poniedziałek, 5 kwietnia 2010

I po świętach…

Ze świątecznych potraw został nam ostatni kawałek paschy. Oraz dwa jajka przez Lepszą Połową tajemnymi, litewskimi runami opatrzone. Niestety, kończy się także piwo i wino. Mnie jeszcze jedna czwarta kupionej w Tesco litrowej butelki „Scotch Whisky“ została, co biorąc pod uwagę fakt, że umiarkowanie tej trucizny zażywam i tylko dla inspiracji, powinno jeszcze na jakie dwa dni starczyć. Tym niemniej, nie da się dłużej ukrywać faktu: święta się kończą!

Mięśnie zresztą domagają się już wysiłku. Taka przerwa naprawdę źle robi. Wprawdzie wsiadłem na Zwierza i wczoraj i dzisiaj i oczywiście posprzątałem padoczki, ale co to było? Rekreacja tylko, nie żaden wysiłek. Z ambitniejszych końskich planów nic nie wyszło. Jakoś się nam nie chciało. No i skutkiem jest rozlazłość ogólna i zwiotczenie. Mięśniowe i intelektualne.

Powinienem pisać kolejny rozdział zleconej mi pracy, ale jak się zapewne Państwo domyślacie, kompletnie mi to nie idzie. Żeby już totalnie nie grzybieć, piszę zatem cokolwiek!

To, że taki sam nastrój udzielił się i naszemu kotu, to w sumie oczywista oczywistość. Ale i konie równie zwiotczałe i bezsilne! Jak się w sobotnie popołudnie na trawę rzuciły, tak już w tej chwili ją kończą. Jutro, najdalej pojutrze, trzeba im będzie ten padoczek zamknąć. Przy tym tak się obżarły, że musiałem przejść na letnią dawką owsa, o połowę mniejszą od zimowej – bo nie dojadały. Gluś potrafił w połowie posiłku odwrócić się i wrócić na trawę. Futro z nich leci płatami. Dalia na odsłoniętych już fragmentach letniej, jaśniejszej sierści, dostała jabłuszek. Gluś dla odmiany, najwolniej jako najstarszy zmieniający okrywę, wygląda w tej chwili strasznie: zwisają z niego jakieś kłaki, wytarzał się przy tym (jak i reszta) i tak brudny, że nie ma się co dziwić Lepszej Połowie, że się jej czyścić takiego konia do jazdy nie chce. Achałtekinki tak samo jak staruszkowie, na przemian żrą trawę i śpią. Zero zainteresowania światem zewnętrznym.

Wedle prognozy powinno było dziś padać od rana. Nie pada. Ale chmury zbierają się już od godziny czy dwóch i wieje trochę. Pewnie zacznie lać przed nocą. I pewnie ciśnienie spada, co się do ogólnej rozlazłości przyczynia. Na wszelki wypadek już wczoraj wypompowałem wodę z hydroforni. Niech leje zatem: trawa będzie szybciej rosła..!

Zadzwoniłem przed chwilą do Radka: na szczęście, nie pozwolili mu się ze szpitala wypisać. Jest zatem nadzieja, że może jednak kaleką nie zostanie. Martwił się, co będzie z remontem mojej koparki bez niego. Złoty chłop, naprawdę!


Po naszej piaszczystej drodze, póki świeciło słońce, liczne przejeżdżały samochody i przechodziły wycieczki. Chyba z przyjezdnych „letników“ złożone, bo jak się do nich na koniu podjeżdżało – uciekali. Miejscowi przecież nas znają, to by tak nie robili. Ale wiadomo, „miastowi“ to dzicz. Wychodzą na konie popatrzeć tylko, kiedy nas nie widzą. Teraz trudniej mają niż latem, bo małe padoczki w pobliżu Lasku i chatki, a nie przy wsi…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...