sobota, 20 marca 2010

Wielki Karczunek

Puszcza Stromiecka, która gdzieś w naszych okolicach łagodnie i niezauważalnie przechodziła w ciągle istniejącą Puszczę Kozienicką, była jednym z wielu lesistych obszarów pogranicznych – w tym przypadku, broniących dostępu z Mazowsza, które się na Pilicy zaczynało, z pogranicznymi kasztelaniami w Warce i w Rawie, wgłąb Małopolski, dla której niżej położony, prawy brzeg rzeki nie był wystarczającą ochroną i dlatego swoje posterunki krakowski (a potem sandomierski) książę trzymał w odległości dnia drogi na południe. Już nad Radomką. W ten sposób takiemu np. Konradowi Mazowieckiemu, który się wielokrotnie o tron krakowski zbrojnie starał, trudniej było, przez gęsty, pierwotny bór się przedzierając, małopolską obronę zaskoczyć.

Mój przyjaciel Darek, który jest historykiem wojskowości wieku XVII, miałby wiele do opowiedzenia na temat trwałości takiego sposobu myślenia o obronie granic i jego konsekwencjach, dość czasem zaskakujących, dla tych nawet, co go sami zastosowali…

Parafię w Stromcu erygowano w 1241 roku. Nie sądzę co prawda, aby można to było zrobić specjalnie dla uciekinierów ze zniszczonego przez Tatarów Sandomierza. Za mało byłoby na to czasu. Więc osiedle ludzkie musiało tu istnieć już i wcześniej, a nie zostało przez nich dopiero w tej odludnej i przez to od mongolskich najeźdźców bezpiecznej okolicy założone. Na pewno jednak zniszczenie centrum księstwa, a przy tym stopniowe wygasanie konfliktu z Mazowszem (z którym już od tej pory nigdy żadnej wojny nie było, aż je, po wygaśnięciu tamtejszej gałęzi Piastów, Zygmunt August pokojowo do Korony przyłączył) zachęcało do osiedlania się na bezpiecznym, a przy tym oferującym wiele pustej ziemi pograniczu.

Puszcza musiała tu być istotnie dostojna – nazwy wsi o tym świadczą: Grabów, Dąbrówki; tylko jedna Brzozówka jakoś biednie przy tych szlachetniejszych gatunkach brzmi. Pod siekierami pracowitych drwali padła ostatecznie dopiero, gdy zniknęła granica, której ochronie niegdyś służyła – za czasów zygmuntowskich. Nazwa jednej z większych wsi w pobliżu, Augustów, dobitnie o tym świadczy. Choć, swoją drogą, jeszcze i nasz ostatni król, pożal się Boże, z łaski carycy Katarzyny Stanisław August, miał tu co zasiedlać, bo o drugim Augustowie, spod Radomia to akurat wiem na pewno, że mu dopiero Poniatowski imię dał

Po co o tym wszystkim opowiadam? Pierwotna puszcza nie powróciła. Było na to zbyt mało czasu, a i warunki były skrajnie niekorzystne. Nim bowiem spora część ziemi w mojej okolicy, zarówno państwowej, jak i prywatnej, została porzucona, jej właściciele zrobili wszystko, żeby ją zniszczyć, dokumentnie wyjaławiając glebę. Potem cały ten obszar wzdłuż carskiej jeszcze linii kolejowej Warszawa – Radom stopniowo popadał w zapomnienie. Miejscowi w wielu miejscach wykopali rozległe systemy dołów, z których wybierali piasek i żwir. Kawałek dalej jest miejsce zwane „cegielnią“, gdzie wybierano glinę. W to miejsce i tu i tam wrzucano potem śmieci, czasem je zasypując ziemią, częściej nie. Koniec końców, porosły to smutne chaszcze, z karłowatych sosenek i brzózek złożone. Poszycie tworzyły głównie mchy i porosty, trochę kupkówki owczej, gdzieniegdzie wręcz jakieś skrzypy, bo nawet perz rosnąć nie chciał, pojawił się w większej ilości dopiero po zaoraniu i nawiezieniu!

Nadchodzi zmiana. Nie chwaląc się, byłem pierwszy, który tu po pioniersku Wielki Karczunek na powrót rozpoczął i miejsce 500 lat temu po raz pierwszy do uprawy roli przysposobione, przywrócił cywilizacji. Wczoraj, podczas porannego spaceru dostrzegłem z wysokości kulbaki naśladowców: na jednym z poletek wcale niedaleko naszych padoków, tylko bliżej wsi, ktoś powyrywał ciągnikiem część sosenek. Znaczy się, będzie to pod uprawę brał!


Podobno też i graniczącą z nami działkę nr 462, w dwóch trzecich zarosłą brzózkami, w jednej trzeciej ciągle jeszcze uprawianą, ale przez starszego już człowieka, jak mnie Radek zapewniał, bez następcy – ktoś miał był kupić i coś z nią robić zamierza. Tu akurat wywiad muszę co prędzej przeprowadzić, bo rzecz mnie bardzo dotyczy: człowiek ten już dwa razy zaorał mi słupki graniczne, nawet od tego końca, którego skądinąd nie uprawia (przeorał wzdłuż drogi, żeby mu przez działkę nie jeździli i przy okazji mój słupek gdzieś zniknął), a poza tym, odkąd mam ziemię, odczuwam atawistyczny, chłopski pęd na posiadanie jej jak najwięcej i sam bym tę działkę chętnie skonsumował… Zresztą, jeśli ten człowiek sprzedał ją komuś innemu mnie, sąsiadowi najpierw nie oferując, to mam go za bezecnego! Tak się po prostu nie robi! A działka jest nie budowlana – pod linią 200 kV, a za to bez możliwości doprowadzenia „normalnego“ prądu, chyba że przez moje lub przez sąsiada Kucharskiego (który nam właśnie o tym wszystkim kilka dni temu opowiadał) działki, dość wąska, dłuższym bokiem do naszego Wielkiego Padoku przyległa, Doskonale by się nadawała na jego powiększenie. Zaraz będę o tym z Radkiem plotkował…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...