piątek, 12 marca 2010

Worka brak (i prowadnicy…)

Wykonałem wczoraj na Wielkim Zwierzu po raz drugi od ustąpienia śniegów pełne kółko po trasie „do kamienia“. Przed śniegami, jeśli nawet robiliśmy tę trasę z braku czasu (bo krótka jest, a Zwierz na tyle był już w grudniu wytrenowany, że zwykle jeździliśmy rankami w o wiele dłuższe tereny), to kłusowaliśmy prawie połowę drogi, do nieużytku ciągnącego się za dróżką równoległą do naszej, potem na tymże nieużytku „z kamieniem“ (bo polodowcowy głaz leży pośrodku) galopowaliśmy i wracaliśmy stępem z przeciwnej strony naszych padoków, niż wyjechaliśmy. Oceniam, że cała ta trasa ma jakieś 2,5 do 3 km. Naprawdę nic takiego.

Powrót stępem zakładał przejście dróżką ciągnącą się w odległości jakichś 600 – 800 metrów od torów kolejowych, czyli mijając po lewej ręce naprawdę hardkorowe chaszcze (jedno bodaj uprawne poletko z tamtej strony jest, widok na przejeżdżający pociąg od czasu do czasu odsłaniając). Pełne rozmaitych śmieci.

Na samym początku tej dróżki ktoś nasadził na gałązkę sosny plastikową butelkę po wodzie mineralnej. Trochę trwało, nim Zwierz zaakceptował ten dziwny przedmiot. Kiedy to się już stało, mijał go i mija nadal całkowicie obojętnie.

Pod sam koniec naszej bezśnieżnej wolności podróżowania, przywiało na pobocze dróżki sizalowy worek. Z daleka układał się w kształt prosiaczka. Tak w nawiązaniu do wczorajszej opowieści.

Co ja się namęczyłem, żeby tego sizalowego prosiaczka minąć! Jak potem pokazywałem Lepszej Połowie, cała dróżka, a i kawałek pola, z przeciwnej strony przyległego (dobrze, że ludzie tu ludziom i zwierzętom życzliwi, a poza tym, ozimina to nie była, więc się żadna szkoda nie stała…), kopytami zwierza zryte były. Ale udało się. Po kilku przejazdach sizalowy prosiaczek druh nam był i przyjaciel, mogliśmy po nim deptać, krzaki wokół niego obgryzać, bez mrugnięcia okiem ani uchem go mijać… W przeciwieństwie na przykład do zapleśniałego, drewnianego daszku, który ktoś sobie postawił w rogu pola kawałek dalej, przy wielkiej kałuży (prawie zawsze pełnej wody – takie lokalne obniżenie terenu), ze sterczącym z niej kamieniem. Żaden z naszych koni tego ustrojstwa obojętnie nie mija, taką grozą, kopytnym tylko wiadomą, od niego bije!

Śniegi ustąpiły. Jakiś czas temu zdobyłem się na ten wysiłek, na Zwierza wsiadłem. Zwierz bez kondycji, za to chętny pobrykać, stępowaliśmy tylko, ale to nasze małe kółko „do kamienia“ stępem wtedy zrobiliśmy. I co się okazało? Worka brak! Nasz sizalowy prosiaczek – przyjaciel zniknął! Zwierz się płoszy. Ponosić chce..! Zwłaszcza, że to już kierunek do domu, o czym dobrze wie…

Ze strachem myślę o tym, co by było, gdybym tak na przykład zdjął butelkę z sosnowej gałązki..?


Poza tym, prowadnicę piły szlag wczoraj trafił. Jedna z karłowatych sosenek wygląda teraz bardzo głupio bez gałęzi, z samym tylko czubkiem, bo szlag trafił prowadnicę ostatecznie w połowie roboty, nim tę sosenkę bodaj powaliłem. Lepsza Połowa śmiała się ze mnie, że mi rżnięcie nie idzie, bo ciągle czegoś brak: a to łańcuchy tępe, a to olej do smarowania się kończy (jużeśmy i spożywczego, za Radka radą używali…), a to paliwo, a jak już wszystko jest, to leje albo śnieg pada. Wczoraj wszystko było, nie lało ani śnieg nie padał, a tu masz, prowadnica... Niby nic, prowadnica rzecz nabyta, ale nie pamiętam już, ile za nią, bodajże w październiku dawałem, a kaski wcale dużo w portfelu nie ma, do Warszawy zaś, po konkretniejsze pieniądze, jak nie pojechałem, tak dalej nie jadę, bo ciągle jeszcze, choć faktura już prawie trzy tygodnie temu zaakceptowana, nie przyszły…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...