:


A wszystko to na oczach zajętej toaletą Sylwestry!


Na miejscu czekała na naszą biedną, starą Dalię, iście piekielna maszyneria:


czyli okrąg, zwany także okólnikiem, lonżownikiem albo - w kręgach snobujących się na hamerykańskość: roundpenem. Budowałem go przez dwa dni w wielkim mozole i trudzie.

Po prawdzie, to głównie dlatego, żeśmy się od razu z Lepszą Połową nie porozumieli co do jego lokalizacji. Pierwotnie chciałem go umieścić w zupełnie innym kącie naszej ziemi, na przyszłym wybiegu dla ogiera. Lepsza Połowa przekonała mnie jednak, że już wydeptane miejsce, gdzie w zeszłym roku lonżowała konie, na przyszłym wybiegu dla matek ze źrebiętami, jest lepsze.

Tyle, że materiał: 16 grubościennych słupków stalowych 3", 210 cm długości każdy, oraz 32 osiki, wszystko przywiezione przyczepą pożyczoną od sołtysa (moja została u Petry, a Radek swoją dwukółkę oddał bratu) - leżało już na pierwotnym miejscu. Żeby to przewieźć 300 m drugi raz przyczepy nie pożyczałem. Zresztą, pewnie nie udałoby się tam wjechać, bo przyszły padok dla matek, dawno już zaorany, trochę jest grząski i Wendi nawet napędzana na cztery koła, mogłaby ciężkiej przyczepy sołtysa nie poradzić. Nie przewidziałem jednak, że ponoszenie tego na miejsce zajmie mi aż dwa dni. I że tak się przy tym zmęczę...

Cóż, od tej pory męczył się będzie w tym miejscu Zwierz, nie ja:

Maszyna złożona z ogrodzenia oraz pana z butelką po Coca-coli z kilkoma kamykami w środku działa niezawodnie:








Po przeganianiu Dalii w kółko tam i siam, mogliśmy się wreszcie pojednać:





Muszę się Państwu przyznać, że ja się jej trochę boję. Kobyła miała w życiu pecha: temperament ma konia sportowego, a przez naście lat musiała w szkółce dzieci wozić, od czego znarowiła się w sposób nieodwracalny i dość przykry. Opinię miała panikary i faktycznie, reaguje na otoczenie bardzo żywo. Czy jednak wpada w panikę? No cóż, wiele takich rzeczy razem robiliśmy, że nie każdy koń by się na to zgodził. Ale przejść obok banalnego śmiecia, czy też braku śmiecia (jak już o tym pisałem), bywa czasem trudno...

Poza tym, lubimy się jednak. I lubimy się bawić na okręgu. Czego przez prawie rok, z braku okręgu, nie mogliśmy robić.

Co nie przeszkadza, że kiedy pan już wreszcie wyprowadzi z piekielnej maszyny:


cieszymy się wolnością:


Na trzecim planie można podziwiać sytą zieleń naszego prawie już dojrzałego padoku. Jak tylko oziębłe darmozjady wrócą z Czech, wpuścimy tam pewnie stado.

Tymczasem koćkodan przeniósł się w chłodek pod wiatą:


Niebo jest dzisiaj wysokie i kryształowo czyste. Od ziemi bije ciepła wilgoć. Płodna wilgoć. I tylko krasawice jakoś się nie inspirują: Melesugun dalej nie wykazuje objawów rui, jak mi Petra pisze...









Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...