niedziela, 18 kwietnia 2010

Niebezpieczeństwa bezpieczeństwa

Pan Janusz Korwin – Mikke zwykł pisać w swoich artykułach, że ludziom współcześnie wmawia się przesadną potrzebę bezpieczeństwa: od czego głupieją i dają sobie narzucić każdą, najgłupszą bodaj regulację, której jedynym skutkiem jest tylko ograniczenie wolności i powstanie kolejnego, ogrodzonego i zaopatrzonego w stosowne dla każdego gatunku zwierzyny pułapki łowiska, na których tuczą się biurwokraci i ich przyjaciele.

Co do skutków, nie zamierzam polemizować. Jako były dziennikarz „Super Expressu“, a potem pracownik MSWiA, co nieco sam mógłbym o tym opowiedzieć. Właściwie, nawet to już zrobiłem, także na łamach „Najwyższego Czasu!“.

Nie jestem jednak wcale pewien, co do tego wmawiania.

Wcale nie jest tak prosto wmówić ludziom potrzebę, której w ogóle nie posiadają. Albo w drastyczny sposób zmienić hierarchię ludzkich potrzeb. Owszem, marketingowcy potrafią sprzedać niemal wszystko: ale to tylko dzięki temu, że potrzeby ludzkie są niczym nieograniczone, a sposoby ich zaspokajania niemożliwe do ogarnięcia żadnym umysłem, ludzkim czy maszynowym. Jak już coś się absolutnie do niczego nie nadaje, można to „sprzedać“ jako oznakę prestiżu – i też kupców znajdzie, tym łatwiej, im będzie droższe.

Łatwość z jaką dziennikarzom i politykom udaje się „sprzedawać“ ludziom rozliczne, najbardziej nawet absurdalne i w nich samych godzące pomysły pod pretekstem zaspokajania potrzeby bezpieczeństwa sama z siebie dowodzi, że jest to potrzeba realna i dojmująca.

Co poniekąd dobrze rokuje Panu Wojciechowi, który swoje usługi marketinguje m.in. jako sposób na zapewnienie bezpieczeństwa żywnościowego i energetycznego dla rodziny. Wprawdzie wedle recepty Pana Wojciecha trzeba sobie to bezpieczeństwo zapewnić samemu, w dodatku pracą rąk własnych – a tymczasem dla znakomitej większości ludzi naturalnym jest, że bezpieczeństwo zapewniają im inni: państwo, media, w najgorszym razie: rodzina i sąsiedzi.

I jest to zachowanie w najwyższym stopniu tradycyjne i naturalne! „Wzajemne korzyści“ dworu i wsi, o których pisałem rozprawiając się z mitem „wyzysku pańszczyźnianego“ polegały właśnie na tym, że dwór gwarantował mieszkańcom wsi bezpieczeństwo. Zarówno osobiste – bo jako poddani konkretnego pana mogli od niego oczekiwać opieki i pomocy, w szczególności w stosunku do innych panów, którym przyszedłby kaprys ich, przejazdem bawiąc, gnębić; jak i ekonomiczne w postaci wspierania ziarnem siewnym, bydłem, sprzężajem, narzędziami, itd., itp. – o czym już wtedy obszernie napisałem.

Mieszkańcy wsi pańszczyźnianej zmienili miejsce zamieszkania, można by wręcz zaryzykować tezę, że trudniej teraz ich znaleźć na wsi, niż w mieście, ale czy przez to zmieniły się ich nawyki i sposób myślenia? Jest to postawa nie tylko tradycyjna, ale też ze wszech miar rozsądna: poświęcamy coś, co i tak nie jest nam do niczego potrzebne, a nawet, przez konieczność dokonywania wyborów, może nas przerażać (wolność - pamiętacie Państwo Ślimaka?), w zamian za konkretne i namacalne korzyści. Że lepiej działała i więcej konkretów dawała w systemie pańszczyźnianym, niż w systemie kryptokratycznym, to inna sprawa. Tak to już jest, że stosunki o charakterze osobistym i bezpośrednim łatwiej jest utrzymać na pewnym, dla obu stron akceptowalnym poziomie przemocy, niż stosunki bezosobowe i formalne. Serio piszę: koniec końców panowie się na kamieniu nie rodzili, tylko najczęściej we dworze, gdzie ich chłopska mamka karmiła i do snu układała, a póki, po ukończeniu 6 roku życia, ojciec nie zabierał się za wychowanie potomka, zwykle albo w jakiejś szkole, albo przy dworze magnackim go umieszczając, chłopskie dzieci były dla przyszłego pana towarzyszami zabaw. Jeśli zaciągał się szlachcic do wojska obyczajem staropolskim wystawiając poczet zbrojny, to mu za pocztowych chłopaki z jego wsi służyli, więc razem z nimi bił się, głodował i nieraz wzajem sobie życie ratowali. Dwór staropolski to zresztą powiększona i wzbogacona chata – a większość szlachty, o czym sama nie chciała pamiętać i stąd mit o Sarmatach i ich rzekomym Lachów podboju wymyśliła, to potomkowie wójtów – zasadźców, którzy w XIII i XIV w kolonizacji „na prawie niemieckim“ przewodzili, w zamian zwykle większe pola, staw rybny, karczmę czy łaźnię we wsi trzymając. Obawiam się, że współczesną elitę okupującej nas władzy, zarówno jawną jak i ukrytą, o wiele luźniejsze więzy z ludem, który eksploatuje łączą…

Nawet kiedyś na ćwiczenia z utopizmu u prof. Wnuka – Lipińskiego przygotowałem wizję utopii neofeudalizmu; skądinąd jednym z felietonów JKM z dawnych bardzo czasów inspirowaną.

Neofeudalizm, tak swoją drogą, mógł być ustrojem realnie istniejącym, a nie utopijnym i pojawiały się już pierwsze jego objawy. Kodeks Napoleona, który dał chłopom, przynajmniej w Kongresówce, wolność osobistą, zarazem pozbawiając ich tytułu prawnego do ziemi, którą od wieków uprawiali, ten potencjalny ustrój przekreślił.

Objawy pierwocin neofeudalizmu pojawiły się w różnych krajach, na różnych kontynentach nawet i w różnym czasie. Panowie polscy, wzorem Stanisława Augusta i podskarbiego litewskiego Antoniego Tyzenhausa, poczęli w swoich majątkach obok folwarków manufaktury zakładać, swoich chłopów w nich zatrudniając. W Rosji w XIX w., przed zniesieniem zależności osobistej chłopów od panów (tam Kodeksu Napoleona nie było i stało się to razem z uwłaszczeniem, w Rosji zresztą - niepełnym, bo wcale indywidualnej własności ziemi dla chłopów nie oznaczała - dopiero w 1861 roku), pojawiła się praktyka wynajmowania chłopów miejskim fabrykantom. W Chinach kontrakty o pracę z zagranicznymi kapitalistami zawierali wyspecjalizowani pośrednicy, sami z kolei rekrutując ekipy do swoich brygad na podstawie umów z głowami klanów z głębi lądu. Zdaje się, że ten zwyczaj tak do końca jeszcze nie zanikł mimo dziejowych burz? W Afryce Południowej wreszcie, w podobnej roli wystąpili wodzowie plemienni: bardzo to wzmocniło ich podkopaną poprzednio władzę i prosperują teraz lepiej, niż kiedykolwiek!

Jak więc widać schemat wymiany: praca (i wolność) za bezpieczeństwo mógł, teoretycznie przynajmniej, funkcjonować i bez trójpolówki, wsi pańszczyźnianej i wspólnotowego pastwiska

Co zaś było przyczyną „rozkładu“ (jak to sztampowo ujmują podręczniki szkolne) pańszczyźnianego modelu gospodarki? Chciwość. Porzucając trójpolówkę na rzecz hodowli owiec i płodozmianu, właściciele ziemscy mogli z tej samej powierzchni uzyskać o wiele większe dochody. Musieli tylko pozbyć się współposiadających tę ziemię chłopów. Co umożliwiał im Kodeks Napoleona, wedle którego byli po prostu właścicielami tej ziemi: Napoleon i jego kodeks w konsekwencji też, nic o dziedzicznych prawach do ziemi (i do bezpieczeństwa!) chłopów nie wiedział i za współwłaścicieli ziemi, którą do tej pory razem, pospołu, dla siebie i dla pana obrabiali, nie uważał.

Co by się działo, gdyby Kodeksu Napoleona nie było, a car Aleksander II nie miał ambicji używania przydomka „Wyzwoliciela“? Cóż: w Rosji pewnie, po dawnemu, bieda z nędzą i „Martwe dusze“. Tamtejsze poddaństwo chłopów wywodziło się z poddaństwa osobistego, chłopi byli, formalnie przynajmniej, czymś w rodzaju inwentarza ruchomego. Na ziemiach dawnej Rzeczypospolitej mogłyby się zaś dziać rzeczy ciekawe.

Chciwość oczywiście dalej by działała. Panom zależałoby na przekształceniu chłopskich zagonów w pastwiska dla owiec i większe, konieczne dla nowej metody uprawy roli, folwarczne pola. Gniewałoby, że ich lepszy i droższy, bo oparty na koniach, a nie na wołach sprzężaj, po dawnemu marnowany jest przez chłopów, którzy go słabo karmią i nadmiernie obciążają pracą. Nie mogliby jednak po prostu wygonić chłopów ze wsi, czy zabrać im ziemi. Tutaj sytuacja obu stron była pod względem prawnym prawie że symetryczna. Chłop nie mógł opuścić wsi, jeśli nie spełnił ściśle określonych warunków, a póki w niej żył i gospodarował, musiał z tego tytułu ponosić określone świadczenia na rzecz pana. Pan nie mógł odebrać chłopu ziemi, ani odmówić mu wsparcia, jeśli ten wypełniał nałożone na niego świadczenia. Pat.

Konieczne byłoby jakieś porozumienie stron. Część chłopów, ci bardziej przedsiębiorczy i mniej zorientowani na bezpieczeństwo, wybrałaby pewnie niepewną wolność: przyjęliby albo ziemię, albo pieniądze za wypisanie się z tej współzależności i zaczęli gospodarować na własny rachunek. Najtępszych panowie by zwyczajnie zrobili na szaro i wygonili na cztery wiatry. Większość, ani nazbyt przedsiębiorczych, ani szczególnie tępych, nie chciałaby ani z ziemi, ani z bezpieczeństwa rezygnować. Musiałaby dla nich jakaś oferta powstać. Na przykład: lżejsza i czystsza praca w mieście z gwarancją emerytury w rodzinnej wsi, opieką w razie wypadku lub choroby i negocjowanymi przez pana z fabrykantem (a więc tak, jak to robią współczesne sieci dyskontowe, korzystające z przewagi, jaką im daje ich ogromna siła nabywcza) stawkami płac? Związki zawodowe i partie socjalistyczne mogłyby okazać się niepotrzebne! Kto wie: może i nasza kryptokratyczna demokracja nie miałaby potrzeby się rodzić, jeszcze w takich spazmach i bólach..?



Tak się jednak nie stało i w tej chwili ta naturalna, po pańszczyźnianych przodkach odziedziczona potrzeba bezpieczeństwa za wszelką cenę (obecnie częstsza niż na wsi w mieście, gdzie przecież nie „gospodarscy synowie“, tylko ci, co sobie na roli najgorzej radzili, trafili!), wobec której milknie wszelka argumentacja i której kwestionowanie godzi w najgłębsze, najbardziej atawistyczne odruchy większości osób w pojedynkę może nawet i ludzkich tworzących te tłumy całkiem bezmózgie, które w tej chwili oglądają się na ekranach telewizorów, sycąc się i nasładzając swoją stadnością i tłumnością, zatruła i zatruwać będzie całe nasze życie tak osobiste, jak i publiczne. To tej potrzebie zawdzięczamy tyranię leśników, inspektorów weterynaryjnych, policmajstrów, urzędów skarbowych i celnych i setek innych. A już prawdziwie pańszczyźnianym odruchem jest, że ci sami ludzie, którzy ze snu w środku nocy wyrwani, bez chwili wahania popierać będą obowiązek rejestracji psów wszystkich ras, certyfikatów energetycznych dla wszystkich składzików na drewno i szop na słomę czy chemicznej kastracji dla każdego, kto dotknie dziecko inaczej niż ręką ubraną w laboratoryjne rękawice – sami bynajmniej nie mają najmniejszego zamiaru wszystkich tych bzdurnych regulacji, które popierają, przestrzegać i na potęgę kradną państwowe drewno, leją do baku olej opałowy i piją przemycany spirytus…

2 komentarze:

  1. Ciekawa ta panska wizja alternatywnego neofeudalizmu.Obawiam sie ze neofeudalizm powraca ale wlasnie w dzikiej i okrutnej wersji-nie wzglednie lagodnej jak Pan to przedstawil ale latynoamerykanskiej.20% "szlachty"(urzednicy panstwowi,struktury silowe,duzy biznes,mafie itp) a reszta(czyli uczciwi obywatele)to bedzie te 80% robiace za wspolczesnych chlopow feudalnych(tudziez neoniewolnikow).Pytanie tylko czym beda owych neoniewolnikow motywowac do pracy-pelna lodowka i iluzja wspolwladzy(jak dotychczas)czy tez wraz z pogarszaniem sie sytuacji nasze "ukryte elity"wezma masy za twarz?

    OdpowiedzUsuń
  2. Panie Piotrze

    Wersje się różnią, bo punkt wyjścia był inny. Zaczynamy od relacji bezosobowych - elity mają gdzieś los konkretnych proli, bo nie są to "ich" prole. Przy tym, nic elit wydaje się nie zmuszać do kompromisów: jak zabraknie proli rodzimych, zawsze można sobie zaimportować z Turcji na przykład...

    Natomiast jakiś model neofeudalizmu docelowo wydaje mi się nieunikniony. W końcu jakoś potrzebę bezpieczeństwa u ludu zaspokoić trzeba: prędzej powstanie i zmiecie liberalną władzę (gdyby się taka jakimś cudem nam przypadkiem trafiła!), która by go wbrew jego woli wolnością chciała obdarzyć, niż zgodzi się na likwidację swoich "przywilejów". A zaspokajanie tej potrzeby ze środków publicznych, przez państwo, jest po prostu skrajnie nieefektywne - i to właśnie rozkłada w tej chwili światową gospodarkę, a nie co innego...

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...