czwartek, 11 marca 2010

Jak Wojtek traktor kupował, a Radek prosiaki łapał…

Jak wszyscy wiedzą, życie na wsi wyklucza anonimowość. Wszyscy wszystko o wszystkich wiedzą. A przynajmniej tak im się wydaje. Nieustanne zainteresowanie wspólnotą sąsiedzką przekłada się także na zjawisko poniekąd równie oczywiste, choć mieszkańcowi miasta trudne do wytłumaczenia. Skoro wszyscy wszystkich nieustannie obgadują i oceniają, to siłą rzeczy istnieje także powszechna zgoda co do tego, kto są ci „lepsi“, a kto są ci „gorsi“. Powiedzmy delikatnie: „nie tak aż znowu lepsi“!

Wiadomo, że druh mój serdeczny Radek, pierwszy gospodarz w całej gminie, ojciec dwojga dzieci, jest z całą pewnością jednym z tych najlepszych z lepszych, co zresztą sam nieustannie podkreśla – czasem w niezamierzenie zabawny sposób. Na przykład, nie wypada mu się pokazać „w gminie“ w roboczym ubraniu i gumiakach. W efekcie nie przychodzi na posiedzenie komisji szacującej szkody w trzodzie chlewnej wynikłe z czegoś tam, której miał był być głównym ekspertem (choć sam akurat trzody nie trzyma – o trzodzie zresztą poniżej będzie…), bo jadąc udrożnić rów odwadniający, w czym mu pomagaliśmy, wyjściowego ubrania oczywiście nie wziął…

Natomiast Wojtek, mój dobry sąsiad (przy czym nasze „sąsiedztwo“ jest nieco metaforyczne – Wojtek mieszka u wylotu naszej polnej dróżki, prowadzącej do wioskowego asfaltu, dobre 800 metrów od nas; my – jak przytomnie zauważył wczoraj Radek – właściwie to sąsiadów w ścisłym tego słowa znaczeniu nie mamy: nawet większość naszych granic dotyka ziemi porzuconej, o którą nikt nie dba, stąd też i te granice nie wszędzie są dokładnie wytyczone…), raczej do tych „lepszych“ zaliczany nie jest. Roli ma co kot napłakał – coś koło 11 ha. Kawaler, bezdzietny (niemal pierwszą rzeczą o którą mnie Radek, druh mój serdeczny zapytał, jakeśmy o Wojtku rozmawiali było: czy powiedział mi już, kto będzie jego następcą..? Bodaj jego siostra ma dwie córki i jeśli któraś z nich jest Wojtka chrześnicą, jej by tę gospodarkę wypadało przekazać, ale tego właśnie wieś jeszcze nie wie…), niemłody. W dodatku trochę dysfunkcjonalny społecznie, bo naprawdę trudno załapać, o czym mówi, choć mówić lubi. Nie jestem specjalistą, by jego wadę wymowy zdiagnozować. Nie jąka się w każdym razie. Raczej mówi zbyt szybko. Przy tym, redundentnie. Dodaje do każdego zdania zbędne przysłówki „chyba“, „na pewno“, „prawdopodobnie“ – na ogół przeciwnie, niż by sens wypowiedzi wymagał. Pewien kabaret, już nie pamiętam jaki, wprowadza na scenę postać kościelnego z podobną manierą językową – myślałem do tej pory, że to tylko taka parabola, a tu proszę…

Poznaliśmy Wojtka w ten sposób, że nas ze śniegu ciągnikiem wyciągnął. Dobry z niego człowiek zresztą. Ludziom i zwierzętom życzliwy (niezależnie od faktu, że jak mi sam powiedział, szczenięta swojej suki, teraz właśnie, zimową porą powite, zakopał: cóż zrobić, tak to się tu robi i ja tego zmienić nie czuję się na siłach…). Najbliższym jego przyjacielem jest mały, ale bardzo zadziorny kundelek, imieniem Pikuś, który jeździ z nim razem na traktorze. Mieszka z siostrą, która mu dom prowadzi.

Wojtek wymyślił sobie, że jeśli kupi terenowy ciągnik (z napędem na cztery koła), nie najmniejszy i niestary, z turem, to w ten sposób będzie w stanie na swoje utrzymanie zarobić, gdy już na emeryturę przyjdzie i gospodarkę następcy odda (abstrahując na razie od kwestii, tak wieś interesującej, kto tym następcą będzie; nie zamierzam w tej chwili się tym problemem zajmować…). Bardzo rozsądnie bowiem, w żadne emerytury z KRUS nie wierzy!

I to jest, proszę Państwa, powód najzupełniej wystarczający, żeby o Wojtku z Boskiej Woli, cały świat usłyszał! Taki człowiek, który edukację na zawodówce budowlanej skończył, do żadnych partii ani związków nigdy nie należał, a świata zwiedził tyle, co w wojsku, 30 czy lepiej lat temu – wie, że całe to gadanie o systemach emerytalnych, to bzdura na resorach. To kto tu jest idiotą – w greckim tego słowa znaczeniu, czyli człowiekiem niezdolnym do spełniania obywatelskich powinności: Wojtek, ze swoją biedną rolą i kilkoma krówkami, ze swoją wadą wymowy i Pikusiem – czy wszyscy ci dęci profesorowie, ministrowie, posłowie, co udają, że na poważnie o emeryturach debatę toczą..? Udają, bo jeśli istotnie mówią poważnie, to widać brak im intelektu, aby Wojtkowi krowy doić, albo Pikusia na dwór wyprowadzać…

Oczywiście, wymyślić sobie kupienie ciągnika, a kupić ten ciągnik naprawdę, to są dwie zupełnie różne rzeczy. Najpierw trzeba mieć pieniądze. Wojtek ma – i prawie siłą musiałem przerywać jego potok wymowy, gdy zaczął sprzedawcy opowiadać, ile trzyma na lokacie, ile na rachunku, a ile ma w domu (Boże dopomóż! Okolica jest naprawdę spokojna, ale czy można tak los kusić..?). Mam nadzieję, że nikt z tych, co słuchali, do Wojtka wymowy nie przyzwyczajony, pojąć go nie zdołał.

Tym niemniej, Radka zdaniem, Wojtek głupio robi, używanego ciągnika szukając. Z kasą, którą ma i z 50% dopłatą „z Unii“, mógłby spokojnie nowy kupić. Cóż. Pożyjemy, zobaczymy. Czy aby znowu Wojtkowy zdrowy rozsądek i instynkt nie okażą się trafniejsze od przemyśleń wioskowych statystów..? Bo długo ta Unia jeszcze przetrwa..?

Dalej, jak już jest kasa, to warto by było znaleźć ciągnik. Wojtek ze względu na swoje problemy komunikacyjne, jest tu trochę na przegranej pozycji. Dlatego właśnie zabrał mnie na objazd ciągnikowych komisów ze sobą. Prawdę pisząc, z miernym sukcesem. Jedyna maszyna godna uwagi, pod Łukowem (niby niedaleko, wszystkiego 140 km od nas, ale że Wojtek, z całym szacunkiem, ale prowadzi tego swojego Opla jak totalnie przegięta ciota, prawie cały dzień na tę wyprawę straciliśmy…), tura ma zjechanego prawie do zera i zastanawiająco mało motogodzin: ledwo trochę ponad 1000 na 7 lat pracy. Albo ktoś tym ciągnikiem wyłącznie piasek na przyczepę ładował i do niczego innego go nie używał, albo jest to typowy przykład manipulacji licznikiem... Ustaliliśmy, że Wojtek pojedzie tam jeszcze raz, z bratem Radka, mechanikiem, co by to sprawdzić. A ja, jak mi się limit przesyłu danych odnowi, spróbuję jeszcze coś na Allegro poszukać. Bo, zdaniem Radka, ciągników w tej chwili, ile kto chce – mija 5 lat od chwili, gdy pierwsze, z unijną dopłatą zostały kupione i teraz właśnie wolno je zcząć sprzedawać, co wielu na pewno uczyni, żeby móc nowe kupić…

Wróciłem z tego objazdu z ciężkim bólem głowy (ten niepowstrzymany potok trudnej do zrozumienia mowy…), tylko po to, aby Radka z synkiem małoletnim i dwukółką, na którą belę siana i pięć worków ziarna włożył, zaciągnąć, własnym już samochodem, najpierw do sąsiednich Dąbrówek, gdzie dołożyliśmy do tego jeszcze klatkę z pięciorgiem prosiąt, a potem do jego teścia, po drugiej stronie Warki. Po co była ta wyprawa..? Ano okazuje się, że byłem w błędzie mniemając, że cała nasza wiejska gospodarka to jedna, wielka „szara strefa“, w której nikt żadnych podatków nie płaci, rachunków ani faktur nie wystawia i generalnie, o ministrze finansów oraz jego chłopcach i dziewczętach, nawet nie słyszał. Nie, nie! Tu też jest oficjalne i nieoficjalne życie ekonomiczne. Oficjalnie Radek ma tyle tylko krów, ile kolczyków. A nieoficjalnie – trochę jeszcze u teścia trzyma (póki mu się kontrol weterynaryjna przez gospodarstwo nie przetoczy, potem krowy wrócą do domu…). Już bez kolczyków. Właściwie nie wiem po co – bo samo kolczykowanie aż tak drogie nie jest, żeby zabawa z przewożeniem krów tam i siam sens miała, a o podatku od ilości krów nie słyszałem (kwoty mlecznej Radek, podobno nawet razem z tymi bez kolczyków, i tak nie wykorzystuje, więc nie w tym rzecz…) – ale na pewno z czegoś to wynika. Kiedyś zostanę oświecony i dowiem się, z czego. Życie wiejskie też ma swoje stopnie wtajemniczenia…

W każdym razie, teściowi skończyło się ziarno dla Radkowych krów i siano i trzeba było jedno i drugie dowieźć. Dodatkowo, ponieważ teść ma wolne miejsce i, zdaniem Radka, zajmując się sadem, gołębiami i kurami, tylko się nudzi, to mu jeszcze Radek sprezentował pięć prosiąt, też oficjalnie wcale nie istniejących, na mięso dla całej rodziny. Prosięta darły się wniebogłosy, prawie ludzkimi oczkami na nas patrzyły, masakra to była i żal, gdy się ich liczna rozdzielała rodzina. Radek też miał nietęgą minę, od właściciela je odbierając i nosząc do kojca. Prawdę pisząc, dobry z niego człowiek. Życzliwy dla ludzi i zwierząt. Sam się mi kiedyś przyznał, że swojego by na mięso oddać nie umiał. I chyba dlatego te „nieoficjalne“ prosiaki do teścia pojechały, a nie do niego.

Oczywiście, musieliśmy jechać jakimiś dzikimi skrótami przez bagno. Bo latem tu było sucho! – jak rozbrajająco zauważył Radek, gdyśmy już na środku dopiero co rozjeżdżonego ugoru utknęli i musiałem napęd na przód włączyć. Cwaniak! Jechaliśmy moim Patrolem, bo Radek kilka dni temu w tym samym miejscu swoją osobówką jadąc, zderzak zostawił. O czym z równie rozbrajającą szczerością nie omieszkał mnie poinformować. Jak już przejechaliśmy.




Potem, już u teścia, na teścia i na synka małoletniego oczach (syn i następca to najpewniejsze emerytalne zabezpieczenie – w tym cała wieś jest zgodna i dlatego bezdzietni tak nisko w hierarchii stoją…), nie wypadało mu się z prosiętami mazgaić, więc gracko je z kojca wyłapał i do zagrody ponosił. Bo na wsi liczy się to, jak cię widzą. O czym zwłaszcza ci „lepsi“ pamiętać muszą nieustannie. Aż strach pomyśleć, co o mnie mówią – bo mnie i w gumiakach i w roboczym ubraniu nie tylko „do gminy“, ale nawet do samej Biedronki zdarzało się wchodzić, no i dzieci nie mamy – tu nas chyba tylko to ratuje przed surowym osądem, że wyglądamy młodziej niż Radek i jego żona, choć spokojnie moglibyśmy ich adoptować, taka nas dzieli różnica wieku…

3 komentarze:

  1. Faktycznie przesadził Pan z opisem sąsiadów.

    OdpowiedzUsuń
  2. No ja bym nie chciała zostać tak "życzliwie" opisana.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...