piątek, 23 kwietnia 2010

Nie śmiej się dziadku…

… z cudzego wypadku! Ledwom zdążył wspomnieć pecha, który na każdym kroku prześladuje druha mego serdecznego Radka, a już trafiła mi się seria, przy której cały „radkizm“ blednie i odchodzi w niepamięć. Dość powiedzieć, że na koniec przyjechałem do domu z kobyłami (mniej więcej całymi: tyle, że Osman Guli trochę jest napoczęta zębem koleżanki…) 30 godzin później niż planowałem, ciągle jeszcze lekko sam kulawy…

Co się stało? Chyba jeszcze nie po siłach mi to w szczegółach opowiadać, bo spałem ledwo kilka godzin i jestem lekko nieprzytomny. Inwentaryzując tylko straty: na pierwszej górce za Kłodzkiem skończyło mi się sprzęgło. Nawet nie śmierdziało. Po prostu przy próbie zmiany biegu pyknęło i już sprzęgła nie było. Zapewne świętą rację ma Majster z Warszawy, którego oczywiście natychmiast skonsultowałem telefonicznie: spaliłem sobie to sprzęgło dawno temu, ciągnąc za Wendi naszą chatkę na lawecie, wyciągając wszystkich tych nieszczęśników, którym zdarzyło się na naszej piaszczystej drodze utknąć i na koniec – kopiąc się godzinami w śniegu na 800-metrowej drodze do wsi, co mi się tej zimy kilka razy trafiło. Tyle, że Majster przesłodki: jestem prawie pewien, że prosiłem go przy ostatniej wizycie o sprawdzenie sprzęgła. Miało być „jeszcze ok“. Nie znam się na tym. Może nie da się przewidzieć, kiedy takie spalone sprzęgło ostatecznie padnie: to czemu mnie wtedy uspokajał? I dlaczego teraz jeszcze miał pretensje, że naprawiam na miejscu (dodzwoniłem się też, za którymś kolejnym razem, bo nie mam tego numeru zapisanego w telefonie, jest tak łatwy, że go pamiętam; kiedy nie jestem zdenerwowany, jak się okazuje – do Henia, mojego mistrza jeśli idzie o wożenie zwierząt, oczywiście miał znajomego z okolic Kłodzka i oczywiście ten znajomy był właśnie u niego na podwórku i mógł mnie od razu pokierować do najlepszego warsztatu od takich samochodów w okolicy…), zamiast holować się 500 km do Warszawy..?

Pomoc drogową udało mi się znaleźć przy pomocy policjanta spod numeru 112, który tym razem, prawidłowo, połączył mnie z komendą w Ząbkowicach Śląskich, a nie w Sokołowie Podlaskim. Już trzeci holownik do którego dzwoniłem odebrał telefon i przyjechał, ładując Wendi na pakę, a przyczepę z dziewczynkami podłączając na swój hak. Trochę było wysoko. No i kierowca, choć pełen dobrej woli i naprawdę przytomny i odważny człowiek (rozładowaliśmy potem we dwóch dziewczynki, normalnie potrzeba do tego trzech osób, jeśli konie niespokojne a ludzie niewprawni), to jednak wozić koni nie umie. Z wielką ulgą rozładowałem je zatem po kilku kilometrach, w Ząbkowicach, zostawiając tam też i przyczepę. W międzyczasie na moją prośbę Lepsza Połowa zamieściła już apel o pomoc na Re-volcie: nic to, oczywiście, nie dało, a jeszcze „zaliczyłem“ zaocznie pierwsze na tym forum ostrzeżenie od moderatorów, bo im się wydało, że prośbę o samochód w miejsce zepsutego lub transport, powinienem był umieścić w wątku „Ogłoszenia“, jakby o sprzedaż czapraczka chodziło. Zaraz o tym podyskutujemy. Na szczęście, już nasza przyjaciółka spod Legnicy, do której też dzwoniłem pamiętała, że w Ząbkowicach jest znamienity klub woltyżerski – a kierowca holownika, choć nie kojarzył tego z woltyżerką (pewnie nawet nie wie, co to jest, ale jakie to ma w końcu znaczenie, prawda..?), trafił bezbłędnie na miejsce.

Mając byt dziewczynek chwilowo zapewniony, dowiozłem, nie bez zrozumiałych w takiej sytuacji wahań, zepsutą Wendi koniec końców do tego polecanego mi wcześniej warsztatu w pobliskim Dzierżoniowie.

Wyskakując z wysoko nad ziemią zawieszonej kabiny holownika zdołałem podbić sobie prawą stopę, stąd ciągle jeszcze trochę utykam.

Łatwo się teraz mówi, że panowie z warsztatu U.S. Almar na Nowowiejskiej 52c (obiecałem reklamować, to reklamuję!), prawdziwi fachowcy, poradzili sobie gracko i już następnego dnia o 15.00 odpaliłem silnik. W praktyce takie łatwe to nie było: panowie, jako fachowcy z prawdziwego zdarzenia, do samego końca nie składali żadnych obietnic i o tym, że samochód jednak będzie tego dnia na chodzie dowiedziałem się ostatecznie trzy godziny wcześniej, kiedy skrzynia biegów była już zdjęta i przejrzana w celu wykluczenia innych powodów usterki, a nowe sprzęgło sprowadzone w miejsce starego dopasowane tak, że było wiadomo na pewno, że jest właściwe. To z pewnością słuszna praktyka, ale kilka tygodni życia mnie te nerwy pewnie kosztowały…

Miejsce przypadkowego w sumie postoju dziewczynek, musiało nam zatem dostarczyć noclegu: za co jestem głęboko wdzięczny. Nie tylko mnie, ale i krasawicom, było bardzo przyjemnie (biorąc pod uwagę okoliczności, im pewnie przyjemniej niż mnie, bo się nie denerwowały, co dalej): a już naprawdę przyjemnie zrobiło się następnego dnia rano, kiedy p. Adam Susłowski wsiadł po kolei na obie. Im było przyjemnie pod takim jeźdźcem chwilkę się odprężyć, a mnie było przyjemnie popatrzeć i kilka komplementów usłyszeć. Żałuję, że nie miałem aparatu. Widok dziewczynek swobodnie i pewnie chodzących na ogłowiu bezwędzidłowym bez żadnych w tym kierunku uprzednich ćwiczeń i prób, byłby dla co poniektórych malkontentów prawdziwym szokiem! Szczególnie, że Osman Guli przecież nie tyle była zajeżdżona, co ledwo że przyzwyczajona do jeźdźca na grzbiecie… Przyjemnie było mi także spędzić poprzedni wieczór na końskich pogaduszkach – mimo, że p. Adam po całym dniu pracy bardzo był zmęczony, a jego małżonka, p. Agnieszka, zajęta ich maleńkim potomkiem. Greckie specjały domowej roboty od siostry pp. Susłowskich za Grekiem zamężnej: prawdziwy wiejski ser feta, pomarańcze z ogródka i tego dziwnego owoca w syropie, będę wspominał długo. Kwestie greckiego bailoutu, tyle emocji wywołujące wśród śledzonych bloggerów, nabierają wraz z każdym kęsem takiego owoca zupełnie innego wymiaru. Może by się tak przenieść pod cieplejsze niebo..?


Jak zwykle bez Lepszej Połowy na stanowisku pilota pogubiłem się wracając. Droga z Nysy do Kłodzka, którą wiozłem dziewczynki w tamtą stronę, jest w remoncie. Nie chciałem tak wracać. Na pusto, bez przyczepy, przejechałem po prostu przez Wrocław. Jednak z końmi stać na światłach i w korku – żadna przyjemność. Skręciłem więc przed Wrocławiem na autostradę. I pewnie powinienem tą autostradą jechać do samego Opola, tam wjeżdżając na starą, dobrze znaną trasę przez Częstochowę. Że jednak były znaki wskazujące objazd Wrocławia dla ciężarówek jadących na Warszawę, skręciłem wcześniej, za nimi: był to błąd. Drogi w tak kiepskim stanie, że dało się jechać góra 40 km/h (zresztą przy ciut wyższej prędkości stare sprzęgło, które mi panowie z warsztatu włożyli pod siedzenie pasażera wpadało w jakiś jękliwy rezonans, zupełnie nie do wytrzymania! A nie miałem sumienia do rowu przy drodze wyciepać, więc jeszcze jeden kawałek złomu do domu przywiozłem…): korek się za mną robił potężny, co 40 minut musiałem stawać żeby dziewczynkom siatkę sianem napełnić, nie wyglądało na to, że daleko w ten sposób dojedziemy. Widząc więc gdzieś drogowskaz na Kluczbork, a mając w pamięci, że o takiej trasie rozmawiałem z Radka bratem, który chciał się ze mną do Czech po řezačkę (czyli sieczkarnię do kukurydzy) wybrać – tyle, żeśmy przed moim wyjazdem żadnej nie znaleźli, to miał chłop szczęście i nie pojechał, bo by się setnie wynudził – skręciłem. Co było kolejnym błędem, bo droga była niewiele lepsza aż do wjazdu na gierkówkę w Radomsku. Na tym tle nasza droga nr 48 z Tomaszowa do Białobrzeg, choć wąska i kręta i często na nią narzekam, jawi się niemal jak autostrada! Dojechałem przed 2.00 w nocy, formalnie podtrzymując sobie powieki palcami, bo same się zamykały. A to wcale nie jest zmartwień i kłopotów koniec…

2 komentarze:

  1. No to mam jeszcze większego stresa bo w niedzielę wieziemy Kawę do krycia za Poznań, dobre 300 km...mam nadzieję nie przeżywać podobnych przygód z kobyłą w przyczepie :). Źrebne chociaż panienki?

    OdpowiedzUsuń
  2. Za wcześnie o tym sądzić. Melesugun była ostatni raz kryta kilka minut przed wyjazdem i chyba dalej ma ruję (szósty dzień!). Jutro umówię się z lekarzem na badanie.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...