wtorek, 2 marca 2010

Wichura i brzózki

Nocna wichura powoli się uspokaja. Ale i tak w porywach łeb urywa, a nasza chatka pełna jest już od wczoraj wieczora różnych dziwnych stuków, skrzypień, grzechotów i szmerów. Jakby całe stado duchów ją nawiedzało.

Nimem ją tu przywiózł, przez kilka lat stała w żaden sposób nie zabezpieczona (tzn. drzwi były oczywiście zamknięte, ale że stała podniesiona wysoko na lewarach, swobodnie można było wejść od dołu) na pustej i osłoniętej drzewami działce jakieś 10 km stąd: niewątpliwie cała wieś przez te lata w tej właśnie chatce cnotę traciła, a już z całą pewnością traciły ją niezliczone butelki płynów rozmaitych. O czym zaświadczają także okolicznościowe napisy wydrapane tu i ówdzie na boazerii. Jeśli więc zatem są tu jakie duchy, to wyłącznie niewinne! Nie ma się czego bać…

Myszy przynajmniej się pochowały, bo koć większość dnia na strychu drychł.

Szło nam wczoraj z robotą składnie i spieszno. Przejechałem Wielkiego Strasznego Zwierza (pieszczotliwie zwanego także Kwiatuszkiem) – i było już trochę lepiej niż dzień wcześniej. Przywiozłem Radka, druha mego serdecznego: hydrofora nie udało się nam nabić, ale przynajmniej taczkę mam już całą. Co natychmiast wykorzystałem, sprzątając dość skutecznie pod wiatą i kończąc wyjątkowo wcześnie jak na ostatnie, błotne dni, bo kilka minut po dwunastej. Dało mi to mnóstwo czasu na rżnięcie brzózek. Niestety, brzózki miały w tej kwestii inne zdanie. Rezerwowy łańcuch, który specjalnie sobie na tę okazję założyłem, żeby mieć lekkie, przyjemne rżnięcie, a nie ciężkie jak ręczną piłą, jak to na tępym, lubo ręcznym pilnikiem podostrzanym łańcuchu bywa – okazał się nazbyt już rozciągnięty. Rżnęło się nawet i fajnie, ale spadał co chwila. Bałem się, że uszkodzi jak nie mnie, to prowadnicę. Musiałem więc do poprzedniego łańcucha wrócić i w ten sposób wszystkiego trzy taczki przywiozłem. Szkoda. Brzózki w tym miejscu przynajmniej, gdzie teraz się za nie zabrałem, suchutkie. Aż ciepło się robi od samego ich dotykania. Co się odwlecze, to nie uciecze: tyle, że muszę najpierw do Warki pojechać, profesjonalnie naostrzyć łańcuch.

Żeby nie tracić jasnego dnia wykopałem jeszcze kanalik odprowadzający wodę z wielkiej kałuży, która się zrobiła za wiatą i przybiłem trochę dodatkowych papiaków w miejscach, gdzie wicher, który w międzyczasie począł dąć, wzdymał papę na (trochę jednak nazbyt płaskim) dachu wiaty. I w ten sposób jak co dzień, szczęśliwie dotrwałem do zmierzchu, kiedy to najpierw zeżarłem (tak, to jest właściwe słowo…) wszystko, co Lepsza Połowa przygotowała, a potem padłem na pysk. Nic dziwnego, że obiecany debiut naszej hrabiny w wielkim świecie z dnia na dzień się odwleka… A jeszcze redakcyjny kolega wciągnął mnie w jabłkowo – detektywistyczną aferę, która mam nadzieję, jeśli nawet nie szczęśliwe zakończenie (szczęśliwe zakończenia w prawdziwym życiu trafiają się nader rzadko…), to przynajmniej ciekawe dla Czytelników będzie miała. O czym poinformować także i Państwa nie omieszkam.


Ze względu na wichurę chyba dzisiaj Zwierzowi spacer podaruję. Nawet nie o to idzie, że będzie się płoszyć: wolałbym jednak, żeby mi łba nie urwało gdzie po drodze…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...