wtorek, 13 kwietnia 2010

Dobrobyt a nędza

W komentarzach pod moim polemicznym wobec J-23 postem pan Wojciech poruszył temat rewolucji neolitycznej. Czyli przejścia od życia łowiecko – zbierackiego, do życia rolniczego.

Tezy, jakie przy tym sformułował, można by streścić następująco:
  1. Istnieje ścisły związek pomiędzy uprawą roli a państwem, czy też ogólniej rzecz biorąc: aparatem przymusu.
  2. Zbieracko – łowiecki tryb życia został wyparty przez tryb życia rolniczy siłą. Ludność do tej pory zbieracko – łowiecka utraciła swoją ziemię i została zmuszona do uprawy roli oraz świadczeń na rzecz państwa.
  3. Zbieracko – łowiecki tryb życia był o wiele zdrowszy, czego dowodzą znalezione w egipskich wykopaliskach szkielety. Przed rewolucją neolityczną mierzą po 1,80 m i nie wykazują żadnych zmian chorobowych (najczęstsza śmierć: gwałtowna), a po tej rewolucji maleją do 1,50 m i pełno wśród nich dowodów na liczne choroby trapiące ludność.

Egipt jest bardzo dobrym przykładem. Dzięki odnawiającym glebę tego kraju wylewom Nilu rolnictwo mogło tam osiągnąć bardzo wysoki stopień intensywność i trwać przez długi czas. W zasadzie, mogłoby tak trwać i po dziś dzień, gdyby tymczasem władcom tego kraju nie znudziło się budowanie piramid i zamiast kolejnej takiej budowli, zafundowali sobie o wiele większą: tamę Nasera.

Już w głębokiej starożytność Egipt osiągnął maksymalną, możliwą do utrzymania przy tej intensowności uprawy roli, na jaką mu warunki naturalne pozwalały, gęstość zaludnienia. Liczebność ludności historycznego Egiptu od faraonów po wyprawę Napoleona była niemal niezmienna – fluktuowała stosunkowo nieznacznie, jeśli przypadkiem trafiły się jakieś wojny, zarazy czy zakłócenia w działaniu administracji powodujące zamulenie kanałów doprowadzających wylew Nilu do wyżej położonych pól. Wynosiła ok. 10 milionów mieszkańców – przy czym prawie przez cały ten czas, czyli przez jakieś 6000 lat mieszkańcy ci uzyskiwali znaczącą nadwyżkę płodów rolnych (przede wszystkim zboża, ale także: papirusu, szafranu – niezbędnego m.in. na staropolskim stole – lnu i jeszcze kilku innych produktów), przeznaczoną na eksport. Eksport ten bywał przymusowy i nierównoprawny, stanowiąc np. w Imperium Rzymskim w dużym stopniu rodzaj daniny opłacanej obcemu państwu. Kiedy tak się nie działo, pozwalał na finansowanie gigantycznych budowli i ekspansji terytorialnej własnego państwa. Zawsze jednak pozwalał istnieć w Egipcie stosunkowo dużym miastom (takim jak grecka Aleksandria, czy czysto egipskie Teby), z licznymi rzemieślnikami, w dużym stopniu zajętymi „produkcją“ która żadnych materialnych potrzeb ludności nie zaspokajała: bo najpotężniejszym przemysłem w Egipcie, jak wszyscy wiedzą, był przemysł pogrzebowy…

Egipt współczesny, jak podaje Wikipedia, liczy prawie 80 milionów mieszkańców. Importuje przy tym ogromną większość produków rolnych: poza bawełną, której przemysłową uprawę wprowadzili tam francuscy doradcy kedywów Egiptu na jakieś 30 lat przedtem, nim do Suezu trafili ojcowie Stasia i Nel.

Ilu mieszkańców liczył Egipt przed rewolucją neolityczną..?

Jakim sposobem liczba jego ludności była niemal stała przez 6000 lat?

Dlaczego teraz mogła, w ciągu półtora stulecia wzrosnąć niemal ośmiokrotnie i rośnie nadal?

Czy jakość życia i liczba żyjących koniecznie muszą pozostawać ze sobą w sprzeczności?

Czy jedynym sposobem utrzymania na przyszłość wysokiej jakości życia jest kontrola urodzin i czy bez takiej kontroli dzieci obecnie żyjących Egipcjan popadną w nędzę?

To są wszystko pytania pomocnicze, na które trzeba sobie odpowiedzieć, zanim powrócimy do wyżej podanych tez pana Wojciecha.

Mieszkańcy Egiptu, nim nauczyli się uprawiać pszenicę już spożywali wiele ziarna. U końca ostatniego zlodowacenia obecną Saharę pokrywała sawanna, na której można było zbierać ziarna dziko rosnących zbóż – i był to najłatwiejszy sposób zdobycia pokarmu. Na pewno o wiele łatwiejszy niż polowanie na nosorożce, słonie i antylopy. Po łowcach – zbieraczach z tamtego okresu pozostały wypełnione zebranym ziarnem jamy w ziemi: pierwsze spichlerze.

Oczywiście wydajność takiej zbierackiej gospodarki jest mimo wszystko niewielka i liczba ludności Egiptu przed rewolucją neolityczną była bardzo mała. Bagnisty brzeg rzeki, gdzie można było – ryzykując spotkanie z krokodylem – co najwyżej ryby łowić, nie był zresztą wtedy tak bogatym w pokarm środowiskiem jak suchsza sawanna w miejscu obecnej pustyni.

Jest całkiem prawdopodobne, że dość gwałtowne pustynnienie sawanny, do jakiego doszło ok. 10.000 lat temu zmusiło jej pierwotnych mieszkańców aby chcąc nie chcąc porzucili dotychczasowy tryb życia i skupili się w pobliżu wody. Tam zaś, aby uzyskać ziarno, które w sposób naturalny na bagnach nie rosło, siłą rzeczy trzeba się było wziąć za rolnictwo.

Pszenica co prawda nie jest zbożem rodzimym dla Egiptu. Stąd też zwykle przyjmuje się, że wyhodowano ją, krzyżując kilka gatunków dzikiego zboża, u podnóża Kaukazu, na dnie obecnego Morza Czarnego, gdzie przed zalaniem tego terytorium przez słone wody podnoszącego się na skutek topnienia lodowców oceanu było zlewisko słodkiej, polodowcowej wody (takie stadium rozwoju – słodkiego jeziora polodowcowego, przeszedł też i Bałtyk, do tej pory o wiele mniej zasolony niż Morze Północne, które się do niego całkiem niedawno wlało). Ci pierwsi rolnicy ulegli rozproszeniu po katastrofie jaka ich spotkała, kiedy Morze Śródziemne przerwało się przez Bosfor (być może po jakimś trzęsieniu ziemi?) – i roznieśli technikę uprawy zboża wraz z nasionami pszenicy po całym Bliskim Wschodzie (co najmniej).

Czy było tak właśnie, czy zgoła całkiem inaczej – to na pewno rację ma Stanisław Lem, który w „Golemie XIV“ bodajże napisał, że nie robiono w paleolicie seminariów, czy neolit wprowadzić. Ludzie starali się przetrwać. I pozyskać tyle żywności, ile się dało. Możemy to przyjąć za regułę ogólną: ludzie (w ogólności) wykorzystują wszystkie, bez wyjątku, dostępne im strategie przetrwania.

W sytuacji, kiedy brak jest zasobów dla zwiększenia produkcji żywności, pojawiają się naturalne mechanizmy ograniczające przyrost ludności: głód, wojna, choroby i zaraza.

To daje nam odpowiedzi na dwa pierwsze pytania pomocnicze, a jużeśmy przy okazji nieco naświetlili i chyba w inny sposób, niż to pan Wojciech przyjmował, początki rolnictwa. Idziemy więc dalej.

Wykorzystywanie wszystkich możliwych strategii przetrwania oznacza m.in. i to, że ludzie w praktyce nie czynią rozróżnienia pomiędzy osiadłym rolnictwem (z nawadnianiem czy bez nawadniania), koczowniczym pasterstwem i łowiectwem – tylko stosują wszystkie te strategie naraz po to, aby uzyskać z dostępnego im środowiska maksimum żywności i innych dóbr. Aczkolwiek, rzecz jasna, różne społeczności różnym prestiżem darzyły te zajęcia.

Klasyczny przypadek połączenia różnych strategii przetrwania, to styl życia Turkmenów przed podbojem rosyjskim w końcu XIX wieku. Pozwolę sobie zacytować własną pracę (po)dyplomową: Wszystkie plemiona turkmeńskie prowadziły równocześnie oba te (gdzie indziej uważane za wzajemnie się wykluczające i prowokujące do konfliktu) sposoby gospodarowania. Koczownictwo, związane z posiadaniem stad bydła, owiec i wielbłądów, cieszyło się jednak wyższym prestiżem i było oznaką bogactwa. Stąd też, wraz ze zmiennymi kolejami losu, te same rodziny, a nawet te same jednostki, raz były osiadłymi rolnikami – ogrodnikami, z pieczołowitością dbającymi o skomplikowany system nawadniający i uprawiającymi sorgo, pszenicę, lucernę, arbuzy, dynie, bawełnę, tytoń, morele, brzoskwienie i winorośl, a raz – wędrującymi co pół roku z miejsca na miejsce pasterzami stad wielbłądów, owiec, bydła i koni.

Te same rodziny i te same osoby uprawiały też, stosunkowo wysoko cenione w handlu z okolicznymi ludami, rzemiosło: kobiety tkały dywany i kobierce oraz wyszywały i haftowały jedwabne, bawałniane i wełniane (z wielbłądziej wełny) tkaniny. Mężczyźni słynęli przede wszystkim jako znakomici płatnerze, wyrabiający poszukiwane w całej Azji Środkowej rodzaje broni białej. Cenione było także turkmeńskie garncarstwo i sztuka zdobnicza.

Pan Wojciech wielokrotnie podkreślał w postach na swoim blogu, że gleba jest zasobem nieodnawialnym i eksploatowanym nadmiernie przez tradycyjne, tj. oparte na monokulturowej uprawie zbóż przy użyciu orki i nawozów sztucznych rolnictwo.

Mam co do tego wątpliwości.

Problem nadmiernej eksploatacji gleby, a zwłaszcza jej zasolenia na skutek nieudanych eskperymentów z nawodnieniem pojawił się w dziejach wielokrotnie: w Mezopotamii, o której sam autor pisał. W Azji Środkowej, gdzie stalinowskie jeszcze projekty (Kanał Karakumski przede wszystkim), doprowadziły do prawdziej katastrofy.

Prawdopodobnie także na Jukatanie, gdzie oparte na wypalaniu dżungli, kopieniacze rolnictwo Majów upadło pod ciężarem rosnącej liczby ludności, dla której nie stało już nowej ziemi. Być może na Wyspie Wielkanocnej.

Z koniecznością odnowienia żyzności gleby nie musieli się borykać Egipcjanie. Robił to dla nich za darmo Nil.

Problem taki pojawił się jednak w mniej szczęśliwych krajach Europy. Już w starożytności eksperymentowano i z okresowym ugorowaniem pól – z czego w średniowieczu powstała trójpolówka, o której już pisałem; i ze stosowaniem roślin motylkowych, w tym przypadku – koniczyny aleksandryjskiej. Wykorzystanie roślin motylkowych, wiążących azot atmosferyczny, pozwoliło w wieku XVIII na Wyspach Brytyjskich wypraktykować, a potem opracować teoretycznie nowy model rolnictwa: płodozmian.

Płodozmian jest rozwiązaniem z niewielkimi tylko udoskonaleniami stosowanym przez większość moich sąsiadów. Mało kogo bowiem stać na nawozy sztuczne. Podstawą nawożenia pól jest obornik – jak w XVIII i XIX wieku. Dlatego w tej chwili wrażenia zapachowe w okolicy naszej posiadłości nie są zbyt porywające J. Aby uzyskać wystarczające ilości obornika, konieczny jest alkierzowy chów zwierząt – krowy muszą stać w oborze, a świnie w chlewie: przynajmniej zimą. Wcześniej pasły się na wspólnotowych pastwiskach i lasach, a zimą ogrzewały swoich właścicieli. Musi ich też być odpowiednio wiele – o wiele więcej, niż w trójpolówce. Konieczna jest głębsza orka – właśnie po to, aby wprowadzić do gleby obornik oraz szczątki roślin motylkowych uprawianych jako międzyplony. Dlatego miejsce wołów w XIX wieku zajęły konie: szybsze i silniejsze. Pod koniec XIX wieku pojawiły się pierwsze ciągniki, zrazu parowe. Dla kontroli poziomu wody stosuje się zadrzewienia śródpolne (słynne są te, które generał Dezydery Chłapowski w swoich majątkach zaprowadził, dziś to rezerwat przyrody), a gdzie trzeba: kanały odwadniające lub nawadniające.

Płodozmian żywił mieszkańców Polski gdy było ich już ponad 30 milionów i nie ma żadnych zasadniczych powodów, dla których nawet pozbawiony maszyn i ciągników, nie miałby ich wyżywić 40, czy nawet 50 milionów (gdyby tylko w porę zapewnić wystarczającą ilość sprzężaju: zmiana, jaka zachodzi obecnie polega na tym, że im więcej stosuje się nawozów sztucznych, tym mniej trzeba trzymać zwierząt produkujących obornik; coraz mniej zatem jest na wsi świń, krów i – całkiem już zbędnych – koni). Oczywiście, istnieje tu jakaś naturalna granica, ale myśmy się do niej nigdy w historii nawet nie zbliżyli. Ostatnie wojny, które nas trzebiły nie wybuchły z głodu. Ostatni spadek płodności, który nas dotknął, nie jest wynikiem samoograniczenia zamkniętej społeczności rolnej pozbawionej możliwości pozyskania nowych zasobów (taki przypadek znam tylko jeden: Japonia za Tokugawów, od początku XVII do połowy XIX w, w okresie „Zamkniętego Kraju“ sakoku: i chłopi i samuraje ograniczali wówczas swoją plenność – najczęściej zabijając niemowlęta – bo nie mogli liczyć na uzyskanie nowej ziemi czy znaczący wzost wydajności produkcji, a bali się nędzy…), tylko skutkiem szalonego systemu emerytalnego i dobrobytu, który potrzebę posiadania potomstwa ogranicza na rzecz potrzeby posiadania nowego mieszkania czy samochodu.

Płodozmian, który w połowie XIX wieku spowodował – wraz z zagospodarowaniem prerii amerykańskich i stepów południowej Rosji – ogromny wzrost produkcji żywności w krajach klimatu umiarkowanego umożliwił wzrost liczby ludności Egiptu i innych krajów importujących żywność ponad jej dotychczasowe limity. Nie widać na razie granicy tego wzrostu.

Wzrost cen ropy naftowej, czy nawet wyczerpanie się tego surowca (gdyby z jakichś niemożliwych w tej chwili do wyobrażenia powodów, miało się to stać nagle) mógłby być problemem tylko do momentu odtworzenia ograniczonej obecnie populacji zwierząt gospodarczych dla produkcji obornika i sprzężaju. Oczywiście, rolnictwo oparte na płodozmianie „w stanie czystym“, a więc bez tych dodatków, które dała mu „zielona rewolucja“ lat 70. XX wieku, czyli bez środków ochrony roślin i bez nawozów sztucznych innych niż kreda czy np. chilijskie guano, wymagałoby też powrotu do o wiele mniej towarowych, bardziej zróżnicowanych gospodarstw (spora część ich własnej produkcji roślinnej musiałaby pójść na wykarmienie dodatkowych, niezbędnych zwierząt), konieczne byłoby zagospodarowanie o wiele większego areału (np. na opuszczonej w tej chwili Ukrainie) i użycie o wiele więcej siły roboczej. Druh mój serdeczny Radek by tego nie przetrwał. Podobnie jak wylęgarnia kurcząt w pobliskim Niedabylu, gdzie się dwie nowe hale właśnie kończą. I jak wszystkie te koncerny, których pan Wojciech tak nie lubi. Jest też dość wątpliwe, czy nadal moglibyśmy po tak niskich cenach kupować zielone banany, papaje i inne egzotyczne przysmaki. W żadnym razie jednak nie zabrakłoby nam kartofli czy wieprzowiny!

Jak już napisałem powyżej, znam tylko jeden przypadek masowego, świadomego ograniczania plenności z obawy przed brakiem środków do życia – Japonię w okresie panowania rodu Tokugawa. Jest to przypadek bardzo specyficzny.

Ograniczanie plenności zdarza się podobno i wśród ludów zbieracko – łowieckich. Słyszałem o jakimś południowoamerykańskim plemieniu Indian, gdzie rodziny mają co najwyżej dwoje dzieci – bo więcej nie da się unieść w razie potrzeby nagłej ucieczki. To chyba jednak tylko anegdota. Zwykle taki tryb życia powoduje na tyle dużą śmiertelność i dzieci i dorosłych, że częściej brak jest rąk do pracy (tj. do zbierania), niż nadmiar gąb do wyżywienia. Co, moim zdaniem, całkowicie wyjaśnia krzepę łowców – zbieraczy. Pisałem już o tym, ale chyba nie zostałem zrozumiany: łowcy – zbieracze wcale nie muszą zrzucać „nieudanych“ niemowląt ze skały, czy porzucać na pustyni. Jak będzie za słabe, żeby w tych warunkach przetrwać – a są to warunki wymagające skrajnie dobrej kondycji, przypominające obóz survivalu albo trening dla komandosów przecież! – padnie samo i nic się na to nie da poradzić. Wieku dojrzałego dożywają tylko najzdrowsi i tylko oni mają potomstwo – więc się, siłą rzeczy, tylko najlepsze genotypy rozmnażają. Jest to sytuacja dużej presji selekcyjnej środowiska na populację: taka sama, jak w populacji dzikich zwierząt, które też przecież zdrowe są na ogół i krzepkie.

Czy jest to życie „wysokiej jakości“? Cóż: życie Kozaków zaporoskich, o których tak się rozpisałem wczoraj, też było, pod pewnymi względami, życiem „wysokiej jakości“. Mieli dużo przygód. Poznawali ciekawe miejsca i ludzi. Zabijali ich lub sami dawali się zabić.

Niestety – o czym napiszę jeszcze kiedyś więcej: ogromna większość ludzi preferuje spokój i bezpieczeństwo. Nawet za cenę reumatyzmu czy choroby wieńcowej.

Plenność populacji ludzkiej pozostaje przy tym w pewnym stosunku do tego poczucia bezpieczeństwa. Podobnie zresztą jak u dzikich zwierząt: po ciężkiej zimie, takiej jak ostatnia, dziki i zające mają kilka razy więcej młodych niż normalnie. Populacja odbudowuje się w ten sposób po stratach, jakie poniosła.

Im większy dobrobyt, tym mniej ludzie mają dzieci. Takie zjawisko wystąpiło już u starożytnych Rzymian (co prawda, niektórzy wiążą je z bezpłodnością spowodowaną działaniem tlenku ołowiu rozpuszczonego w doprowadzanej do Rzymu akweduktami wodzie…). Obecnie potęgują je absurdalne systemy emerytalne oparte na zasadzie „umowy pokoleń“.


Wcale nie trzeba ograniczać sztucznie płodności Arabów, Hindusów, Turków czy Pakistańczyków (nazwijmy rzeczy po imieniu!). Wystarczy dać im się wzbogacić. Co oczywiście stworzyłoby zupełnie nowy obraz świata – a właściwie, odtworzyłoby te jego proporcje, które istniały przez tysiąclecia, kiedy to tam było centrum cywilizacji, a u nas, czyli na „białej północy“: zapadła dzicz i peryferia. Nie musi się nam to wcale podobać. Jednak, akcja wywołuje reakcję, a wahadło wychylone w jedną stronę, musi przechylić się w drugą. Rewolucja przemysłowa zakłóciła równowagę sił na świecie. Jej upowszechnienie i przeniesienie większości produkcji przemysłowej, a i części umysłowej (hinduscy programiści!) z powrotem na Południe, na razie tylko przywraca stan poprzedni. Aby zaistniała jakaś nowa, trwała równowaga, powinniśmy jeszcze przejść po drodze przez przeciwne ekstremum. O czym może – innym razem…

16 komentarzy:

  1. Oj to będzie wymagało całego wpisu polemiki:) Nie mniej bardzo ciekawy artykuł.

    OdpowiedzUsuń
  2. W sumie zgoda choc mam pare uwag.

    1.O ile rewolucja rolnicza pewnie przebiegala jak Pan to przedstawia to calkiem mozliwe iz do NIEKTORYCH regionow rolnictwo zostalo "przyniesione na bagnetach".Jak sam Pan zauwazyl spoleczenstwa rolnicze ze wzgledu na wieksza wydajnosc producji zywnosci sa znacznie liczniejsze niz spolecznosci zbieraczy wiec mozemy sobie wyobrazic iz pewne regiony swiata zostaly "zalane" fala kolonizacji rolniczej ktora zniszczyla lub wchlonela miejscowe spolecznosci zbieraczy jako ludnosc poddana(wlasciwe to mniej wiecej tak to wygladalo na preriach Dzikiego Zachodu i chyba czesciowo w Rosji).Tak wiec w NIEKTORYCH regionach swiata rolnictwo moglo zostac "narzucone z gory".Ale to w sumie watek poboczny rewolucji rolniczej.
    2.Zdaje sie jednak iz hierarchizacja w spoleczenstwach rolniczych jest znacznie wieksza niz w spolecznosciach lowcow-zbieraczy.Wynika to oczywiscie ze wzrostu stopnia skomplikowania gospodarki ktora ktos musi zarzadzac.A hierarchizacja najczesciej oznacza jakis tam aparat przymusu.
    3.Co do poziomu zdrowotnosci to mozna roznie na to patrzec.Wyrazny wzrost liczebnosci populacji po przejsciu na rolnictwo swiadczy o tym iz poziom zdrowotnosci i komfortu zycia WZROSL(tu zgoda)ale byly tez i minusy.Najogolniej mowiac wiele chorob ma pochodzenie odzwierzece-z tego co czytalem analiza szkieletow wskazuje iz lowcy-zbieracze ktorzy mieli ograniczona stycznosc ze zwierzetami bardzo rzadko chorowali a glowne ich problemy zdrowotne to byly roznego rodzaju rany i zlamania.Natomiast u rolnikow zlamania i inne rany byly znacznie rzadsze(bezpieczniejsze srodowisko zycia)ale za to na duza skale pojawily sie choroby(liczne slady na szkieletach)-mozna powiedziec ze epidemie zaczely sie wraz z przejsciem na rolnictwo.Jednak ZGODZE sie z Panska teza iz ogolnie poziom zycia po przejsciu na rolnictwo WZROSL-slady na szkieletach wskazuja na przyklad na zwiekszenie sie sredniej dlugosci zycia.W sumie zdaje sie iz jak Pan to stwierdzil w spolecznosci zbieraczy przezywaly glownie bardzo silne jednostki(stad sluszny wzrost i postura)podczas gdy w MNIEJ wymagajacym swiecie rolnikow(po prostu nieco bezpieczniejszym i nieco wygodniejszym)mogly takze przezyc jednostki slabsze(nizsze i nie tak silne fizycznie).W gruncie rzeczy byla to zmiana KORZYSTNA.Zreszta ktos gdzies kiedys probowal to oszacowac i zdaje sie ze(to oczywiscie SZACUNKI)przekladajac to na wspoleczesny wskaznik jakim jest PKB to podczas rewolucji rolniczej nastapil trzykrotny wzrost owego "PKB".

    P.S.Ciekawy byl jeden z poprzednich wpisow o Kozakach-zawsze mnie ten temat fascynowal-w sumie sam nie wiem dlaczego.Rzeczywiscie temat dla Holywood swietny ale niestety jestesmy peryferiami ktorych historia dla globalnego widza jest nieistotna.Mozna by probowac to zmienic ale nasza kinematografia NIE ma takich ambicji.

    OdpowiedzUsuń
  3. Panie Wojciechu,

    Czuję się zaszczycony, że udało mi się Pana zapłodnić (intelektualnie) i czekam z niecierpliwością.

    Panie Piotrze,

    Ad1) Jak najbardziej tak. Rolnictwo było zaprowadzane siłą. Właśnie po to pisałem poprzednio o Kozakach i Tatarach: społecznościach łowiecko - zbierackich (fakt, że przy okazji pasożytujących - każda na swój sposób - na osiadłych rolnikach), które zostały brutalną siłą militarną zlikwidowane po to, żeby mogli ich miejsce zająć rolnicy.

    Ad2) Równie bezwzględnie tak. Hierarchia społeczna o trwałych charakterze nie jest możliwa bez rolnictwa. Po prostu w gopodarce łowiecko - zbierackiej brak jest nadwyżek, które mogłyby "wyżywić" osoby nieproduktywne: czy to specjalistów, którzy sami na produkcję żywności nie mają już czasu, czy też właśnie - jakąś władzę. Przykład Tatarów i Kozaków znowu aktualny: zasobów własnych starczało im na gołe przeżycie, żeby ich społeczność miała jakąś bardziej skomplikowaną strukturę (chanat u Tatarów, władza hetmańska u Kozaków), konieczne było istnienie osiadłych rolników do łupienia lub porywania i sprzedawania na targu....

    Ad3) Przejście do rolnictwa jest korzystne, jeżeli patrzymy z punktu widzenia słabszych i upośledzonych. Niezależnie od faktu, że ten sam proces umożliwił też istnienie podziału na słabszych i silniejszych oraz wyzyskujących i wyzyskiwanych. Po prostu ci słabsi i upośledzeni, gdyby nie rolnictwo, w ogóle by nie zaistnieli. Nie urodziliby się. A jeśli nawet by się urodzili, to zaraz by pomarli. Jeśli więc zakładamy, że życie jest czymś dobrym... Natomiast z punktu widzenia jakiegoś zaciekłego rasisty - populacjonisty, to katastrofa: selekcja naturalna przestała działać, ludzkość ulega degeneracji... Co też jest prawdą. W pewnym sensie.

    O Kozakach odrębnie pod Kozakami odpisałem.

    OdpowiedzUsuń
  4. Najpierw cytat: "Wystarczy dać im się wzbogacić. Co oczywiście stworzyłoby zupełnie nowy obraz świata – a właściwie, odtworzyłoby te jego proporcje, które istniały przez tysiąclecia, kiedy to tam było centrum cywilizacji, a u nas, czyli na „białej północy“: zapadła dzicz i peryferia" - aż przykro czytać takie lewackie komentarze - Europa z racji swojego klimatu późno pojawiła się na arenie dziejów ale od początku wykazywała ślady dużej innowacyjności. Cywilizacja pojawiła się w Indiach wraz z przyjściem Drawidów (przybyli z Bliskiego Wschodu i byli rasy białej odmiany śródziemnomorskiej) oraz później Ariów (przybyli ze stepów Ukrainy, rasa nordycka). Nie przesadzałbym też z tymi przereklamowanymi "hinduskimi informatykami". Przez olbrzymią większość historii Południe było totalnie zacofane - dziś jest podobnie i raczej nigdy się to nie zmieni - reszta to tylko wyobraźnia lewaków...

    OdpowiedzUsuń
  5. Drogi Panie Anonimowy: samyś Pan lewak, tyle że ze szkoły tow. Adolfa H. i tyle. Rasizm jest wyjątkowo prymitywną wizją świata i jako taki odpowiada wyłącznie najtępszym umysłom...

    OdpowiedzUsuń
  6. Czy to się komuś podoba, czy nie, nauka jako sposób poznawania i przekształcania
    świata (dodajmy, że sposób jak dotąd najdoskonalszy) narodziła się w Europie i bez cienia przesady można uznać, że ponad 95% osiągnięć naukowych jest dziełem ludzi Zachodu. Śmiech wzbudzają twierdzenia, że państwa Azji, Afryki czy Ameryki Południowej
    popadły w nędzę z powodu Europejczyków. Jest to wygodne wytłumaczenie serwowane tamtejszym społeczeństwom przez ich skorumpowane, niezdolne do reform elity. Kraje te były
    pogrążone w nędzy, takimi pozostały i nawet gdyby Zachód wpompował w nie cały swój
    kapitał, po dziesięciu latach do swojej nędzy by powróciły.
    Zamiast pisać bzdury o "dzikiej białej północy" proszę poczytać o europejskich megalitach (np Stonehenge) o osiągnięciach w rolnictwie, hodowli, ceramice, włókiennictwie itp - europejska kultura od najdawniejszych czasów stała na wysokim poziomie (ale z powodu bardzo małej liczby mieszkańców nie miała większej siły oddziaływania).
    Warto też zwrócić uwagę jakiego pochodzenia byli Ariowie, Persowie i Tocharowie którzy odegrali na wschodzie olbrzymią rolę cywilizacyjną

    OdpowiedzUsuń
  7. Panie Anonimowy. W ogóle nie zrozumiał Pan, o czym pisałem w komentowanym tekście. Początek "przeganiania" przez Europę reszty świata na ogół datuje się od roku 1500 - przy czym proces ten nie osiągnął swojej pełni przed rokiem 1800. W tej chwili, na naszych oczach, trwa proces odwrotny. Czyli powrót do stanu naturalnego, jakim jest w miarę równomierne rozłożenie bogactwa i dobrobytu w skali całej planety. W skali czasu jaka tu była brana pod uwagę, czyli od rewolucji neolitycznej, to jest w ogóle nie warta wzmianki aberracja. Obawiam się, że jeśli Pańska rzekoma wiedza dalej będzie służyła podsycaniu Pana niskich przesądów, to niewiele się Pan nauczy, a rozmowa z Panem jest czystą stratą czasu...

    OdpowiedzUsuń
  8. @Anonimowy

    Tak na szybko przychodzi mi do głowy kilka wynalazków niebiałych - papier, proch. Wraz z wzrostem bogactwa może wzrastać ilość osób "zajmujących się" wynalazkami - przedsiębiorców, naukowców itp.

    Trudno oczekiwać, że w kraju w którym większość ludzi z trudem zaspokaja głód pojawiło się mnóstwo osób które będą zajmować się fizyką jądrową czy astronomią.

    Indie czy Chiny przez ostatnie trzydzieści lat dokonały wielkiego skoku ekonomicznego a co się z tym wiąże ich wkład w rozwój nauki będzie również rósł.

    OdpowiedzUsuń
  9. Za gazetą wyborczą (Złudny urok chińskiej potęgi - wywiad z Guyem Sormanem; 2006-07-07): Chiny ani nie są nowe na mapie, ani tak potężne, jak byśmy chcieli sobie wyobrażać. Chiny jako potęga to mit, a oszołamiające liczby dotyczące wzrostu są po prostu nieprawdziwe...Jeżeli
    spojrzy się na Chiny, gdzie około miliarda ludzi żyje na wsi i na wsi wzrost gospodarczy jest zerowy...Tam Chiny bardziej przypominają Afrykę...Wzrost jest skoncentrowany w fabrykach, które pracują na potrzeby rynku światowego. To jest bardzo prosty model rozwojowy: budujemy fabryki, które tanio produkują na potrzeby rynku światowego. Płace są pod kontrolą - bo chętnych do pracy mamy około miliarda. Nie ma związków zawodowych, nie ma niezależnych organizacji. Możemy tanio produkować. Taki model jest łatwo realizować i osiągnąć. Chiny jako potęga? To mit... spójrzmy na to, za jakie pieniądze ten cud gospodarczy i cud rozwoju jest osiągany. Właśnie za pieniądze zachodnich banków, inwestorów...Uproszczeniem jest twierdzenie wyznawane przez inwestorów, że kiedyś Chiny na pewno będą potężnym, bogatym rynkiem. To prawda, że chińskie uniwersytety wypuszczają co roku 100 tys. inżynierów. To prawda, że Chiny inwestują w technologie, ale te działania to na razie obietnice. Inżynierowie mogą - ale nie muszą - przyczynić się do wzrostu innowacyjności. Inwestycje w technologie też nie od razu przekładają się na nowoczesne produkty. Do tego potrzeba czasu, doświadczenia. Jestem sceptyczny wobec chińskich innowacji...Japonia i Korea faktycznie zbudowały potęgi na kopiowaniu i taniej produkcji na potrzeby Zachodu. Ale tu podobieństwa z Chinami się kończą. Japonia i
    Korea musiały po pewnym czasie unowocześniać swoje gospodarki nie dlatego, że tak chcieli ekonomiści. Tania siła robocza w ich przypadku w pewnym momencie się kończyła. W Chinach tak nie będzie, bo zasoby bardzo taniej siły roboczej są nieograniczone. A poza tym konkurencja w Chinach nie wymaga od przedsiębiorców, by wprowadzali innowacje. Dziś zarabiają krocie, więc po co zmieniać system?...Chiny to kolos na glinianych nogach, jeśli chodzi o Indie to jest jeszcze gorzej - jest to właściwie kraj będący pod wieloma względami na poziomie afryki subsaharyjskiej czyli TOTALNEGO zera i dna...skąd więc u Pana hurra optymizm i pewność że bogactwo i wielkość wraca do Azji ??? Orient zawsze stał despotyzmem i straszliwą biedą olbrzymich mas ludzkich - w dostatku żyła tam tylko arystokracja i tak jest do dzisiaj...kolejnym problemem jest powolne wyczerpywanie się zasobów ropy naftowej (peak oil) chiny i indie zaczynają bardzo niemrawo się rozwijać podczas gdy połowa zasobów ropy jest już wyczerpana a duża część reszty pod kontrolą USA

    OdpowiedzUsuń
  10. @Panie Wojtku

    Napiszę obszerniej o Chinach i Indiach, również a propos peak oil. Natomiast poglądy Pana Anonimowego na poważną dyskusję nie zasługują - bo są dziecinne, a ich źródło (przepraszam, ale kto to w ogóle jest Guy Sorman i co on ma wspólnego z Chinami..?), jest kuriozalne.

    OdpowiedzUsuń
  11. @ Anonimowy- cytowanie GW w kulturalnym towarzystwie- to nie wypada..
    @ boskawola Guy Sorman to całkiem poważny publicysta- socjolog i nawet liberalny (jak na francuskiego Żyda)

    Osiągnięcie szczytu populacji możliwego w danym ekosystemie ma jeszcze jeden skutek- prawie wszyscy funkcjonują na poziomie minimalnym dla utrzymania tej populacji- czyli mają do dyspozycji tylko tyle energii (w postaci żywności, ubrań, schronienia, opału) ile jest potrzebne do przeżycia i utrzymania 2.1 dziecka- czy ile tam wyniesie zastępowalność pokoleń. Nadmiar populacji to niedożywienie i choroby. A Europa obecnie większość energii przywozi, nie wywożąc prawie nic w zamian...
    I zdecydowanie się zgadzam z Autorem- świat powróci do opisanej równowagi. Z tymczasowym przegięciem na jeszcze większą niekorzyść naszego kontynentu.

    OdpowiedzUsuń
  12. @ Maczeta

    Oczywiście wiem, kto to jest Sorman. Ale kwestionuję jego kompetencję co do Chin. Szczegóły zresztą - w obiecanym wpisie, który już dziś popełniłem.

    OdpowiedzUsuń
  13. Przypomniało mi się jak to było z ilością dzieci u łowców-zbieraczy. Zwykle jedno dziecko między drugim było rodzone w odstępach około 3 lat (lub większych). Taki czas pozwalał na nauczenie się przez dziecko chodzić. By ten odstęp czasu zachować stosowano takie techniki jak przedłużona laktacja, różne ziółka i czasami dzieciobójstwo.
    Źródła w chwili obecnej nie podam, bo nie pamiętam.
    Tutaj link jednak do abstraktu badania opisujących mechanizm "niepłodności laktacyjnej" u !Kungów.
    http://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/7352291


    W wolnym czasie polecam uwadze ten artykuł Dimonda:
    http://virtual.yosemite.cc.ca.us/ottej/PDF/diamond.pdf

    OdpowiedzUsuń
  14. Artykuł w którym wskazują, że tylko 48% Kobiet !Kung dożywa do wieku reprodukcyjnego...
    http://foragers.wikidot.com/female-reproductive-adaptation

    OdpowiedzUsuń
  15. Jest to raczej zgodne z oczekiwaniami. Co istotne: w tym przypadku mamy coś na kształt połączenia selekcji naturalnej (bo słabsi, mniej uważni, czasem - mniej szczęśliwi, ale jak mawiał Talleyrand: "szczęście trzeba mieć!" - giną nim wydadzą na świat potomstwo) z eugeniką, a przynajmniej, z ograniczeniem płodności. Swoją drogą o chorobach, ziółkach i cywilizacji mam jeszcze do napisania na kanwie ostatnich spotkań ze staruszkami, tylko mnie trochę od tematu odrzuca...

    Jeszcze jedno! Z tym Egiptem to skłamałem. Potem doczytałem, że jednak ludność Egitpu zmieniała się w czasie w starożytności - rosnąc stopniowo ze szczytem mniej więcej na takim poziomie jaki podałem ok. II w. n.e. Potem było różnie, za czasów Napoleona na skutek zamulenia kanałów i ogólnej anarchii spadło do ok. 3 - 4 mln, jak za faraonów I Dynastii! Co też jest tematem do zupełnie osobnych rozważań.

    OdpowiedzUsuń
  16. Jakby kogoś z Czytelników interesowała dalsza część rozważań o łowca-zbieraczach i paleolitycznych przodkach to proszę w przyszłości sprawdzić tego linka:
    http://permakultura.net/2011/01/15/wygnani-z-raju/

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...