wtorek, 23 marca 2010

Jak to z łaciatymi końmi w dawnej Polszcze było..?

Jak to już wielokrotnie na łamach „KT“ pisałem, staropolska hodowla koni jest mitem. Mitem podwójnym: bo raz, że od śmierci prof. Pruskiego nie ma już nikogo, kto by o niej coś wiedział naprawdę, a wszystkim się wydaje, że wiedzą doskonale wszystko. Na przykład, że Polacy „od zawsze“ hodowali araby. Albo, że „koń polski“ (zwierzę takie nigdy nie istniało!) to był prawie że Pegaz, bo jak sam skrzydeł nie miał, to już razem ze swoim jeźdźcem – na pewno. Od czego i przez morze się „dla ojczyzny ratowania“ wracali i różnych innych cudów razem dokonywali.

Cudów jak cudów. Moim zdaniem Kircholm, to był mord masowy, a nie bitwa: Karol Sudermański z biedy, pieniędzy na zaciąg zawodowych żołnierzy nie mając, wysłał na rzeź prostych, szwedzkich chłopów, którzy piki i muszkiety pierwszy raz do ręki dostali na tydzień przed lądowaniem w Inflantach. No, może na dwa tygodnie. A potem jeszcze, z głupoty (jak wszyscy Wazowie, był to człowiek ograniczony, ale uparty i nie liczący się z konsekwencjami), widząc, że Litwinów Chodkiewicza mało, posłał tych chłopów do ataku piechotą na husarię… Nic dziwnego, że chyba aż do wybuchu I wojny światowej ustanowiony wtedy rekord w tempie zabijania nie został pobity. Chodkiewiczowych, choć to sami weterani byli, musiały potem długo zakwasy w ramionach dręczyć. A rekord proporcji strat zwycięzcy do strat pokonanego, to chyba dopiero podczas wojny irackiej Busha seniora..? Bo Bush junior i Obama to już raczej tak bardziej konwencjonalnie – proporcja zaczyna się wyrównywać…

W każdym razie oprócz takich i podobnych „cudów“, zdarzały się też i wielce kompromitujące wpadki – jak choćby Piławice, gdzie się armia (zawodowa jak najbardziej, żadne tam pospolite ruszenie!) właściwie bez wystrzału rozeszła, czy Warszawa, gdzie ta Pegazów podobno dosiadająca „niezrównana“ jazda wprost odmówiła pójścia do prawie już zwycięskiej szarży (bo się jedyny pułk litewski, który był bodaj na tyle pijany – rzecz się akurat po obiedzie działa – że jednak pogalopował do przodu, właśnie przez szwedzką gwardię przegryzał, na wyciągnięcie kopii od samego Karola Gustawa, tego z „Potopu“ znanego…).

Innymi słowy: było całkiem normalnie, to znaczy raz na wozie, raz pod wozem – i żadne Pegazy jako hipoteza tłumacząca rzekome cuda nie są tu nam potrzebne, bo cudów do wytłumaczenia brak. Cuda z wozu, koniom lżej – można by sparafrazować znane powiedzonko.

Hodowla staropolska mitem stoi także z drugiego powodu: jak o tym m.in. w marcowym numerze „KT“ pisałem, było to przedsięwzięcie oparte tyleż na doświadczeniu oraz metodzie prób i błędów, co na przesądach i zabobonach.

Przede wszystkim, było to przedsięwzięcie nieudane. Nieudane dlatego właśnie, że jego rezultatem żaden „koń polski“ jako własna, rodzima rasa wierzchowa, bynajmniej nie powstał. Oczywiście powstaje pytanie: czy ktokolwiek stawiał sobie taki właśnie cel, czyli wyhodowanie rodzimej rasy koni? Nie, nikt sobie takiego celu nie stawiał. Choćby dlatego, że samo pojęcie „rasy“ pojawiło się w obiegu we Francji w końcu wieku XVII, a do Polski dotarło nie wcześniej niż 150 lat później – słownik Lindego go jeszcze nie zna, pojawia się dopiero w tzw. „słowniku wileńskim“ z 1861 roku.

Jednak różne rasy koni powstawały także w miejscu i czasie, gdzie nikt pojęcia „rasa“ bynajmniej nie znał – co więcej: działo się to zanim, na podstawie największego w dziejach Zachodu eksperymentu hodowlanego, jakim było utworzenie rasy koni pełnej krwi angielskiej, powstała nowoczesna teoria zootechniczna, potem na inne gatunki zwierząt przeniesiona.

Żeby własną rasę koni stworzyć nawet pojęcia o tym nie mając, potrzeba kilku rzeczy:
a)     względnej izolacji terytorialnej, w miarę możliwości wzmocnionej ksenofobią i przekonaniem o własnej, absolutnej wyższości, rozciągającej się także na stada i inny dobytek – Sarmaci odpadają w przedbiegach, bo nie tylko Rzeczpospolita wielkim gościńcem, czy jak twierdzi Clausewitz, „karczmą przydrożną“ była, ale i o jakiejkolwiek ksenofobii, wbrew obiegowym opiniom (ach, znowu te mity!), mówić trudno: starczy sobie u Rzewuskiego, w „Pamiątkach Soplicy“ o panu Sawie poczytać… - za to jednego i drugiego, tj. i izolacji terytorialnej i poczucia misji danej od Boga mieli pod dostatkiem Beduini na Półwyspie Arabskim, Turkmeni w oazach Achał i Merw, Berberowie na Saharze, a koniec końców – także Anglicy na tych swoich Wyspach, co to mgła od nich zacofany Kontynent, na którym jeździ się po niewłaściwej stronie drogi, odcina…
b)    czasu i konsekwencji: im więcej konsekwencji, tym mniej czasu; Anglikom, którzy byli bardzo konsekwentni, starczyło 200 lat; o wiele mniej jednak konsekwentnym Beduinom czy Berberom – sporo więcej; Sarmaci w sumie nie mieli ani czasu, ani konsekwencji…
c)     jakiegoś, powszechnie akceptowanego przez większość hodowców, systemu oceniania dzielności koni: u Anglików były to wyścigi (i dlatego udało im się tak szybko, że swoich „ocen“ dokonywali w oparciu o jedno, w dodatku bardzo proste, kryterium), u Turków rozmaite, często i regularnie odbywane agony konne (o których będzie jeszcze w „KT“, gdy pójdzie mój tekst „Po konie i kaftany Sarmatów nad Bosfor wyprawy…“, skądind zapewne jeszcze tego lata dostępny także w wersji książkowej), podobnie u Beduinów – a u Sarmatów..? Owszem, młodzież popisywała się przy okazji różnych kawalkad jeździecką sprawnością, a i rączością koni – ale to było całkowicie improwizowane, doraźne i niczemu, poza zabawą nie służące! Na żaden system złożyć się nie mogło…
d)    świadomego dążenia do wyhodowania możliwie jak najlepszych koni poprzez krycie najlepszych klaczy najlepszymi ogierami. Niby wszyscy to wiedzą – ale czy stosują..? Jak pisze Czapski, szlachcic polski wstydził się swoim ogierem „kupczyć“ i jeśli nawet udzielał go sąsiadowi, to za darmo – i bardzo rzadko. To niby jak w takich warunkach miała jakaś „narodowa“ hodowla powstać?

Nic więc dziwnego, że aż do końca istnienia Rzeczypospolitej najlepsze konie importowano. Głównie z Turcji – jak zaświadcza Beauplan, husaria jeździła na najlepszych koniach wyhodowanej w tureckiej Karamanii, prowincji w zachodniej Anatolii, zamieszkałej głównie przez Turkmenów… To tak a propos „egzotyczności“ koni achałtekińskich w Polsce!

[Tu przerwał mi pisanie tętent kopyt za ścianą. Buba i Maleństwo wyszły sobie na poranny spacer. Ponieważ Melesugun nie mogła, a bardzo chciała, to dały razem – jedna wewnątrz, dwie na zewnątrz ogrodzenia – piękny popis bryków, zwrotów na zadzie, skoków przez gałęzie, sliding stopów, wykopów i wymachów… Jaka szkoda, że Państwo tego nie widzieli!]

O tym, że najlepsze konie importowano przesądzał także po Arystotelesie odziedziczony przesąd, że klimat kształtuje konstytucję cielesną ludzi i zwierząt. Ponieważ na wojnę potrzebne były konie gorącej krwi i suchej, pozbawionej nadmiaru tłuszczu i „flegmy“ budowy – szukano ich w cieplejszym i suchszym od naszego klimacie. Skądinąd całkiem słusznie, choć może nie z powodów, które się Stagirycie roiły…

No dobrze, ale jak to w końcu z tymi łaciatymi końmi w dawnej Polszcze było? Używano takich, czy nie? Wyśmiewano jako pańską zachciankę, czy zazdroszczono..?

Nie ma prostej odpowiedzi na te pytania. Przede wszystkim przez wzgląd na wielką posuchę w źródłach. O koniach, jeśli gdzieś są w ogóle wzmianki, to tak skąpe i małomówne, że aż żal ściska. Jak to słusznie podsumował ks. Chmielowski: „koń, jaki jest, każdy widzi“! Po co było pisać o rzeczach wszystkim wiadomych, prawda?

Wiadomo, że maść konia miała dla Sarmatów znaczenie. Przede wszystkim, naturalnie, w odniesieniu do koni paradnych – zarówno karecianych, jak i wierzchowych, w tym tzw. „luzaków“, tj. koni które zwykle w orszaku pańskim luzem prowadzono gwoli większej ostentacji.

Na pogrzebie królewskim prowadzono karego konia. Konie tej maści zdaje się, traktowane były jako zły omen i stąd niechętnie w innym celu niż pogrzebowa parada używane. Księcia Józefa Poniatowskiego Szumka miał był być rzekomo kary i podobno szemrania w wojsku to wywoływało, że nieszczęście musi przynieść. Skądinąd nie ma zgody w źródłach, czy w Elsterze utonął książę Pepi spadając z Szumki, czy raczej z jakiegoś anonimowego, żołnierskiego konia, na którego wsiadł, gdy mu własnego ubito.

Bardzo chętnie używano koni tarantowatych. Takich jak Tarantul na zdjęciu, które już zresztą bodaj dwa razy w różnych gazetach było publikowane – bo przyznać trzeba, że konik ładny.

Sarmaci lubili także konie malowane. Zarówno w przenośni – tj. posiadające ciekawe wizualnie, czasem bardzo duże, białe odmiany na nogach i głowie (gdzieś u Czapskiego czytałem o koniu pewnego polskiego „panka“, który w Wiedniu furorę zrobił, mając na nogach bardzo duże odmiany, a przy tym wiele cnót i umiejętności, czym samego cesarza zachwycił – dokładnie to sprawdzę przy najbliższej wizycie w Bibliotece Narodowej). Jak i dosłownie, ponieważ panowie polscy, konie swoje zwyczajnie farbą malowali! W ten sposób uzyskiwali niespotykane w naturze barwy, a i wstydliwy fakt, że drugiej, trzeciej, czy czwartej szóstki do karety nie mieli, mogli w ten sposób ukryć…

O srokaczach jednak, jak się te wszystkie lata przez różną literaturę z epoki przekopuję, tak nie pamiętam, żebym kiedykolwiek bodaj jedną wzmiankę spotkał. Ale obiecuję jeszcze raz sprawdzić!

Porównanie srokatego konia do krowy nie może być bardzo starej daty. Ostatecznie, rodzime polskie bydło to krowy czerwone, prawda? Czarno – białe są holenderki, których wcześniej jak w połowie XIX wieku chyba do nas nie sprowadzano, a i to początkowo raczej na małą skalę. Faktem jest, że się z takim, dla srokaczy nader obraźliwym porównaniem kilka razy w różnych i wzajem od siebie niezależnych źródłach spotkałem. Faktem jest, że ani Turcy, ani Arabowie u swoich koni odmian poza głową i nogami (za wyjątkiem tzw. „kciuka Mahometa“, czyli małej, białej plamki na szyi lub na łopatce) nie tolerowali.


Rasy polskich koni, jakie się w drugiej połowie XIX wieku ukształtowały – tj. konie małopolskie, poznańskie i śląskie (a także najbliższe chyba hodowli staropolskiej, choć same nie polskie, konie trakeńskie) oryginalnie z całą pewnością żadnych srokaczy nie miały. Dopiero w XX wieku dolew różnych importów sprawił, że się takowe spotyka – a, choć maść jest akurat najostatniejszą z rzeczy, na jakie konia oceniając, trzeba zwracać uwagę, to mnie srokaty koń wpisany do wielkopolskiej księgi razi estetycznie i z całą pewnością, gdybym kiedykolwiek miał moją starą i kulawę Dalię kryć, to na pewno nie srokatym ogierem! Choćby i czempionem świata był…

2 komentarze:

  1. Świetny wpis. Mam nadzieję, że kiedyś też dorobię się tak dobrego pióra (czy może klawiatury;)

    Gdzieś wyczytałem, że kiedyś biedni właściciele koni (ale nie tylko koni)z powodu nieznajomości genetyki sprzedawali najlepsze konie, sobie zostawiając te gorsze. Wychodzili z założenia, że na dobrej paszy (brak konkurencji lepszych koni) koń podreperuje swoje zdrowie. Nie wiedzieli, że w ten sposób przyczyniają się do długofalowej degeneracji gatunku.

    OdpowiedzUsuń
  2. Jeśli u biednego hodowcy przypadkiem narodzi się dobrze rokujący koń, to sprzedać go wcale nie jest takie głupie: wykorzystanie w pełni jego możliwości może być bardzo kosztowne!

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...