niedziela, 4 kwietnia 2010

Христос воскрес!

Piszę po rosyjsku, bo po grecku nie potrafię, a cyrylica jednak greckiemu oryginałowi bliższa, niż nasza na łacinie oparta grażdanka. Poza tym, przypomina mi to wyprawę po nasze dwie pierwsze achałtekińskie klacze w 2006 roku, kiedyśmy akurat podczas prawosławnej Wielkanocy przez Ukrainę przejeżdżali. Piękne to były czasy i piękna wyprawa!













Po Rezurekcji, a przed śniadaniem, obeszliśmy wszystkie nasze pola i powitaliśmy się ze wszystkimi naszymi zwierzakami. Łącznie z myszami, których zimowych pałaców ostatnie ślady na zdjęciu tuż powyżej widać, oraz z zajączkiem „kic… - kic… - kic…“ – nie mylić z jego kolegą/koleżanką „kic-kic-kic!“. Różnica w tempie poruszania się leży. Właściwie, to spotkaliśmy obu/oboje, ale tylko ten wolniejszy dał się na zdjęciu uchwycić. Szybszego, bez teleobiektywu złapać nie ma szans.


Z czynności rytualnych na dzisiaj przewidzianych, pozostało nam jeszcze, litewskim zwyczajem, zakopać na miedzy skorupki po spożytych na śniadanie jajkach. Dla zapewnienia urodzaju.

Konie całą noc spędziły na kawałeczku trawy, którą im wczoraj wygrodziliśmy. Do tego stopnia, że choć przywiozłem bardzo dobre siano specjalnie na przednówek, żeby sił nabrały, to wieczorem wyłożona kostka do tej pory leży pod wiatą nietknięta. Nawet chyba wody nie piły, bo wanna ciągle pełna. Rozwolnienia, jak to się zwykle dzieje z końmi w stajni trzymanymi, a pierwszy raz na zielonkę wypuszczonymi nie dostały, ale w bobkach na nowym pastwisku zostawionych nie strawione włókna trawy można zobaczyć – tak to łapczywie chłoną.






Temat do rozmyślań dla pana Wojciecha: jak poprawić opłacalność produkcji koniny po permakulturowemu..? Stan obecny jest taki, że mniej światli gospodarze, których jest większość, cały rok trzymają swoje konie uwiązane non stop w jakichś komórkach. Jest to oczywiście bardzo dla koni (a i dla koniny pewnie też) niezdrowe, a przy tym z pewnością nieekonomiczne: 100% paszy trzeba w takim przypadku podać koniowi do żłobu, zużywając czas, pracę i energię. Ci bardziej światli, jak nasz sołtys, w sezonie pastwiskowym pozwalają zwierzakom paść się samodzielnie na trawie, czym przez pół roku niewątpliwie dużo zaoszczędzają.

Konie jednak nie są zwierzętami dobrze wykorzystującymi pastwisko. Nawet mięsne „grubasy“ na tyle są ruchliwe, że więcej trawy depczą, niż zjadają. Przy tym, końskie odchody, jak widać na zdjęciach, choć nawozem na pewno są dobrym, rozkładają się bardzo powoli:

Te tutaj gromadziły się od sierpnia zeszłego roku. Po najstarszych zostały ślady w postacie „białej“ trawy, nadmiarem azotu wypalonej, najmłodsze, sprzed kilku tygodni są jeszcze w postaci najzupełniej pierwotnej, większość zaś, bynajmniej się jeszcze nie rozłożyła. Żadnego genialnego patentu na to nie ma. Kiedy ziemia jest jeszcze zmarznięta, można przejechać po tym włóką, to się przynajmniej w miarę równomiernie po całej powierzchni pastwiska rozwlecze i szybciej wchłonie – nie będzie też kęp bezpośrednio na kupach nawozu wyrosłej trawy, której konie jeść nie chcą. W tym roku jednak było zbyt śnieżnie, żeby włókę z powodzeniem stosować.

Powodem, dla którego większość gospodarzy woli podtykać swoimi koniom całą paszę pod nos i na trawę ich nie wypuszczać, jest właśnie chęć pozyskania nawozu. Cennego chociażby na truskawki czy do inspektów – bo co do pieczarek, to 98% uzyskuje się obecnie z przemysłowej hodowli na specjalnie preparowanym kurzaku. My zamierzamy na naszej pustyni, uprzednio leżące tam kupy nawozu wapnem budowlanym, już czekającym w workach posypawszy, trochę grzybni pieczarek rozsiać. Nawet nie po to, żeby grzyby uzyskać i sprzedawać – nie sądzę, abyśmy się ich wiele doczekali.

Raczej chodzi mi o to, żeby te kupy, zbyt grubą warstwą złożone (że płyty na obornik nie mamy jeszcze – zamierzam ją dopiero, możliwie jak najszybciej, zbudować – to trzeba to było wywozić bezpośrednio na „pustynię“ gdzie, z powodu wspomnianego już, obfitego śniegu, bardzo poruszanie się z taczką utrudniającego, nie było sposobu rozsypywać równomiernie, zwalałem więc jak leci, na kupę), szybciej się rozłożyły. Widać zresztą na pierwszym planie cieńszą warstwę nawozu, to ostatnio wywiezione na przyczepce. To by nawet można było już teraz przyorać i trawę posiać. Pomyślimy jeszcze, czy tak nie zrobić, bo w sumie – na co czekać?

Docelowo w tym miejscu ma być padok dla ogiera. Pewnie go zresztą otoczę żywopłotami, a jak na tym pastwisku i na pozostałych przetrwają zdziczałe (mam nadzieję!) pieczarki, to tym lepiej. Pieczarki ze Służewca, na roboczym torze wyrosłe, są o wiele smaczniejsze od wszelkich przemysłowo hodwanych i my byśmy się chętnie takich doczekali!

Jak wyglądała pustynia pierwotnie, zobaczyć jeszcze można po drugiej stronie drogi:


Fantazyjne są kolory i kształty tych porostów, prawda?

Żywopłot w pierwszej kolejności, tj. pewnie jesienią, chciałbym też posadzić wzdłuż tego płotu:

Specjalnie w tym celu, prawie rok temu płot ten budując, odsunąłem się od granicy o metr. 100 cm chyba wystarczy, żeby krzaczory posadzić, prawda? Jest to północna granica naszych działek, więc osłona przed wiatrem się przyda, a przy tym – konie przestaną się prześlizgiwać na wycieczki w chłopskie zboża po drugiej stronie drogi. Dobrych mam sąsiadów, że do tej pory nikt się na ten paskudny zwyczaj moich czworonogów nie skarżył!

Jak dobrze pójdzie, to może ten żywopłot pozwoli zrezygnować z dolnej poprzeczki płotu, na razie w stali nie wykonanej z braku środków jedynie. A jeśli pan Wojciech ma rację i da się sadzonki rokitnika gdzieś niedaleko po 50 gr sztuka kupić, będzie to pewnie tańsze niż dokupywanie rurek stalowych ¾ cala, których mi brak…


Przyznaję, żem trochę senny po śniadaniu. Kończę więc, pozostawiając Państwa na razie do popołudnia przynajmniej, w sytym, świątecznym spokoju! Истинно воскрес! Na sam tylko koniec, ślady Wielkiego Karczunku po sąsiedzku:



5 komentarzy:

  1. Chyba doszliśmy do wniosku, że intensywna produkcja koniny to nie jest dobre rozwiązanie:)

    Problem niezjadanych z powodu zapachu odchodów końskich traw można byłoby rozwiązać poprzez użycie innego gatunku roślinożercy. Z reguły odchody jednego gatunku roślinożerców nie przeszkadzają zupełnie drugiemu, nawet takie bardzo świeże.

    Pana pustynia to rzeczywiście na początkowym etapie sukcesji była :)

    Co do żywopłotu to polecam przeczytać ten mój wpis. Rokitnik rośnie dość wolno, zwłaszcza przez pierwsze 2-3 lata.
    Obszar w miarę chroniony przed wiatrem wynosi mniej więcej 8* wysokość żywopłotu.
    W tym linku więcej informacji i ciekawy filmik tematyczny.
    http://permakulturnik.blogspot.com/2010/02/zasady-projektowania-produktywnego.html

    Polecam zatem zrobić mieszankę: róża pomarszczona (dużo lepsza niż dzika), rokitnik, karagana syberyjska, tarnina, brzoza. Jeśli ma Pan dobre dojście to jeszcze oliwnika wąskolistnego i morwę białą.

    OdpowiedzUsuń
  2. Tak jeszcze się odniosę do Pana zdania
    "jak poprawić opłacalność produkcji koniny po permakulturowemu..?"

    W projektowaniu permakulturowym patrzy się na to jakie cele się chce osiągnąć z projektu. W Pana wypowiedzi można zrozumieć, że chodziłoby o zarabianie pieniędzy. Domyślam się również, że ma to być z końmi, bo takie są Pana preferencje.

    Teoretycznie błąd (z permakulturowego punktu widzenia) tego typu myślenia polega na tym, że z góry zakładamy, że dla pieniędzy będziemy produkować koninę. Dlatego, że założyliśmy z góry, że będziemy produkować mięso ograniczyliśmy sobie różne inne sposoby zarobkowania. Na koniach (preferencje) można inaczej zarobić (funkcja). Można jakiegoś rodzaju agroturystyka, wypożyczanie koni do bryczek mieszczuchom, wypożyczanie koni na godziny pod siodło, rozmnażanie koni wartościowych na sprzedaż, tresowanie koni (czy jak się to tam nazywa;)...

    W wielu przypadkach można zatem sprawić, że mimo niższej "wydajności z ha" można mieć bardzo dochodowy interes. W projektowaniu permakulturowym chodzi zresztą o sumę wszystkich "plonów" z ha a nie tylko jednego. Uroda krajobrazu czy kondycja sportowa konia to również taki "plon". W przypadku koni jak Pan pisze równie ważne co same konie są ich odchody...

    Inna sprawa, że większa produkcja =/= większy zysk... o czym klęski urodzaju świadczą najlepiej.

    OdpowiedzUsuń
  3. Witam. Bardzo dziękuję za rady w sprawie żywopłotu. Filmiku pewnie mi się raczej nie uda obejrzeć, ale tak czy inaczej, zrobię co się da! Inna sprawa, że nie ma pośpiechu: minie wiele lat, zanim tu cokolwiek zacznie planowany stan docelowy przypominać... Rokitnik o tyle mam sprawdzony, że dwa próbne egzemplarze, które w zeszłym tygodniu posadziłem (nie wiem jeszcze, czy się przyjęły, zobaczymy...), już wzbudziły w kobylęciu, mimo kolców, niejaką żarłoczność. Oczywiście: nie dałem!

    Mamy tu gorsze kawałki niż "pustynia": w dołach po wybieraniu żwiru.

    Co do produkcji koniny. Oczywiście, nie ma to nic wspólnego z tym, co sam robię. Właśnie jednak ostatnio spotkałem dwóch takich gospodarzy. Tak więc istnieje zarówno problem (braku opłacalności wynikającej ze zbyt dużych kosztów w stosunku do ceny mięsa), jak i zachęta: jeden z tych hodowców trzyma ograniczoną ilość koni mięsnych po to, żeby móc truskawki nawozić. Sam od (w tej chwili czeterech) koni uzyskuję przeciętnie dwie taczki czystego nawozu dziennie. Daje to, jak sądzę, niezłe perspektywy zarówno dla rekultywacji wszystkich naszych pustyń, jak i - w dalszej perspektywie - dla jakiegoś ogrodnictwa czy grzybiarstwa. 2 x 80 l x 365 dni = 58.400 l nawozu w ciągu roku! Oczywiście teoretycznie, bo z dużych padoków nie zbieram, więc za chwilę będzie tego o wiele mniej, latem - nic w ogóle. Ale, licząc razem ze ściółką, też przecież moczem zmoczoną, pewnie się to w skali roku zbilansuje. Poza tym, trawy starczy mi tu na 10 do 12 koni...

    Poza tym, konie są stosunkowo mało wybredne. Hoduje się je przecież w strefie półpustyń i pustyń i doskonale sobie tam radzą - w sytuacji, gdy nie radzi sobie bydło. Oczywiście, jest to wówczas hodowla bardzo ekstensywna, nie na skalę ogrodu i nie na skalę gęsto zaludnionej Wielkopolski, tylko na skalę setek hektarów stepu gdzieś w okolicy przez Boga i ludzi zapomnianej. Uzyskuje się w ten sposób mleko (bardzo zdrowe, o wiele bliższe ludzkiego niż krowie, wykorzystywane także do produkcji napojów rozrywkowych oraz w przemyśle kosmetycznym), mięso i skóry. A i turystów można powozić. Wydawać by się mogło, że w Polsce takich warunków nie ma... Ale czym są moje "pustynie" jak nie takim właśnie środowiskiem..? Mało takiej opuszczonej ziemi? Zniszczonej, bez gleby, często zanieczyszczonej... Tylko potrzeba jej trochę więcej, żeby i potrzebę ruchu u czterokopytnych móc zaspokoić...

    OdpowiedzUsuń
  4. Dla koni mięsnych dobre będą karagana i morwa - w suchej masie 18-19% białka będzie. Prawie tyle co lucerna! Minus to duża zawartość wody. Nie nadaje się zatem zbyt dobrze na kiszonki (nie mówiąc już nawet o sianie).

    Karagana syberyjska to jedna z roślin pogranicza tajgi i stepów. Konie zapewne ją zatem zjadały. Wikipedia (i inne źródła) podaje, że "Pochodzi ze wschodniej Azji: Syberii i Mandżurii."

    Można podawać bezpośrednio. Żywokost lekarski ma 21 - 30 procent białka w suchej masie jeśli ma dostatek azotu. Koniom można podawać po powiędnięciu (ze względu na włoski). Żywokost swoja drogą jest zdrowy dla koni. Sam nie ma za bardzo wymagań glebowych.

    Wykorzystywanie tych drzew paszowych jest bardzo polecane na ubogie gleby, bo w połączeniu z lichą trawą dają dobre przyrosty mięcha. I o to chodzi. Nawozić ich zbytnio nie trzeba bo to rośliny pionierskie. Dobrze zatem wpisują się w taktykę cięcia kosztów.

    Mleko kobyle to rzeczywiście ciekawa sprawa. Mam nadzieję, ze kiedyś spróbuję. Swoją drogą w wielu kulturach picie mleka uważane jest za coś obrzydliwego. Ciekawy jest ten świat!

    Zastanawia mnie czy jadł Pan koninę i czy zjadłby Pan koninę?

    OdpowiedzUsuń
  5. Konina to bardzo zdrowe i smaczne mięso. Jadłem. Teraz mnie nie bardzo stać, ale jeśli kiedyś będę miał okazję, na pewno zjem. I naprawdę nie mam nic przeciwko mięsnej hodowli. Z tym, że to jednak zupełnie inny rodzaj działalności: potrzebne są konie, które szybko przybierają na wadze, a nie takie, które szybko biegają. Na rzeź wysyła się przy tym roczne źrebięta. Im koń starszy, tym mniej przydatny jako pokarm. Tak więc z tym wysyłaniem do rzeźni wysłużonych koni rekreacyjnych, to jest częściowo mit: owszem, są tacy, którzy tak robią (jak koń jest chory ze starości, to czasem nie ma innego wyjścia, prawda..?), ale zwłoki takich koni, jeśli nie są wprost utylizowane, to nadają się co najwyżej na mączkę kostną, albo, w najlepszym razie, karmę dla psów.

    Problemem nie jest hodowanie koni na rzeź. Problemem jest brak tradycji w tym zakresie (cały ten biznes zaczął się w Polsce ledwo 30 - 40 lat temu!), która by jakieś sprawdzone i efektywne rozwiązania sama z siebie podpowiadała. A także brak infrastruktury: na pewno jest przegięciem transportowanie żywych koni do Włoch. Co jednak zrobić, jeśli w Polsce nie da się ich zabić i przerobić na takie salami, jakie Włochom smakuje..? Znajomy mego druha serdecznego Radka ma ubojnię. Pytany kiedyś wprost odpowiedział, że koni by nie przyjął, bo mu się personel zbuntuje... Radek zresztą, choć ma po temu doskonałe warunki i wszyscy mu to radzą, sam się na hodowlę mięsnych krów w miejsce nieopłacalnych mlecznych też nie przestawi, bo by mu ich żal było... Dobrzyśmy tu wszyscy, ludziom i zwierzętom życzliwi, no i dlatego biedne grubasy muszą w transporcie cierpieć...

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...