środa, 17 marca 2010

Oszołomienie

Dzień wczorajszy obfitował we wrażeń wielką rozmaitość. Najpierw, choć nie tak wcześnie, jak to sobie obiecywałem (bo też i paskudnie było z rana do niemożliwości: zimno, wietrznie, twardo i ślisko…), dosiadłem Zwierza.

Zwierz, uwaga, uwaga, jak przez ostatnie dwa tygodnie choć skłonny do bryków, to ospały był i niemrawy, trudno go było bodaj do kłusa poderwać, tak tym razem, przewiózł mnie dwa grande gallopes jeden za drugim, aż ziemia się trzęsła. Z brykami i strzelaniem z zadu jak na zakrętach zwalnialiśmy. Nie powiem: serce mi podeszło do gardła a wiatr tak oddech zdusił, że rozkaszlałem się jak stara baba. Wysiedzieć bryki Zwierza nietrudno, a przy tym przez te naście lat jak się znamy, moje dupsko, jej grzbiet i kulbaka pośrodku dopasowały się do siebie jak nie przymierzając onuce do walonek po ciężkiej zimie. Jednak było to pewne wyzwanie. Dupa bolała potem przez pewien czas. Zsiadłem z niej, ledwo co ją rozstępowawszy, choć bynajmniej jeszcze nie odpuściła i spokojnie trzecie takie kółko można było zrobić podobnym tempem, ale mnie się już nogi miękkie zrobiły…

I na tych miękkich nogach sporo jeszcze wczoraj przeszedłem! Oczywiście, jak co dzień – pospacerowałem między wiatą a pustynią w towarzystwie taczki. Z tym, że nawet wsiadłszy na Zwierza odrobinę później, niż to sobie obiecywałem i nawet robiąc między Zwierzem, a sprzątaniem pod wiatą przerwę na ogrzanie się i uspokojenie trzęsących się nóg i rąk, skończyłem wszystko grubo przed południem. Co tu było robić..?

Cóż – dodzwoniłem się po kilku próbach do Radka, druha serdecznego. Okazało się, że mu już brat piłę oddał. To podjechałem. Wziąłem dwie piły w rezultacie. W tzw. międzyczasie matka Radka kupiła bowiem od „Rumunów“ oklejonego nalepkami Stihla (ale nie wiadomo, czy to tak dla picu, czy oryginalnie…) potwora o mocy 3,3 KM (jeśli nalepce wierzyć…) z niezmiernie długą prowadnicą i (jak mi się zdaje) tym nowym, nie wymagającym podobno ostrzenia łańcuchem kompozytowym Piccolo Duro. Za 400 złotych. Być może kradzione – ale cóż na to teraz można poradzić? Po „Rumunach“ ślad się rozwiał. Radek, obawiając się, że sprzęt ten w ogóle nie ruszy, chętnie go za tę samą kwotę odstąpi. Zobaczymy. Bo wypróbować wczoraj jednak nie zdążyłem. Zrobię to, mam nadzieję, za chwilę. Na początek muszę przełożyć kotę, która wlazła mi na kolana, na łóżko i podłożyć do kozy.

Podłożyłem, ale kota na łóżku leżeć nie chciała, znowu wlazła mi na kolana. Wracamy do opowieści: już z piłami zabrałem przyczepę z podwórka u sołtysa (okładzina trapu szpetnie urwana, sołtys obiecał naprawić – pewnie im zimnokrwiste kobylę musiało przy ładowaniu tupać…) i podjechałem po siano. Bo już bardzo mało było, a na dziś zapowiadają kolejne śnieżne zadymki (póki co przepiękne słoneczko i pierwszy raz od długiego czasu – bezwietrznie). Oczywiście, wziąłem to siano na kredyt tak, jak to robię od stycznia.

No i kiedy już dojeżdżałem do domu z przyczepą pełną siana, zadzwonił Joachim. Z wieścią, że tylko tego samego dnia ma czas, żeby się ze mną spotkać i kasę przekazać. Za niecałe trzy godziny.

Do Warszawy, jako że paliwa miałem niezadużo, jechałem za ogonem TIR-a. Podobno w ten sposób zmniejsza się spalanie. Facet w szoferce musiał się nieźle na mnie wkurzyć. Nie wiem, czy z tym spalaniem to prawda, ale udało się: dojechałem do BP na rogu al. Krakowskiej i 17 Stycznia i zostawiłem tam Wendi.

Ponieważ do biletu na tramwaj brakowało mi 50 groszy, to na tych moich miękkich, po Zwierza wybrykach nogach, do centrum, gdzie byłem przy banku z Joachimem umówiony, przespacerowałem się pieszo. Zdążyłem akurat na czas.

No i teraz powoli ogarnia mnie oszołomienie: co tu zrobić w pierwszej kolejności..? Oczywiście, wiadomo: spróbować jeszcze raz kota na łóżko przełożyć, bo do kozy zaraz trzeba będzie podłożyć. Nie wiem, skąd jej teraz te czułości, przecież całą noc się do mnie tuliła (a ostatnimi czasy, jako że nie jest już tak zimno, zwykle wolała spać na swojej walizce, a nie u boku pana…). Może dlatego, że jej mały kawałek (kasa jest, ale milionerem przecież się nie stałem) mrożonego filetu z mintaja wczoraj z Warszawy przywiozłem. Kota co prawda woli kostkę, nie filet, ale kostek nie było…

Na razie siedzi na łóżku obrażona. Trudno: nie zawsze się ma, co się lubi!

Więc, co teraz..? W pierwszej kolejności, oczywiście, trzeba tę piłę wypróbować. Drewno w sobotę Wojtka Husqvarną nacięte już się kończy, a że i dzisiaj od południa ma śnieg, a potem śnieg z deszczem padać, weekend zaś zapowiadają w prognozie paskudny do niemożliwości: wietrzny i deszczowy – to nie ma wyjścia. First things first! Najpierw bezpieczeństwo energetyczne, potem cała reszta.

Oczywiście, trzeba też posprzątać pod wiatą i rozładować wreszcie przyczepę – sołtys powinien, jak tylko się ociepli, czyli jutro, wykładzinę przykleić, co bym mógł co prędzej przegląd przyczepy zrobić i gdzieś dalej jechać (uwaga ku pamięci: kupić po drodze na stacji bezpiecznik, bo się ten od pozycji w samochodzie przepalił przy pierwszym przyczepy podłączeniu…). Czyli gdzie..? Maleństwo trzeba na Służewiec odstawić. Osman Guli za dwa tygodnie powinna mieć ruję. Jeśli Petra odpuści nam robienie badań, można by już do Germesa jechać. Doktora Witkowskiego trzeba co prędzej ściągnąć, żeby obie kobyły zbadał, a przede wszystkim rozstrzygnął raz na zawsze wątpliwości co do stanu Melesugun. Do Wrocławia trzeba jechać. I nad morze, aż w dwa miejsca. W bibliotece trzeba solidnie posiedzieć – milionerem się nie stałem, a skoro mam teraz możliwość, to muszę jak najszybciej zlecenie dla klienta wykonać. Długi pooddawać, a po wizycie u p. dr Jodkowskiej we Wrocławiu i po odebraniu faktury za studnię – z Agencją się wreszcie rozliczyć. Czy faktur będzie na 30 tysięcy jak powinno? I czy Agencja to wszystko przyjmie, skoro faktury się już nieźle przeleżały? Ogrzewacz przepływowy na większy dobrze by było zmienić. Jak tylko śnieg zejdzie – skończyć wreszcie ogrodzenie piaszczystego padoku. Lepszego siana na przednówek przywieźć. Hydrofornię przebudować, dodając odżelaziacz (albo i stację uzdatniania wody..?) i jakiś drenaż, co by jej aż tak nie zalewało. Hydrofor fachowo powietrzem nabić. Nowe gumiaki kupić…


Żurawie przelatują nad chatką… Wiosna proszę państwa. I co tu się dziwić, że Zwierz bryka, a mnie od nadmiaru możliwości taki sam paraliż jak od ich całkowitego braku ogarnia..? Kot się już przynajmniej na łóżku ułożył i śpi…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...