sobota, 6 marca 2010

Dzień po – cz. 2

Jako że był już piątek, o czym coraz to zyskujący na pewności siebie Oleśnicki nie omieszkał przypomnieć, na dębowe stoły w refektarzu, w którym niespełna trzystu Jaksowych ochotników mieściło się z łatwością, wiele jeszcze wolnego miejsca mając, poganiani przez Jaksowego druha, Józefa, który pieczę nad kuchnią przejął, krzyżackie kuchciki, a i kilku do tej posługi zmobilizowanych z ochotniczej czeladzi, wnosić poczęli najpierw wielkie wazy z pospiesznie przyrządzoną rybną polewką.

Ciepły rosół z ryby przywrócił Jaksie przytomność. Wokół zaczynała się regularna pijatyka. Obok kuf z piwem, które na środku stały, wyciągnięto też i odszpuntowano beczki z winem, a także flasze z jakimś mocnym trunkiem, które penetrujący zamkowe zapasy Jan w aptece konwentu znalazł. Trunek ten, pachnący ziołami, a mocny, wielce ucztujących zaciekawił. Że jednak gąb, które go spróbować chciały, było więcej niż flasz, te ostatnie szybko wyschły, pozostawiając kompanię nieutuloną w żalu, choć pokrzepioną i na ciele i na duszy. Wina zresztą i piwa, o którego cnotach niepodobna już dłużej się rozwodzić, nie wyglądało na to, że może zabraknąć. Zamkowe piwnice, choć kontentowaniem tylu gości Zakonu, na wojnę przybyłych, wielce musiały być uszczuplone, zapełniano regularnie i jak na tak nieliczną kompanię, jaką Jaksa przyprowadził, niewyczerpanym wydały się skarbcem.

Zupełnie przeciwnie niż pieniężny skarbiec zakonny, gdzie po wyłamaniu drzwi (na próżno Oleśnicki bronić im próbował, coś o zdradzie stanu przy tym krzycząc), znaleźli tylko skrzynie pełne jakichś pergaminów. Nikt z przybyłych nie miał nic przeciwko temu, żeby drzwi na powrót zawrzeć, dla pewności deskami je zabijając i postawić przed nimi jednego z Tatarów. Właściwie po co? Że jednak bisurmanie i tak do pijatyki się nie przyłączali, milcząc tylko ponuro lub po swojemu szwargocząc, nie było powodu, żeby się temu dziwnemu Oleśnickiego zarządzeniu sprzeciwiać.

Zresztą towarzystwo, spragnione, niewyspane i głodne (w tej właśnie kolejności), zwiedzanie zamku i plądrowanie jego skarbów odłożyło sobie do sposobniejszej pory, słusznie zakładając, że reszta wojska wcześniej jak za kilka dni w Malborku nie stanie i będzie na to jeszcze dość czasu. Tymczasem skupiono się wokół refektarza i kuchni na Średnim Zamku, gdzie już i powoli na schodach i krużgankach poczęli się pierwsi z czeladzi, najbardziej widać zmęczeni i z najsłabszymi głowami, na kosztownych materiach w pałacu Wielkiego Mistrza znalezionych, do snu układać.

Po rybnej polewce i chlebach, chaotycznie nieco, choć pospiesznie pracująca kuchnia, wydała ucztującym najpierw słodkie kołacze i miody, a gdy i te już zjedli i wypili, od czego też i pierwsze żygowiny posadzkę refektarza i kąty dziedzińca ozdobiły (osobliwa rzecz: największa słabość żołądków tych dotknęła, co się pierwsi do aptecznych flasz dorwali!), na salę poczęło docierać danie główne: ryby rozmaite pieczone i gotowane, kasza na maśle z ziołami i temu podobne specjały.

Jaksa po tym, jak drugą ość rybią z podniebienia sobie wydłubał popatrzył na ten postny zestaw z głęboką pogardą, zerwał się z ławy żwawiej niż można by się spodziewać po kimś, kto do pierwszego półgarnaca już dwa kolejne dołożył, kilkoma kielichami wina, czarką miodu i połową jednej z aptecznych flasz poprawiając i chwiejnie nieco wytoczył się na dwór. Oddał mocz pod najbliższą kolumną, piardnął głośno, beknął i poczuł rozkoszną woń tłustego mięsa: Tatarzy, do kuchni nie wpuszczeni, rozpalili na środku dziedzińca ognisko i piekli dopiero co zarżniętego barana. – Bisurmanie! – powiedział głośno. – Wiedzą co dobre!

Upartego klechy nigdzie po drodze nie widząc, stoczył się do kuchni. Jak słusznie przypuszczał, druh jego Józef, kuchcikami za pośrednictwem jednego ze zmaltretowanych półbraci dyrygując, sam się zimnym mięsem zajadał. – Dawaj i mnie! – Ryknął Jaksa od progu. – Wszak świętujem dzisiaj, a klechy tu nie ma!

- Ciszej, bracie miły. Jeszcze usłyszy, zobaczy, doniesie… Już i tak na tych po drodze zostawionych krzywo patrzył.
- A co miałem z nimi robić? Zresztą, nikt się nie dowie, a jak by co, zawsze będzie można na chłopów swawolnych zrzucić. Króla to nie obciąża, a mnie… Po prawdzie, to teraz trochę mi ich żal, ale zły byłem. Piwa daj!
- Nalej sobie z tamtej kufy. Wino też tu mamy. A mięsiwo przednie.

Nagle hałas powstał nadzwyczajny na dziedzińcu. Krzyki, tupot wielu nóg, skrzypienie jakichś drzwi, wreszcie szczęk żelaza.

Dobrze już podchmielony Jaksa, na ramieniu druha się wspierając, wspiął się po stromych schodkach na dziedziniec. Od strony Wysokiego Zamku bramą wdzierali się na dziedziniec knechci, z zaskoczenia zmiatający przed sobą pijanych i śpiących.
- Co u licha? Skąd..?
Jaksa chwycił się za pas, ale miecza przy boku nie było. Został w refektarzu. W tym momencie wśród atakujących zobaczył białe płaszcze z czarnymi krzyżami. Ani chybi, więźniowie się uwolnili i bunt podnoszą. Porwał pierwszy lepszy ostry przedmiot, jaki wpadł mu w rękę – był to akurat masywny ruszt do opiekania mięsiwa, który przy odrzwiach kuchni stał – i z dzikim wrzaskiem furii rzucił się w stronę walczących. Nim dobiegł, coś mu zaświstało koło głowy, a pierwszy szereg knechtów zgodnie nakrył się nogami. Tatarzy na środku dziedzińca poniechali ciągle nie dopieczonego barana i chwycili za łuki. Z tej odległości, trudno im było chybić. Nie zważając na ryzyko postrzelenia, Jaksa puścił się pędem, ruszt przed siebie jak włócznię ostrzem do wroga wystawiając. Znacznie się przed swoich wysforował i pierwszy dopadł bramy. Dopiero dobre dziesięć kroków za nim pędził z kuchennym tasakiem miasto topora Józefa. Za nim zaś, każdy z taką bronią, jaką znalazł, wywabiona hałasem z refektarza i jego okolic czeladź.

Gdyby byli trzeźwi, albo już leżeli pokotem po uczcie, źle by się dla nich to starcie skończyło. Dwie chorągwie komtura świeckiego Henryka von Plauena minęły się tego ranka na płaskich Żuławach z dziesiątkiem Tatarów tak, że jedni i drudzy nawet się nie zobaczyli – jak to się mogło stać, pozostanie na zawsze tajemnicą. W każdym razie o tym, że wróg zajął już Zamek, komtur dowiedział się dopiero pod murami, bez przeszkód przejechawszy most na Nogacie, którego Jaksa nie pomyślał nawet zrzucić. Mimo otrąbienia, nikt nawet się nie wychylił z okienka mostowej bramy: zostawiony tam Tatar spał tak słodko, że i trąby archanielskie by go nie zbudziły.

Podjrzewając w najlepszym razie ciężką na zamku po klęsce, o której już wiedział panikę i obiecując w duchu tego, kto posterunek porzucił, przykładnie na murach obwiesić, komtur skierował się na czele swoich znużonych i zestrachanych (co tu kryć) jeźdźców pod murami wzdłuż Nogatu i, zostawiwszy konie na brzegu, wszedł nie strzeżoną, boczną furtą do Wysokiego Zamku. Całkiem pustego, bo po pobieżnym przejrzeniu zdobywcy stwierdzili, że surowe dormitoria braci zakonnych, którego go głównie wypełniały, nic ciekawego do zrabowania nie oferują. Dopiero przy bramie na Średni Zamek prowadzącej, natknęli się na pijanego, który się aż tam zatoczył, nim ducha stracił. Po barwie, a raczej jej braku widząc, że to obcy, żelazny komtur wydobył miecz i swoich (coraz to bardziej zestrachanych – co tu kryć!) knechtów przodem wysłał. Ci zrazu, samych tylko pijanych i śpiących widząc, naprzód od bramy śmiało postąpili. Gdy jednak najpierw zdziesiątkowały ich tatarskie strzały, a potem przeraził straszliwy ryk i widok biegnącego z ostrym rusztem, umorusanego kuchenną sadzą potwora, za którym gromada równie strasznych stworów z Piekła rodem biegła, pierzchli za plecy samego komtura, który nagle znalazł się na wprost rusztu Jaksy. Von Plauen z zaskoczenia nie zdążył się zasłonić tarczą, gdy ciężki ruszt jak czekan wbił się w przednią płytę jego zbroi. Bitwa skończyła się, nim się zaczęła. Pijani tak, że aż stali się odważni, ochotnicy roznieśli na mieczach, toporach, tasakach i pogrzebaczach prawie cały komturowy oddział, z jego własnej chorągwi, oraz z chorągwi przez rycerstwo i mieszczan Świecia wystawione tak, że tylko kilkunastu, których dla pilnowania koni na brzegu Nogatu zostawiono, salwowało się ucieczką. Tych zabili wracający z nieudanego zwiadu Tatarzy.

Dochodziło południe. Jaksy uznawszy, że dwa bohterskie czyny jednego ranka – zajęcie nieprzyjacielskiego stolicy i wygrana bitwa – to za mało, a przy tym trochę od ruchu wytrzeźwiały, ruszył na zwiedzanie Podzamcza i miasta, z niespełna stu domów i spichrzów złożonego. Jego uwagę przyciągnęły niewieście piski z jednego z niskich, wzdłuż murów zewnętrznych rozłożonych domków dochodzące.
- Co to jest? – zapytał całkiem trzeźwo. – Dziewki..? Mieszczki zostawcie chyba, król zły będzie…
- To zamtuz, ppanie – wyjąkał półbrat, którego sobie wziął za przewodnika.
- Zamtuz?
- Ddla gesten… Nigdy nie byłem – półbrat zaczerwienił się po same włosy. – Ale słyszałem.
- Dobra! Dość tej swawoli! – ryknął Jaksa na swoich. – Zabieramy dziewki i wracamy na zamek! Nie chcę ja więcej niespodzianek, świętować pora!
Wiele, trudno powiedzieć jak wiele godzin później, Jaksę obudził dotkliwy ból. Ból członków pozbawionych dopływu krwi. I ból głowy tak straszny, jakby mu kto czaszkę świdrem nawiercał. Próbował jęknąć, ale ze spieczonego gardła nie wydobył żadnego dźwięku. Kiedy odemknął oczy światło poraziło go tak gwałtownie, że chwyciły go nagłe torsje i dusząc się własną żygowiną, zwomitował. Na tyle go to otrzeźwiło, że zdał sobie sprawę, iż leży, na płask wyciągnięty i za nogi i ręce, całkiem już zesztywniałe, przywiązany do tej samej dębowej ławy, na której paść widać musiał poprzedniego wieczora. Wokół słychać było chrapanie, rzężenie, pierdzenie i inne odgłosy typowe dla ciężkiego po pijatyce poranka. Na ile mógł odwrócić głowę, wszyscy jego ludzie tak samo byli do ław i stołów przywiązani. Ani chybi – pomyślał – znowu jacyś krzyżacy na zamek wpadli i tym razem, śpiących zastawszy, pełne odnieśli zwycięstwo.

- Obudziliście się wreszcie, panie Jaksa. – usłyszał głos Oleśnickiego. Głos dobiegał zza jego pleców, przemieszczał się jednak, co widomym było znakiem, że klecha wolno chadza. Czyżby to nie krzyżacy? – Straszne podejrzenie zrodziło się w głowie Jaksy. Jakoż istotnie, za chwilę zobaczył przed sobą znajomą postać.
- Oszczędzajcie siły, rycerzu. To ja kazałem Tatarom was związać. Jesteście nadto nerwowi. Osobliwie, kiedy was pragnienie męczy a zgaduję, że wiele byście teraz dali za dzban piwa, prawda..?

Jaksa próbował coś odpowiedzieć, ale z jego ust wydobył się tylko nieartykułowany bulgot. Oleśnicki przechadzając się wolno między związanymi i unikając smrodliwych oparów, jakie się kłębiły przy każdym z ich oddechów, kontynuował:
- Jesteście, panie Jaksa, zadziwiającym człowiekiem! Korona wiele wam zawdzięcza: kto wie, co by się stało, gdybyście tak głośno, przy wszystkich chęci pójścia na ten zwiad nie wykrzeczeli..? Król nasz, choć bitwą najlepiej jak mógł dowodził, przecie się zafrasował widząc, jak wielki Zakonowi pogrom sprawia… I jest się czym frasować!
- Uważajcie panie Jaksa, jak mi się to zdaje: Zakonu już nie ma, a wyście, pana von Plauena na rożen nadziewając, bodaj czy nie dobili go już całkiem. W całych Prusach nie zostało więcej niż 30, może 40 braci. Zbyt starych, żeby mogli miecz wziąć do ręki, albo zbyt młodych, żeby mieli jakiekolwiek poważanie. Teraz są przerażeni i wątpię, czy jakakolwiek twierdza będzie bodaj próbowała oporu. Miasta i biskupstwa już pewne na wyścigi hołd królowi jegomości składają…
- Czym tu się frasować, myślicie panie Jaksa..? Ano tym najpierw, że Zakonu już nie ma, ale ostali przecie Zakonu przyjaciele: król węgierski, świeżo też królem Niemiec obrany (ma ci on tam, po prawdzie, swoje zajęcie, bo wybór nie był jednomyślny i póki się los tej korony tak, czy inaczej nie rozstrzygnie, nie będzie mógł na nas zbyt śmiało następować…), Zygmunt i król czeski, Wacław. Ten ci wprawdzie wojennym panem nie jest, jako i wy do kielicha skory bardziej niż do wojaczki, a przy tym słabego zdrowia. Z Zygmuntem już wojnę mamy. Teraz i Wacław do niej przystąpi. Choćby dlatego, że nasz król jegomość, Prusy i Pomorze (wszak pomorscy książęta w niewoli…) zawojowawszy, spotężniał zbytnio i strach musi u obu Luksemburczyków jednaki teraz wzbudzać… Dalej – zostali jeszcze bracia inflanccy i zostali krzyżacy w Nowej Marchii w Niemczech. Niby to nic, ale i jedni i drudzy mogą być powodem do nowej wojny. Wprawdzie elektor brandenburski, Jodok z Moraw, antykrólem przeciw Zygmuntowi obrany, nie będzie się z nim sprzymierzał, a gdyby ten chciał Nową Marchią zawładnąć, to mu na pewno przeszkodzi – też mu jednak wcale nie zależy, żeby ta ziemia do naszej wróciła Korony. Król nasz musi teraz co prędzej nad Noteć ruszyć, żeby obu tych konkurentów ubiec i samemu tę ziemię zająć. A już Inflanty –oddzielna bieda. Inflanccy bracia będą teraz na całym świecie o pomoc prosić i kto wie, gdzie chętne znajdą uszy..? Duńska regentka Małgorzata już niemłoda, ale to przecie waleczna niewiasta, a jej adoptowany syn, Eryk, krewnym jest tych książąt pomorskich, którzy teraz u króla jegomości w łykach siedzą…
- Przeciw Duńczykom (za którymi i Szwedzi i Norwegowie, jedną złączeni koroną idą…), możem się z Hanzą i z hrabią Holsztynu sprzymierzyć – ale niepewni to sojusznicy. W Hanzie do tej pory prym wiodła Lubeka. Czy jednak długo tak będzie, kiedy Gdańsk, z Koroną złączony, pocznie się teraz bogacić? Hanza przy tym o trzos dba i o nic więcej. Za tym pójdzie, kto jej więcej obieca. A czy królowie Czech, Niemiec i Węgier nie mogą Hanzie więcej od naszej Korony obiecać..?
- Wreszcie, jeśli przeciw królom Czech i Węgier, przeciw Duńczykom sprzymierzeńców da się znaleźć – to z kim przyjdzie się sprzymierzyć przeciw rodzimej króla jegomości Litwie..? Żadna to tajemnica, że tylko strach przed pruskimi panami był spoiwem tej unii. Teraz strachu już nie ma. Wielki książę Witold, który nie raz miał już przecie z naszym królem na pieńku i nie raz przeciw sobie stawali, na pewno czuje się teraz zagrożony. A i małopolskim panom może się przypomnieć obietnica, przez króla najpierw złożona, że całą Litwę do Korony przyłączy, ich posiadłości przy tym znakomicie zwiększając…
- Ot i cała bieda, panie Jaksa. Gdybyśmy tylko pobili Zakon. Upokorzyli go nawet. Zmusili do oddania Żmudzi i Ziemi Dobrzyńskiej. Może jeszcze jakich pogranicznych grodów – i pokój zawarli, wojna by się wnet skończyła. Król Zygmunt szybko by się czym innym zajął, a król Wacław nie zdążyłby nic przeciwko nam uczynić. A tak – wojna pewna. Długa wojna. Powszechna. Kto wie, czy i Francji i Anglii i Italii nie sięgnie? Kto wie, jak się nam na tej wojnie powiedzie? A wszystko to – patrzy mi się: wasza to zasługa, panie Jaksa!
- Gdyby nie wasze zgłoszenie, król by pewnie kilka dni dał wojsku po tak świetnym zwycięstwie odpocząć. Ruszył na Malbork nieśpiesznie, niby to hołdy po drodze odbierając, a w rzeczywistości patrząc tylko, jak się możliwie szybko od tej wojny uwolnić, żeby mieć na innych granicach rozwiązane ręce. A tak, skoroście się zgłosili, trzeba was było jak najszybciej posłać i z sensem, żeby kto w wojsku i między panami przeciw królowi i Litwie nie gadał, albo sam na podobny pomysł nie wpadł. Król postarał się tylko, żebyście nie mieli szans czego wielkiego dokonać. Pozwolił wam samych najgorszych pijaków i obiboków z całego wojska wybrać. Nikogo znaczniejszego i poważniejszego na wodza nie naznaczył. Sam byłem pewien, że jeśli w ogóle pod Malbork dojedziem, to nas pobożny komtur von Plauen nieźle wyszczerbi. Taka mała porażka może by i dobrze wojsku zrobiła; teraz będą panowie koronni jeszcze bardziej pewni siebie, a to się może źle skończyć…

- Uwolnię was, panie Jaksa i każę wam dać piwnej polewki, jeśli obiecacie zachować spokój..! Na zamku już piwa ani wina więcej nie ma. Tatarzy wszystko wylali. Króla tylko patrzeć, bo spiesznie tu idzie. Goniec od niego już przybył i na pojutrze, na poniedziałek, przybycie majestatu zapowiedział. Byłoby lepiej, gdybyście się stąd wynieśli. Słyszałem od miejscowych, że w Elblągu łyczkowie dobre piwo ważą… Jak wam teraz niedobrze w siodle się telepać, to może szkutą spłyniecie, kilka na Nogacie takich widziałem..?

Koniec

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...