poniedziałek, 19 kwietnia 2010

Radkizm w polu i w oborze

Wyjeżdżaliśmy właśnie spod chińskiego supermarketu pod Radomiem, wioząc kilka kupionych wcześniej drzewek ze szkółki w Bielisze (drogo!), spożywkę z Carrefoura i skarpetki z tegoż chińskiego supermarketu (skądinąd opustoszałego – a widok Chinki w średnim wieku z potomkiem, której jedynym zajęciem jest obserwowanie, czy kasjerka prawidłowo nabija na kasę: bezcenny!), kiedy ozwała się moja komórka. Dzwonił Radek. A jak Radek wiadomo: przygody muszą być! Na tym polega radkizm stosowany w polu i w oborze, że bez przygód nie sposób…

Radek uciekł, tj. przepraszam – wypisał się ze szpitala zaraz po świętach. Zupełnie go pod tym względem rozumiem: wokół tego szpitala tyle jest zakładów pogrzebowych jak dzisiaj zaobserwowałem, że strach tam zasnąć. Przynajmniej: bez rachunku sumienia i dobrej spowiedzi… Oczywiście zaraz pierwszego dnia musiał obciążyć swoją nie zagojoną nogę i ratowałem go potem wieczorem altacetem. Od tej pory normalnie pracuje w polu, tyle że nie ze wszystkim potrafi sobie poradzić. Dzwonił, bo siał kukurydzę tuż obok naszej posiadłości i nie udawało mu się podnieść worka z ziarnem, żeby go wsypać do siewnika.

Cóż: dojechaliśmy do domu, przebrałem się, nakarmiłem staruszków i ruszyłem pomóc druhowi memu serdecznemu. Jako że worki miały być po drugiej stronie jego polu, nad kanałkiem, to wziąłem samochód i zabrałem też butelki na piwo, które w naszym sklepiku jest tańsze niż w supermarkecie.

Przyjechałem na miejsce, znajdując tam Radkowego potomka Krzysia dzielnie pilnującego worków. Już jednak fakt, że Radek zamiast jechać swoim Najpotężniejszym Casem z doczepionym siewnikiem i agregatem uprawowym, który mu ongiś kupiłem w zamian za zaoranie i zasianie naszego Wielkiego Padoku normalnie po polu, goni za mną po polnej drodze, napełnił mnie niejasnym podejrzeniem, że może Lepsza Połowa żegnając mnie słowami „tylko nie siedź długo“ – jakbym nie jechał po prostu po piwo do sklepu, po drodze trzy worki przyjacielowi do siewnika wsypując – może jednak wiedziała, co mówi…

Cóż: wał agregatu zwisał smętnie na jednym tylko zaczepie. Drugi się urwał. Trzeba było zjeżdżać z pola do domu, przyspawać zaczep. Przy okazji wyszło na jaw, że Radkowi wcale nie chodziło o te trzy worki, tylko o to, żebym zaczepił za Wendi przyczepę i przywiózł mu kolejnych 15.

Co było zrobić? Nim Radek Najpotężniejszym Casem dojechał na swoje podwórze, kupiłem piwo i dogoniłem go akurat w bramie. Wybrałem z dwukółki stojącej w oborze kiszonkę dla krów. Podczepiłem dwukółkę i podjechałem pod stodołę. Najpierw razem z Radkiem i z jego żoną zdjęliśmy wał z pozostałego zaczepu. Potem związaliśmy i załadowaliśmy na przyczepkę worki w czasie, kiedy Radek spawał uszkodzenie. Na koniec pomogliśmy mu założyć wał do agregatu z powrotem.

Zdążyłem już odczepić dwukółkę przy Radkowym polu i właśnie dojeżdżałem do naszej posiadłości, gdy znowu zadzwonił: przywiozłem mu wprawdzie wiaderko, żeby sobie mógł sam ziarno do siewnika ładować, ale pytał się, gdzie stoję, to może na początek razem kilka worków wsypiemy? Że jednak byłem już daleko i właśnie nadchodziła burza, koniec końców zrezygnował z moich usług.

Fajny chłop z Radka. Naprawdę. Coś jest jednak takiego, że jak wyjedzie w pole, to musi mu się wał od agregatu urwać, własny ciągnik go przejedzie, albo ciągnikiem z kosiarką do rowu wpadnie, jak jest zima i śnieg, to z całej wsi tylko jemu jednemu dach obory musi się zawalić… Taki radkizm w polu i w oborze!


Skończyło padać, idziemy sadzić drzewka. Muszę dziś wcześnie pójść spać: Petra sms-owała, że Melesugun zaczęła się wreszcie grzać. Jutro skoro świt wyjeżdżam więc do Czech. Dobrze by jeszcze było jakiś hotel załatwić, ale w najgorszym razie, będę improwizował na miejscu. W środę przywożę więc krasawice, przestanie tu być tak smutno!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...