niedziela, 14 marca 2010

Neo-Tradycjonalizm wsteczny czy wszeteczny..?

Pani Lucyna Roszyk, opisując ideologię głoszoną przez zmarłego kilka lat temu pierwszego prezydenta niepodległej Turkmenii (który był też ostatnim pierwszym sekretarzem Turkmeńskiej Kompartii, rzecz jasna…), użyła pięknego sformułowania „paradygmat secesji wstecznej“. Że niby wraz z ogłoszeniem niepodległości i przyjęciem ksenofobicznego, izolacjonistycznego kursu, tolerancja narodu wobec różnych grzechów i grzeszków władzy wzrosła i można było dzięki temu rządzić zupełnie po dawnemu, jak za złotych czasów złotozębnego tow. Breżniewa…

Jak dla mnie zmarły kilka lat temu pierwszy prezydent Turkmenii (choć o zmarłych nie powinno się mówić źle…), był po prostu zwykłym bucem. Jakich na całym świecie pełno. Tylko postawiony na głowie system awansu społecznego w komunizmie mógł go na sam szczyt republikańskiej hierarchii wynieść – a tym, co opowiadał, nie ma sensu się w ogóle zajmować. Równie dobrze można by z namaszczeniem analizować uprawianą i w Polsce „politykę historyczną“ – wedle której na piedestały się stawia idiotów, którzy zburzyli własną stolicę, a każdy przywódca tzw. „prawicy“ stylizuje się na kieszonkowego Piłsudskiego. Już sam tow. Ziuk był postacią tyleż groźną, co śmieszną, a w karykaturalnym wydaniu L. Wałęsy czy (Boże, ratuj!) J. Kaczyńskiego, to się nadaje wyłącznie do marnego kabaretu.

„Secesji wstecznej“ – a przy tym, jak wszystko na to wskazuje – wielce wszetecznej, próbuje też dokonać na naszym małym, wiejskim poletku, p. dr Andrzej Hałasiewicz (por. http://ww.org.pl/strona.php?p=1891&c=6626 ). Najpierw (nie mówię, że akurat sam p. dr Hałasiewicz też, choć po dorobku można by tak i mniemać, ale instytucje, które reprezentuje – na pewno!) modernizowało się rolnictwo, standaryzowało produkcję, specjalizowało, sterylizowało, inseminowało, liofilizowało, naświetlało promieniami Gamma i setki różnych bardzo nowoczesnych i naukowych rzeczy robiło – a teraz walczy się o smak prawdziwego, wiejskiego jedzenia! Jak to nie jest „secesja wsteczna“, czyli zwykła hipokryzja – to co to jest innego?

Przy czym clou programu p. dr Hałasiewicza sprowadza się do tego, żeby wiejskie targowiska i obrót lokalnymi produktami z publicznych (czyli z Twoich, Drogi Czytelniku!) pieniędzy wesprzeć. I żebyś, Czytelniku, zmienił swoje zwyczaje i zamiast taniej wędliny z Constaru, czy innej firmy, kupował dwa – trzy razy droższą, produkowaną bezpośrednio przez rolnika. Która oczywiście będzie smaczniejsza od tej constarowskiej, to prawda – ale zepsuje Ci się góra po dwóch – trzech dniach, a nawet trzymana w lodówce szybko zszarzeje i cały smak straci. Więc będziesz musiał kupić nową, jeśli tej szybko nie zjesz. Czyli, będzie Cię to kosztowało nie dwa – trzy razy więcej, a może i cztery – lub pięć..? W rezultacie będziesz jadł wędlinę tak, jak Twój dziad i pradziad: dwa razy do roku. Albo będziesz musiał zrezygnować z samochodu, telewizora, nowych mebli, czy co tam sobie planowałeś – po to, aby Cię p. dr Hałasiewicz mógł tradycyjnym, wiejskim smakiem uraczyć…

Już nie mówiąc o tym, że wyżywienie takiego miasta jak Warszawa produktami rolnictwa stosującego XIX-wieczne metody może być trudne. Nie, żeby w XIX wieku nie było milionowych miast, bo były: Londyn i Paryż, jeśli o Europę chodzi. I są też takie pomysły – nie pomnę już, gdzie o nich czytałem, bo dawno to było – żeby do tego błogosławionego stanu powszechnej szczęśliwości powrócić. Taki neo-tradycjonalizm ekologiczny. W Polsce miałoby mieszkać 8 do 10 milionów ludzi uprawiających ekologiczną żywność i pielęgnujących puszcze, w których mogliby sobie wypoczywać wybrańcy z uprzemysłowionego Zachodu. Nie chcę, broń Panie Boże, akurat p. dr Hałasiewiczowi tak radykalnych intencji przypisywać (w jego przypadku, najgorszą rzeczą, jaką mogę podejrzewać, jest zwykły, prosty „skok na kasę“ – widać granty na liofilizację, internetyzację, inseminację, czy co tam się w Zakładzie Socjologii Obszarów Rustykalnych robiło, już na spełnienie marzeń kadry nauczającej nie starczają i trzeba, za publiczne pieniądze, wszcząć walkę o smak …). Jednak, jak już kiedyś pisałem, w każdej rewolucji wcześniej, czy później na wierzch wypływa element najbardziej radykalny i rewolucja ekologiczna na pewno nie jest wyjątkiem.

Piszę o tym wszystkim dlatego, że sam pomysł, skądinąd w świetle obowiązującego, jewrosojuznego prawa nielegalny, niehigieniczny i nieprawomyślny, żeby jeść to, co ziemia urodzi, a nie to, co się w laboratorium wyprodukuje, jest z całą pewnością konserwatywny i stąd również i mnie bliski (teoretycznie przynajmniej – bo, prawdę pisząc, mam gdzieś, ile się przy transporcie argentyńskiej wołowiny ropy spali, w żadne przez człowieka powodowane „efekty cieplarniane“ nie wierzę, zresztą śnieg za oknem skutecznie chyba taką wiarę mrozi…). Jak się jednak okazuje i na takich pomysłach można (chcieć) publiczną kasę przekręcać i rewolucję powszechną przybliżać…

A przecież wystarczyłoby dać sobie spokój z całą tą modernizacją, specjalizacją, standaryzacją, internetyzacją, liofilizacją i co tam jeszcze niemłosiernie nam panująca jewrosojuzna biurokracja wymyśliła! Jak również z dopłatami bezpośrednimi, kredytami preferencyjnymi, kontrolami weterynaryjnymi, kwotami mlecznymi, cłami zaporowymi i całą resztą tego bajzla. Że co, że lud prosty potruje się natychmiast przez wielkie korporacje niewiadomego pochodzenia produktami mięsnopodobnymi nakarmiony..? Wcale nieprawda! Przede wszystkim, wraz ze zniknięciem całej tej regulacyjnej piramidy, drastycznie zmaleją koszty wejścia na rynek. Konkurencja się zatem zwiększy – zwiększy się też i wybór konsumenta, a już konkurenci zadbają o to, aby nikt długo nie mógł ludu oszukiwać, wszelkie niekorzystne o swoich rywalach informacje natychmiast upubliczniając. Poza tym, właśnie w warunkach przeregulowania i przymusowej standaryzacji, istnienie wielkich korporacji także na rynku żywnościowym ma sens. Bez całej tej masy papierzysk do przerzucenia nim się komuś bodaj jednego banana sprzeda – handel bananami zbyt byłby łatwy, aby dało się go zmonopolizować.

Oczywiście, znakomita większość europejskich producentów rolnych musiałaby po deregulacji zmienić branżę. Bo wołowinę byśmy jedli argentyńską, soję amerykańską, cukier tylko z trzciny cukrowej (produkcja cukru z buraków to przecież efekt napoleońskiej „blokady kontynentalnej“, a potem wojen światowych i ceł zaporowych i w warunkach wolnego rynku światowego nie ma krzty ekonomicznego sensu!), a ziemniaki zapewne z Białorusi… Poza tym jednak, nikt nikomu by nie bronił produkować, jak mu się podoba – jedni by to robili na wielką skalę, higienicznie i specjalistycznie, licząc na sprzedaż taniego, masowego produktu na skalę światową, a inni przydomowo, ekologicznie i tradycyjnie, dla rodziny, znajomych i na miejscowe targowisko. A spora część rolników zapewne robiłaby i tak i tak, zmniejszając w ten sposób ryzyko, z masową produkcją nierozdzielnie związane.

Niestety, to utopia jest. Zbyt wiele potężnych lobby na jewrosojuznej „wspólnej polityce rolnej“ się pasie, niewątpliwie należną dolę komu trzeba w Brukseli odprowadzając, a jak to nie pomaga, to opony paląc i gnojówkę na ulicach rozlewając. Dlatego też program p. dr Hałasiewicza, jako wpisujący się w mainstreamową politpoprawność, ma o wiele większe szanse na realizację, niż takie antysystemowe brednie. Tak samo więc, jak mamy koncesjonowaną i reglamentowną produkcję rolną spełniającą wszystkie kryteria higieny, normy produkcyjne itp., itd. – możemy też mieć koncesjonowaną produkcję wyrobów „tradycyjnych“, dotowaną, a jakże i wspieraną, czemu nie – to się przecież wcale z podstawowymi zasadami wspólnej polityki rolnej nie kłóci! Już zresztą stosowne biurokratyczne mechanizmy takie działanie umożliwiające istnieją (chociażby w postaci tzw. „produktów regionalnych“, czy wspieranej z publicznych – czyli Twoich, Drogi Czytelniku – pieniędzy agroturystyki…). Że są zbyt trudne do zastosowania dla przeciętnego mieszkańca podlaskiej czy mazowieckiej wsi? A kogo to obchodzi..? A kasę za to, żeby Ciebie do tych „produktów regionalnych“ czy agroturystyki przekonywać, każdy chętnie weźmie. Sam bym wziął, gdyby dawali…


Obawiam się zatem, że cały nasz rolny neo-tradycjonalizm wsteczny, rychło może się stać po hałasiewiczowsku wszeteczny. Pokusa jest zbyt silna, a i bić się nie ma o co. Bo przecież jeśli nie kasa z Brukseli to co..? Wolność..? Eee tam…

6 komentarzy:

  1. trudno z Twoim wielowątkowym artykułem dyskutować, ale rzecz upraszczając czy jedyna słuszna receptura jaką zostawimy następnym pokoleniom to receptura na parówki z Biedronki???
    a o publiczne pieniądze czyli jak mówisz nasze :-) tak bardzo bym się nie martwiła i tak system pochłonie znaczną ich część na przekładanie papierków :-)
    pozdrawiam A. http://kresowazagroda.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  2. Jak pomyślę, jaka ciężka chemia jest potrzebna do wyprodukowania takich parówek, to nie wiem, czy nasi potomkowie - jeśli istotnie do końca Cywilizacji dojdzie - dadzą radę tę recepturę zastosować... :-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Z nowoczesną wiedzą dotyczącą ekologii można sprawić, że gospodarstwa ekologiczne będą wydajniejsze niż te konwencjonalne, ot choćby jeżeli chodzi o użytkowanie pastwiska. Są ludzie, którzy bez nawożenia, herbicydów i podsiewania zwiększają wydajność kilkakrotnie. Przy tym również zwiększając poziom materii organicznej i co się z tym wiąże sekwestrujac CO2...
    Kluczowa sprawa to odpowiednia definicja przepasania pastwiska.

    Moim zdaniem EU i państwo po prostu powinno nie przeszkadzać, a żywność ekologiczna/lokalna będzie rosnąc w siłę.
    Dobry przykład to żywopłoty. Odpowiednio zasadzony żywopłot chroni przed wiatrem uprawy, czym zapobiega wysuszeniu roślin i gleby. podobnie osłonięte od wiatru zwierzęta mniej paszy zużywają. Efekt - kilka procent wyższa wydajność (nawet po uwzględnieniu terenu zajętego pod żywopłot. Rolnicy jednak są niechętni jego sadzeniu, bo jak się raz posadzi drzewo, czy krzew, to jak to drzewo będzie miało więcej niż 5 lat, to później będzie problem z wycięcie. Gdyby jednak mógł normalnie wycinać i sprzedawać później drewno, to patrzyłby na to drzewo również pod katem zysku, a nie tylko jako przestrzeń zabrana pod uprawy.

    Co do kiełbas 2 dniowych. Są przecież jeszcze kabanosy, salami, krakowskie suche, różne wędzone itp.

    OdpowiedzUsuń
  4. No i nabrałem ochoty na salami... Ech!

    OdpowiedzUsuń
  5. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...