poniedziałek, 26 kwietnia 2010

Głosować..? Czy nie głosować?

Znowu zaczyna się ta sama co kilka lat szopka. Teatrzyk kukiełkowy: o tyle nietypowy, że marionetki poruszane na scenie przez niewidzialnych aktorów próbują jednocześnie manipulować publicznością. I zwykle im się udaje! O tyle przynajmniej, że jednak spora część narodu idzie do urn i wybiera. Zwykle „mniejsze zło“…

Dla tych z Państwa, którzy już trochę mojego bloga czytają nie będzie zaskoczeniem, że mam wobec tej zabawy sporo zastrzeżeń. Jeśli jednak nawet ktoś zajrzy tu po raz pierwszy, być może przypadkiem trafię w jego własne wątpliwości..?

Wątpliwość pierwsza i najbardziej fundamentalna budziła niepokój już u tych wszystkich ubranych w pończochy, kuse portki z aksamitu, kamizelki i peruki (czy kiedykolwiek w dziejach ubierano mężczyzn w równie niewygodny strój..? Jaki to miało wpływ na jasność umysłu i zdrowy rozsądek? Z tego punktu widzenia nawet przepocony garnitur to przecież szczyt komfortu! A co dopiero: wygodny, praktyczny, przewiewny – kontusz..? Nic dziwnego, że zanim się u nas te nowinki przyjęły, najpierw narodowy strój musiał zostać odmieniony…) ojców – założycieli współczesnej demokracji. I nie mam bynajmniej na myśli ojców – założycieli Stanów Zjednoczonych, bo niezależnie od takich czy innych afiliacji (do masonerii chociażby…), chyba kierował nimi przede wszystkim prosty pragmatyzm. Myślę tu przede wszystkim o Janie Jakubie i innych lekkoduchach filozofujących pod opiekuńczym skrzydłem najbardziej absolutnej monarchii Europy. „Naród“ składa się z jednostek, z których każda ma jakieś swoje interesy, przekonania, wartości. Podejmuje decyzje – czyli przejawia volontée particulière. Ale przecież jest oczywiste, że żaden akt głosowania nie redukuje tych wszystkich volontée particulière do jakiejś jednej volontée generale, która może nie być zgodna z wolą jakiegokolwiek z członków tej społeczności, a zwykle jest niezgodna z wolą co najmniej znacznej mniejszości!

Wiele atramentu wylano na ten temat – ale satysfakcjonującego rozwiązania tej zagadki tak naprawdę nie udało się odkryć. Dlatego współcześnie ideolodzy demokracji już nie twierdzą, że głosowanie odzwierciedla jakąś mityczną „wolę Narodu“, ani nawet, że stanowi manifestację jego interesów. Większość uważa, że jest to po prostu pewna procedura osiągania decyzji: takiej, czy innej, ale o jej zgodności z interesem „ogółu“ nie ma jak sądzić, ponieważ „ogół“ nie ma ust i o tym, jak swój interes postrzega, opowiedzieć nie jest w stanie.

Jako procedura głosowanie nie jest oczywiście aktem sakralnym – stąd mniemam, że nie grzeszę, o zasadności w nim udziału dywagując, cokolwiek o tym powiedzą biskupi naszego Kościoła.

Podstawowa użyteczność głosowania jako procedury jest mniej więcej taka sama jak inicjacji przy przyjmowaniu do mafii: taka inicjacja polega zazwyczaj na popełnieniu przez nowo przyjmowanego jakiegoś przestępstwa o którym szef wie. Wiedza ta zapewnia szefowi lojalność nowego „żołnierza“. Podobnie w demokracji: głosowałeś, znaczy że popierasz, więc teraz siedź cicho i rób, co ci się każe! Nic dziwnego, że „klasa polityczna“ przed każdymi wyborami tak drży o frekwencję. Im większa frekwencja, tym pewniej się czuje w siodle i mniej się spodziewa trosk zakłócających jej skądinąd przyjemne i próżniacze życie. Proszę przy tym zauważyć, że jeśli pamiętamy że marionetki, które wołają ze sceny, żądając od nas poparcia, mają poprzyczepiane do rąk, nóg i głów nitki, służące ukrytym za sceną aktorom do poruszania tymi członkami, a jest to oczywisty skądinąd wniosek, na który jużeśmy poprzednio się zgodzili, to nie ma absolutnie żadnego znaczenia, na którą z kukiełek oddamy głos!

W związku z tym wszelkie argumenty typu „mniejszego zła“: głosuj na mnie, bo jak nie, to do władzy dojdą tamci, a wtedy będzie straaasznie… – są funta kłaków warte.

Podobnie jak zgrabny skądinąd aforyzm, że „nieobecni nie mają racji“. W czym niby nieobecni?

Głosowanie większością głosów jest zjawiskiem stosunkowo nowym w historii naszej cywilizacji. Owszem, bywały i wcześniej różne ciała zbiorowe podejmujące wspólne decyzje: od zgromadzeń ludowych w miastach greckich, komicjów w Rzymie, przez wiece północnych barbarzyńców, sejmiki i sejmy, aż po szacowane konklawe kardynałów Świętego Kościoła Rzymskiego. Jeśli jednak przypatrzeć się tym ciałom, to większość z nich decyzję podejmowała przez aklamację. Nawet, jeśli czasem była to aklamacja jedynie formalna (a bywała i wymuszona… bodaj Juliusz Cezar, lepszy generał niż polityk, zwykł mawiać, że kto wygra bitwę na Forum, ten wygra i głosowanie..!): oznaczała tylko tyle, że nie przekonana mniejszość nie będzie się tak podjętej decyzji sprzeciwiać zbrojnie. Co było nie bez znaczenia, jeśli się pamięta, że Germanie i Słowianie na swoje wiece przychodzili w pełnym uzbrojeniu (a już przynajmniej z jakimiś kijami w rękach…), a szlachta na sejmikach nie odpinała szabel od pasów mimo, że zwykle odbywały się w jakimś kościele…

Z tego punktu widzenia szacowna instytucja liberum veto, tak straszną gębą opatrzona przez naszych własnych oświeceniowych lekkoduchów i całą, za nimi idącą historiografię, jawi się jako całkowicie naturalna i oczywista.

Zgoda powszechna, czy też aklamacja to ma do siebie, że żadnych mistycznych bytów dla swojego uzasadnienia nie potrzebuje. Zgodzili się – i dobrze. Nie zgodzili się – znaczy, trzeba o tym dalej rozmawiać. Ta sama zasada rządzi wszak i stosunkami cywilnymi: żeby zawrzeć dowolną umowę, potrzebna jest zgodna wola wszystkich przystępujących do niej stron. Co takiego odmiennego jest w stosunkach publicznych, że miałaby nimi rządzić jakaś inna zasada: „prawo większości“, czy też „prawo silniejszego“?

Że co, że brak czasu, a może i ochoty, aby tych, co się nie zgadzają, przekonywać? Bo do tego cała sprawa się przecież sprowadza. Że takie przekonywanie, aż się jednomyślność osiągnie zbyt jest czasochłonne i sprawności mechanizmu państwowego przeszkadza.

Temu nie można ze wszystkim zaprzeczyć. Istotnie, państwo działa sprawniej i szybciej, jeśli nie trzeba przekonywać mniejszości, tylko można ją wziąć za twarz. W ogóle, właściwie po co przekonywać kogokolwiek – skoro można po prostu wziąć za twarz..? Pewnie, że najlepiej jest tak wziąć za twarz, aby za twarz brany w ogóle się nie zorientował, że go coś unosi i do muru przyciska i jeszcze sam w zakładaniu pożądnego Nelsona pomagał: to właśnie jest istota współczesnej kryptokracji, razem z periodycznie w niej odgrywanymi teatrzykami kukiełkowymi pt. „idziemy głosować panowie, panie!“




W takim razie jednak wszelkie ironiczne uśmieszki i pełne poczucia wyższości potępienie rządów „silnej ręki“ – od Ludwika XIV po generała Pinocheta – typowe dla współczesnych demokratów, jest co najmniej nie na miejscu. Nie ma żadnej istotnej różnicy pomiędzy jednym, a drugim reżimem: w obu przypadkach nie idzie o żadne tam wartości moralne, tylko o sprawność działania państwa. Ludwik XIV był przynajmniej szczery…

5 komentarzy:

  1. No tak ale problem jest taki ze te zakulisowe grupy oprocz tego ze walcza miedzy soba o wladze maja tez nieco inna wizje czlowieka i jego konstrukcji psychologicznej oraz tego jak ma funkcjonowac system ekonomiczny i polityczny.Jedna z tych grup manipulatorow chce mnie okrasc kompletnie oraz wprowadzic panstwo postmodernistyczne w ktorym bede robil za "szczesliwego niewolnika(juz mi TVN z Onetem wszystko "wyjasnia")podczas gdy druga grupa manipulatorow uwaza ze korzystniej jest nie okradac mnie tak do konca a nawet pozwolic mi na troche swobody to sie mniej buntowal bede.To ja wole tych drugich-szczegolnie ze ze stanu polniewolnictwa i z paroma groszami przy duszy wybic sie na wolnosc znacznie latwiej niz ze sterowanej massmediami psychuszki i paruset tysiacami kredytu na karku(za ktory to kupie "okazyjnie"(czytaj na zadupiu cena jak w Nowym Jorku)"apartament").Oczywiscie moglby ktos powiedziec ze im gorzej tym lepiej bo masy nie majac nic do stracenia zbuntuja sie wlasnie wtedy gdy juz nic do stracenia miec nie beda ale jakos historia tego na ogol nie potwierdza.Wiec ja wole mniejsze zlo pamietajac ciagle ze to jednak ciagle jest zlo.

    P.S.Zreszta wybierajac za KAZDYM razem mniejsze zlo po jakims czasie mozna dojsc do systemu wzglednie znosnego podczas gdy nie robiac nic(bo do tego sprowadza sie zignorowanie wyborow)KONSERWUJEMY w istocie rzeczy obecny system.Prosze sie nie ludzic iz nawet bliska zeru frekwencja cos zmieni-w paru krajach glosuje po kilkanascie procent spoleczenstwa(czytaj politycy oraz ich kumple i rodziny)i jakos te kraje ciagle dzialaja i sa uwazane za demokratyczne co pokazuje ze masowe zignorowanie wyborow nic nie da-nie tedy droga.Zostaje wiec tylko rewolucja lub wybieranie mniejszego zla.Na rewolucje jestesmy za slabi(bo masy sa oglupione "Tancem na lodzie" i innym badziewiem)wiec zostaje tylko wybieranie mniejszego zla.

    OdpowiedzUsuń
  2. Jest Pan pewien, Panie Piotrze, że Jarosława Kaczyńskiego i Bronisława Komorowskiego różnią jakieś przekonania antropologiczne..? I że zajmując stanowisko prezydenta kandydat będzie tym przekonaniom dawał wyraz..? Przykro mi, ale mnie tej pewności brak...

    OdpowiedzUsuń
  3. Pewien?-rzecz jasna ze nie jestem.Ale obserwujac ich w dzialniu takie odnosze wrazenie.Oczywiscie moge sie mylic ale coz mi pozostaje?-zignorowanie wyborow moim zdaniem tylko konserwuje obecny system.Stawiam na to co wielokrotnie zaobserwowano w historii a mianowicie fakt iz wsrod elit tez sa rozbieznosci zdan co do tego w jaki sposob trzymac spoleczenstwo za twarz(praktycznie zawsze byly wsrod elit golebie i jastrzebie).Wiec ja popieram tych ktorzy jak sadze sa dzisiejszymi golebiami.Oczywiscie ja caly czas pamietam iz jest to mniejsze bo mniejsze ale jednak ZLO.

    P.S.Po coz innego mi pozostaje(przynajmniej na dzisiaj)?Prosze takze pamietac ze mozna sie nie interesowac polityka i politykami ale to nie zapobiegnie faktowi iz predzej czy pozniej oni zainteresuja sie Panem.

    OdpowiedzUsuń
  4. Cóż, Panie Piotrze, nie mam jasnej odpowiedzi na taką argumentację. Ale intuicja mi podpowiada, że jesteśmy już od pewnego czasu w takim punkcie, że bardziej przykręcić śruby (przynajmniej zachowując cały ten sztafarz demokratycznego teatru marionetek) już się nie da. Obserwuję w praktyce jak dziesiątki różnych przepisów na moim, najniższym możliwym poziomie nie są w praktyce wykonywane - bo są tak głupie, że nawet nie ma komu próbować ich implementacji... Dodanie jeszcze kilkudziesięciu niczego już raczej nie zmieni. Innymi słowy: system chwieje się już na glinianych nogach i gotów jest się pod własnym ciężarem zawalić. Czy w takej sytuacji warto się zastanawiać nad różnicami charakteru pomiędzy Jarosławem a Bronisławem? Bo przecież nic, oprócz charakteru ich nie różni...

    OdpowiedzUsuń
  5. Skłania to do myślenia czy PiSowe hasło o przywrócenie praworządności jest dobrym rozwiązaniem. Szczerze mówiąc w przyszłości sam będę kombinował jak diabli np. sprzedając surowe mleko klientom czy ser żółty "dla kota".
    Ogólnie wybór trudny, choć nie aż tak istotny jak się ludziom wydaje.

    Właśnie z tego powodu uważam, że najlepszą drogą jest zaplanowanie swojego stylu życia by decyzje tych "na górze" miały na nas jak najmniejszy wpływ. Dlatego zajmuję się permakulturą - za kilka lat będzie mogło mi (że się tak brzydko wyrażę) niemal zwisać co politycy wyprawiają - się i swoją rodzinę wyżywię. Oprócz tego dobrze będzie mieć działkę gdzieś na Jamajce :D

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...