niedziela, 25 kwietnia 2010

320 dołków

Ponure lata osiemdziesiąte, których zapewne większość z Państwa, P.T. Czytelników tego bloga pamiętać, ze względu na wiek młodzieńczy nie może, dlatego m.in. były ponure, że cechowała je męcząca monotonnia. Na przykład każdego prawie wieczoru dziennik telewizyjny (był tylko jeden! To, co prawda, akurat niewielka różnica, bo i teraz we wszystkich jest mniej więcej to samo… Cóż: Partia może się zmieniać, ale przecież rewolucyjnej czujności nie traci i kontroli nad mediami nie odda!) zaczynał się od relacji z wojny w Libanie, bardzo dla nas wtedy egzotycznej – oraz obowiązkowo zawierał wzmiankę o protestach studentów, intelektualistów, robotników (niepotrzebne skreślić) niemieckich przeciw amerykańskim planom rozmieszczenia rakiet średniego zasięgu w Europie. Czy może krótkiego zasięgu? Nie pamiętam. Nie jest to istotne.

Jednocześnie te same ponure lata osiemdziesiąte dla bardzo wielu naszych rodaków były okresem nieustannej, nerwowej nieco, ale też i pełnej emocji krzątaniny. Kto mógł, bo miał paszport (a więc już z definicji należał do uprzywilejowanej mniejszości…), ruszał przynajmniej raz do roku już to starym, od wieków wypróbowanym szlakiem nad Bosfor, już to do o wiele bliższego Berlina Zachodniego, czy promem do Szwecji. W tych krainach dobrobytu i obfitości zamieniał dolary (posiadane oczywiście „nielegalnie“, bo uważcie Państwo, cały ten czas, aż do roku 1988 bodaj, obowiązywał dekret prezydenta RP z 2 września 1939 roku, o ile mnie pamięć nie myli, osobom prywatnym walorów dewizowych na czas wojny posiadać zabraniający…) i złoto na kożuchy, komputery, czy czego tam rodzimy, socjalistyczny przemysł wyprodukować nie był w stanie.

Kto nie mógł, bo do uprzywilejowanej mniejszości nie należał, przewoził ze wsi do miast „blondynki“ – też nielegalnie, bo wszak rynek mięsa surowo był reglamentowany. Albo chociaż wymieniał zakładowy przydział na wczasy pod gruszą na metr węgla na zimę od emerytowanego górnika… Jednym słowem: aktualny i popularny był polski przebój XX stulecia: „Kto handluje, ten żyje..!“

Cały ten przydługi może wstęp jest po to, abyście Państwo zrozumieli popularny wówczas dowcip apokaliptyczny: „Świat się kończy: Niemiec walczy o pokój, Żyd wojuje, Polak handluje…“

Oficjalna propaganda starała się rodakom ten handel obrzydzić, a skoro było to oczywiście niemożliwe, to przynajmniej: obrzydzić rodaków, handlem się zajmujących. Stąd pogardliwa konotacja wyrazu „handlarz“. Że niby musi to być osobnik zepsuty, podstępny i patrzący tylko, jak tu oszukać.

Doświadczenie potoczne temu stereotypowi przeczy. W ogromnej większości przypadków sprzedawca, czy to detaliczny, czy hurtowy, gotów jest ze skóry wyjść, żeby klienta zadowolić – dlatego, że chce mu nie jeden raz, a stale różne potrzebne dobra sprzedawać, ciężko na swoją zasłużoną marżę przy tym pracując. Pisałem tu już o panu z targowiska w Warce, od którego całą jesień kupowaliśmy warzywka. Czekamy teraz z niecierpliwością aż wróci na swoje stałe miejsce: bo na razie go nie ma, widać cały zapas, który miał, sprzedał. U innych warzywka bywają gorsze – na to trudno poradzić, nie każdy ma talent, miłość i pracowitość, żeby mu równie smaczna marchewka czy buraczki wyrosły. O tym jednak, żeby ktoś zepsute sprzedawał, czy na wadze oszukiwał – mowy być nie może. Tak się do tego przyzwyczailiśmy, że od dawna już nie sprawdzamy.

No i mam za swoje. Zapłaciłem wczoraj za pęczek 10 antonówek. 10 dołków wykopałem. Końskim nawozem je napełniłem. I co..? Idzie Lepsza Połowa z tymi antonówkami z pęczku odwiniętymi i woła z daleka. W pierwszej chwili pomyślałem, że dostaliśmy tych antonówek 11 i muszę jeszcze jeden dołek wykopać. Naprawdę. Wcale by mnie to nie zdziwiło. Zdziwiony jestem, że było ich tylko 8… Przecież ja tego człowieka co tydzień na targowisku widuję! Pretensji mieć oczywiście nie będę: nie udowodnię mu, że sam dwóch z pęczka nie wyrzuciłem, nie ma podstaw do kłótni. Ale niezależnie od tego, czy mnie oszukał, czy przez nieuwagę podał pęczek wcześniej napoczęty – nigdy już nic u niego nie kupię. Z ostrożności. I kto tu więcej stracił?

Na 8.00, żeby przed Mszą zdążyć, jestem umówiony u Radka, druha mego serdecznego, z jego bratem, na poszukiwanie řezački. Też dziwna historia: była już jedna, bardzo podobno dobra, w Czechach za pośrednictwem pewnego handlarza zadatkowana. Po czym handlarz zadzwonił, że Czesi się z transakcji wycofują. Miała być w zamian inna, już gorsza, ale i ta się rozwiała jak mgła poranna. Podobno zadatek pocztą do Radkowego brata wraca. Hmm… Może ten handlarz doszedł do wniosku, że drugi raz w życiu tego samego klienta i tak nie spotka i że w związku z tym moralność nie obowiązuje? Ale i to jest nielogiczne: nawet przecież w takim wypadku, na dobrej opinii zależeć mu powinno przede wszystkim. Nie na řezačkach przecież na chleb zarabia, tylko na dobrej opinii, bez której ani sprzedawać, ani kupować nikt u niego nie będzie…

Spróbuję coś do tych przygotowanych dołków wsadzić. Bodaj dębczaki z wysypiska śmieci przesadzę. Nie może się tak nawóz marnować!


Od jutra zaś, kopię dołki pod żywopłot. 320 dołków. Na początek. Drugie tyle trzeba będzie dosadzić, bo to na razie tylko pierwszy rząd, a i tak prawie dwa razy rzadszy, niż to jest zalecane. Pójdzie na to 100 karagan, 100 rokitników, po 50 buków i grabów (w dołku, gdzie lepsza ziemia i grząsko bywa) i 20 tarnin. Tarnina droga była, dlatego tak mało. Zastanawiam się, czy aby na drugi rząd nie dać po prostu brzózek. I to jeszcze w technologii, którą mi w swoim ogrodzie Ania zademonstrowała: tyczki na pomidory, z wierzbowych gałązek zrobione, przyjęły się i puściły pędy. Więc, może by te brzózki po prostu wtykać w ziemię, żadnych już dla nich dołków nie kopiąc..? Paliki osikowe, których używałem do wytyczenia sobie ogrodzeń piaszczystego padoku (Radek się śmieje, że i tak mi krzywo wyszło, po pijanemu musiałem te słupki betonem zalewać…), już się zielenią…

2 komentarze:

  1. Racja.

    Zawsze mnie to zastanawia, jak to jest, że sprzedawcy uważają ludzi za kretynów czy co?

    Ostatnio zakupiłem zioła w doniczce na targu. Kazałem zapakować mi między innymi miętę. Po przyjściu do domu okazało się, że mięty nie ma a jest coś... innego trudnego do zidentyfikowania. Wkurzyło mnie to, bo miałem ochotę na herbatkę ze świeżej mięty. Zamierzałem kupić jeszcze inne ziółka i zostawić u niej jeszcze z 20-30 zł. Po tym co zrobiła już do niej nie wrócę. Zamiast powiedzieć, że nie ma mięty, będzie w przyszłym tygodniu wcisnęła mi coś innego. "Zarobiła" w ten sposób 3 zł, tracąc reputację i potencjalny zarobek...

    Widzę, że wpływy permakulturowe w Boskiej Woli się pokazują. Cieszy mnie to :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Mięta u nas na szczęście sama z siebie rośnie. Jak tylko zrobi się trochę cieplej, czyli pewnie od środy, część z niej (podobnie jak poziomki z ujeżdżalni) przesadzimy na przygotowane wcześniej grządki. Akurat najobficiej różne ciekawe rośliny rosną koło hydroforni gdzie będę musiał tak, czy inaczej, trochę prac ziemnych przeprowadzić...

    Przyznam, Panie Wojciechu, że mnie na te roślinki wzięło! Atawizm po przodkach odziedziczony najwyraźniej... Mamy już dwa rokitniki, kilka tygodni temu posadzone: moja stara Dalia wlkp bardzo się nimi interesowała mimo, że kolczaste. Znakiem tego, będą te liście żarły. Czy się od tego odrobaczą: zobaczymy. Ma nadzieję, że nie zeżrą ich w całości zaraz po posadzeniu! W piątek, po przyjeździe z Czech, posadziłem też dwa kasztanowce jadalne, dwie świdośliwy, kilka oliwników (na żywopłot takich rozmiarów jak mój, za drogie - ale może da się je samodzielnie rozmnożyć..?) i jaśminowce, dla pięknego zapachu. Przyjęły się już orzechy laskowe, derenie białe i jadalne, pigwy i agresty. Morwy ciągle nie ożywają, może było na nie za zimno. Coś o tym wszystkim napiszę obszerniej, jak już skończymy i będzie wiadomo, co przeżyło, a co nie...

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...