czwartek, 18 marca 2010

Smakosz

Lis Przechera właśnie spaceruje sobie przed oknem, a nasze koćko dokładnie jak wczoraj wlazło mi na kolana i zleźć nie ma zamiaru. A mogłem spróbować zdjęcie zrobić… Lepsza Połowa raportuje spod okna, że usiadł na pastwisku i jaja sobie myje. Znakiem tego, miała rację, po głupawym wyrazie oczu sądząc, że to samiec.

Zawiozłem wczoraj Lepszą Połowę do hurtowni mięs i wędlin „Smakosz“ w Białobrzegach. Jest to dokładne przeciwieństwo ekologicznej krucjaty, która się nam tu przez łamy bloga niedawno przetoczyła. Na metce kiełbasy „piwnej“, której kawałek właśnie spróbowałem (da się zjeść!), jest osiem różnych „E“. No i co z tego? Hurtownię pokazał mi ongiś druh mój serdeczny Radek. Tutaj i w wareckiej „Biedronce“ cała okolica się zaopatruje. Te pięć świnek na mięso dla rodziny, które niedawno do Radkowego teścia zawiozłem, to już przejaw pewnego luksusu. Z czasem może i my do tego dojdziemy, aczkolwiek pomysł, żeby mi tu się jeszcze jakiś drób pętał, o kozach, świniach, krowach, czy innej zwierzynie nie wspominając – mam za szalony: już nasze czterokopytne półdiablęta weneckie dostatecznie uwagi wymagają, żeby sobie co więcej dobrowolnie na głowę brać, kiedy jest „Smakosz“ pod ręką. Skoro konie ze stacji kolejowej w środku nocy ongiś zbierałem, to skąd bym zbierał kozę..? Z pociągu..? No i kto miałby się tym wszystkim zajmować?

Byłoby to najzupełniej nieekonomiczne. Pisząc jeden artykuł (o ile ktoś się zdecyduje mi za niego zapłacić, ale to osobna historia…), co zajmuje mi dwie – trzy godziny (fakt, że czasem trzeba przedtem w bibliotece posiedzieć, w sieci pogrzebać, albo i po lesie poganiać, no ale to przecież sama radość!), zarabiam na wędliny ze „Smakosza“ na cały miesiąc. Tymczasem inwentarzem trzeba się zajmować codziennie – z dokładnie takim samym skutkiem ostatecznym. Na razie nas zatem na taką rozrzutność nie stać.

Jeszcze zanim się tu przeprowadziliśmy, ale była już zasiana i wschodząca trawa, Lepsza Połowa miała ambicję założyć ogródek warzywno – kwiatowy. Ponieważ był fragment pola, gdzie Radek z rozpędu zaorał i nawiózł, ale gdzie trawy na razie sadzić nie było sensu, to tamże kilka torebek nasion pracowicie, jedno po drugim, zasadziła. I co..? I nic: śladu nie ma. Mrówki zeżarły, albo co…

Wrócimy jeszcze do tego pomysłu i to bardzo szybko. Zdaje się, że na sadzenie drzewek owocowych właśnie teraz będzie najlepszy czas, czy tak..? Pytam się i proszę o radę. O jabłkach niedawno rozmawiałem z osobą bardzo kompetentną, która mi sadzenie sadu stanowczo odradziła: szykuje się poważny kryzys nadprodukcji, jabłka będą w tym roku bardzo tanie. Już mi zresztą wczoraj Wojtek torbę przywiózł: sadownicy darmo rozdają, on też dostał więcej, niż był w stanie spożyć, to się podzielił. Koniom smakowały. Mnie też. Ale też, po prawdzie, nigdy nie myślałem o sadzie. Miejsca – pomiędzy ujeżdżalnią a przyszłym padokiem dla ogiera, gdzie na razie, na „pustyni“, składujemy nawóz – jest na kilkadziesiąt drzewek. Chciałbym zasadzić różne głównie, nie ukrywam, w celach fermentacyjno – destylacyjnych . Różne w sensie, żeby jabłoni było kilka odmian, w różnych porach roku owocujących, ale i żeby jakieś gruszki, wisienki, czy co tam urośnie, było… No właśnie: z czego najlepiej się fermentuje, a żeby niekłopotliwe w utrzymaniu było?

Ekspozycja terenu docelowo będzie południowa. Od wschodu miejsce to chroni południowy zagajnik naszego Lasku Centralnego, od zachodu kępa karłowatej sosny, którą przy drodze zostawiłem, a od północy będzie w przyszłości niski wał ziemny, którym chcę ujeżdżalnię otoczyć. Oczywiście, jak już zbuduję dla niej drenaż i podłoże jakieś dobre do jazdy: nie w tym roku raczej.

Wyobrażam to sobie w ten sposób, że wykopię szpadlem dość głębokie doły, na spód wrzucę naturalnego nawozu końskiego i gliny, na to wsadzę sadzonkę i już. Przed zajączkiem trzeba będzie pilnować. Nasz „domowy“ zajączek tłuściutki, okrąglutki i bardzo niemrawy. Podejrzewamy, że się z Przecherą kumplują po cichu, w karty rżną i resztki pozostałe w wyrzuconych przez okoliczną ludność butelkach wspólnie spijają. Bo gdyby go Przechera gonił, to przecież taki tłusty nie miałby szans się uchować… Ale zawsze jakieś chudsze i żwawsze zające mogą się z dalszej okolicy wprosić, pilnować trzeba będzie. Choć niedaleko, bo przy drodze do wsi prowadzącej, ktoś niewielki sadzik właśnie założył i poza tym, że prowadzącą przezeń poboczną dróżkę, gdzie raz mi się zdarzyło głębokie koleiny naszą Wendi wyryć, drutem kolczastym zagrodził, to nie widzę, żeby jakoś szczególnie o to dbał.

To poproszę o rady sadowniczo – fermentacyjne w takim razie. Tę o soku brzozowym zanotowałem. A na razie jadę do stolycy. Głównie siedzieć w bibliotece, ale że i gumiaki muszę sobie nowe kupić, a najlepsze i najtańsze w Decathlonie mają, gdzie może i nowy bat do lonżowania uda się zdobyć (tak zupełnie na marginesie: dlaczego w Polsce w ogóle nie można kupić bata do lonżowania z prawdziwego zdarzenia..? Wszędzie,  ale to wszędzie sprzedają wyłącznie baty do bryczki. Bat do lonżowania powinien mieć tyle samo, co lonża, czyli 9 m długości, łącznie ze styliskiem… I co? I nic: nigdy takiego nie widziałem, chyba że w cyrku. To gdzie się zaopatrują cyrkowcy..?) – to wyjątkowo pojadę samochodem.

A nawet już dojechałem. Co poniektóre sprawunki i sprawy po drodze załatwiając. Bo tekstu powyższego, który pisać skończyłem ok. 6.30, nie udało mi się zamieścić, jak dopiero w bibliotece. Też z przygodami: tutejszy serwer, mam wrażenie, wszystkie czynne w gmachu i podłączone do wi-fi Maci uważa za jeden i nie daje mi Worda wystartować twierdząc, że już u niejakiej Ewy B. jedna kopia chodzi... Będę się musiał do pracy z siecią rozłączyć. Tak więc żegnam się z Państwem co najmniej do wieczora.

6 komentarzy:

  1. Cz.1
    Powinieneś porównywać podobne - wędliny z Biedronki nie odpowiadają jakością wędlinom "ekologicznym". Podobnie jak maluch to samochód i mercedes to samochód, czy są to jednak takie same samochody?

    Inna sprawa, że jak kupujesz wędlinę "ekologiczną" to kupujesz tak naprawdę wędlinę z certyfikatem, że to produkt ekologiczny, a nie że jest to produkt ekologiczny...

    Podobnie jest z jajkami, czy jabłkami.

    Mnie jeszcze nie stać na kupowanie produktów ekologicznych, dlatego kupuję ziemię by samemu sobie je wytwarzać.

    Czas zaoszczędzony na uprawie jedzenia będzie "spożytkowany" na odwiedzanie lekarzy. Podobnie z pieniędzmi.

    Piszę z doświadczenia - moi rodzice są zdrowi, mają trójkę dzieci. Mój brat i ja to "konkretni" alergicy, a siostra po poważnym nowotworze. Nie wszystko to zasługa złego jedzenia, ale w dużej części się to do tego przyczynia.

    OdpowiedzUsuń
  2. Cz.2
    Co do drzewek i krzewów owocowych: Polecam mrozoodporne kiwi i dereń jadalny. To pierwsze daje do 35kg owoców z jednego pnącza (lepsze niż te supermarketowe), ten drugi dobre owoce na nalewkę, niektóre odmiany są również dobre do jedzenia na surowo.
    W celu inspiracji botaniczno-pomologicznych polecam mojego bloga o roślinach użytkowych.

    W sprawie sadzenia drzewek - zabezpieczenie będzie niezbędne. Sugerowałbym jednak rozsypanie nawozu również na powierzchni wokół drzewek. Jeśli nawóz będzie tylko przy drzewkach to korzenie nie będą miały "motywacji" by się rozwijać dookoła - sprawi to, że będą bardziej podatne na susze itp. Po rozłożeniu nawozu proponuję wyściółkować wokół drzewek słomą.
    Da to następujące korzyści drzewkom:
    -zapobiegnie glebę przed wysychaniem
    -stworzy dobre warunki dla rozwoju grzybów mikoryzowych (niezwykle ważne na glebach ubogich, piaszczystych)
    -zwiększa poziom materii organicznej w glebie

    Do tego warto wykopać tzw swale. Ogólnie to napisałem ostatnio wpis na blogu pt. Jak zagospodarować nieużytki - pierwszy rok?

    OdpowiedzUsuń
  3. Oki. wielkie dzięki za rady. Dereń - tak. Kiwi? Jak się przeniosę do Nowej Zelandii... Tam i mrozoodpornych nie trzeba i trawa dla koni cały rok. Tylko ci maorysi... Może ktoś by im wytłumaczył, że biali są niezdrowym jedzeniem..? Na wszelki wypadek zeżrę zaraz coś z dużą ilością "E", a jak już na antypody pojadę, to sobie stosowną metkę przykleję, może ich to powstrzyma!

    Tak na serio: nie zależy mi na jakiejkolwiek bądź "produktywności". Koniec końców po cholerę mi więcej owoców niż sam zeżrę albo na poprawiające nastrój i rozgrzewające pićku przerobię, ewentualnie koniom dam? Fakt, moja Dalia wlkp dowolną ilość jabłek zeżre z czystego łakomstwa, ale to by jej akurat rzeczywiście na zdrowie nie wyszło. A kiwi na Mazowszu to tak, jak westernowa kulbaka na achałtekińcu. Niby wygodnie - ale co to ma wspólnego z krajobrazem dookoła..?

    Na marginesie, dla Twojej wiadomości: żadnych herbicydów u siebie nie stosowałem. Chwasty po drugim pokosie znikają z runi same. Oczywiście, wypasać w tym czasie też nie można, a już broń Panie Boże kozą - bo szlachetne trawy, które zasiałem, muszą mieć czas na ukorzenienie się. Właśnie dwa pokosy. Czyli jeden cały rok od zasiania.

    OdpowiedzUsuń
  4. Mrozoodporne kiwi spokojnie wytrzymuje mrozy do - 30, niektóre odmiany nie mają problemu z -40. Aktinidia ostrolistna i Aktinidia pstrolistna to rośliny pochodzące z Syberii. Zresztą "normalne" kiwi (aktinidia smakowita) pochodzi z Chin a nie Nowej Zelandii:) - w Nowej Zelandii została w ciągu 100lat została rozpropagowana do tego stopnia, że stała się symbolem kraju.
    Kiwi, jako, że wytwarza sporą ilość owoców, które zawierają dużo cukru dobrze nadaje się do produkcji wina a więc później do destylacji...

    W przypadku intensywnego wypasu zwierząt (na jednym obszarze zwierzęta nie przebywają dłużej niż 2 dni) nie dojdzie do zaniku traw, bo po pierwszym zgryzieniu trawa nie będzie ugryziona drugi raz, więc dużej różnicy między skoszeniem a tego typu wypasem nie ma. Taki model jest lepszy pod tym kątem, że zwierzęta od razu "rozrzucą" nawóz.

    OdpowiedzUsuń
  5. Wybacz, ale jeśli idzie o wypasanie koni, to chyba wiem trochę więcej... Zamykanie ich na malutkich kwaterkach tyle, żeby trawę z wierzchu obgryzły i po dwóch dniach dalej poszły, to może jest jakiś sposób (choć bardzo pracochłonny - koń spokojnie skacze ogrodzenie do 1,6 m, a jak nie skacze, to już jakiś sposób, żeby go sobie otworzyć zawsze znajdzie, więc muszą to być ogrodzenia solidne...) na tuczenie zwierząt. Ale na pewno nie na to, żeby wygrywały wyścigi i dobrze się prezentowały pod siodłem! Do tego potrzebna jest przestrzeń. Im więcej przestrzeni - tym lepiej. Przyznam, że myślałem początkowo o dzieleniu pastwiska na kwatery - nie udało mi się tego zrobić z braku środków i czasu - i nie żałuję. Na 4-hektarowym padoku konie czuły się doskonale. Na 10-hektarowym, które udostępnię im po zebraniu pierwszego pokosu w tym roku - będą się zapewne czuły jeszcze lepiej... Jest to model silnie ekstensywny, a nie intensywny. Ale też, jak w ostatnim "Końskim Targu" pisałem, ja tu, trochę przypadkowo, Ukrainę i stepy sobie zakładam, a nie hodowlę holenderskich grubasów...

    OdpowiedzUsuń
  6. Komentarz do wypasu był a propos kóz, a nie koni. Ten model, który opisałem sprawdza się raczej tylko do zwierząt, które są hodowane na rzeź.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...