piątek, 5 marca 2010

Dzień po – cz. 1

Spróbuj pierwszy! – Jaksa niemal nadział drżącego ze strachu półbrata na ostrze miecza. Tamten, popchnięty mieczem, z trudem zdołał podnieść oburącz wielki, cynowy kufel z przykrywką. Spod przykrywki spłynęła piana i trochę brązowego, ostro pachnącego słodem płynu. – Szybciej – poganiał go Jaksa, nie mogąc oderwać oczu od kropli boskiego nektaru spływających ściankami naczynia. Półbrat upił, więcej wylewając, niż łykając, jednak ten symboliczny gest w pełni zadowolił rycerza. Odłożył miecz na dębową ławę i wyrwał kufel z rąk jeńca.

Następna chwila była najrozkoszniejszą w życiu Jaksy od wielu, wielu niedziel. Na pewno – najrozkoszniejszą od trzech dni i trzech nocy, od chwili gdy, jak wszyscy inni, wyszedł wreszcie z chłodnych krzaków na skraju pagórkowatego pola i rozpoczął obłędny taniec śmierci. Nie, żeby Jaksa miał cokolwiek przeciw dobrej bijatyce, o nie! Ale nie dość, że do bitwy trzeba było iść o wodzie i solonym mięsie, to i po zwycięstwie król jegomość takim samym chciał ich poczęstunkiem ukontentować. Widząc rozbijane w dopiero co zdobytym obozie krzyżackim beczki z winem Jaksa czuł się prawie tak, jakby to jego własna krew wsiąkała w spieczoną lipcowym skwarem ziemię.

W głowie Jaksy, który z kilkoma zaledwie rycerzami zapuścił się jako jeden z pierwszych, tuż za żądną rabunku czeladzią do krzyżackiego obozu koło wsi Grunwald, zakiełkowała pewna myśl. Pojawienie się tuż obok śmiertelnie znużonego Zyndrama z Maszkowic na pokryty pianą koniu, pomogło Jaksie, własną śmiałością zdziwionemu, myśl tę natychmiast niemal przez spieczone z pragnienia usta wyartykułować:
- Wielmożny panie! Pozwólcie słowo…
- Czegóż chcecie, człowieku..?
- Nie wszystkie krzyżaki pobite leżą. Wiela uciekło. A i nie wszystkie tu byli. Nasze wojsko znużone. Litwa dopiero się zbiera. Pozwólcie, panie: pójdę wypatrzyć, czy na nas jakiej zasadzki nie gotują..?
- Jak pójdziecie? Pieszo? Toć koń wasz ledwo już nogami powłóczy. W całym wojsku królewskim nie znajdzie się teraz świeżego konia, chyba że dla gońca, co już do Krakowa ruszył, ten był ostatni.
- A te tu wezmę… - tu Jaksa wskazał na gromadę krępych, włochatych zwierząt z wielkimi łbami, które zostały w jedynej w całym krzyżackim obozie ocalałej zagrodzie dla zwierząt. Nie były to rycerskie wierzchowce bojowe, bracia je widać dla innych celów trzymali, a w ucieczce musieli zapomnieć, czy poniechać. Jaksie wydały się dla jego celów najzupełniej wystarczające. Po prawdzie, to nie myślał o niczym więcej, jak o znalezieniu najbliższej karczmy, czy bodaj sioła, na tyle od głównej armii odległego, żeby mógł bez królewskiego oka pragnienie ugasić…

Teraz, kiedy wreszcie, po trzech nocach i dwóch dnia od tamtej rozmowy mógł to uczynić patrzącym zdało się, że tęgą postać rycerza na chwilę otoczyła cudowna światłość. A to tylko oczy mu się coraz to bardziej śmiały w miarę, jak zawartość kufla znikała w jego spragnionym gardle. Pierwszy łyk cudownie nawilżył mu usta, a potem gardło. Kolejne zrazu chłodziły, a w miarę, jak boski trunek rozlewał się po wszystkich członkach ciała, poczęły przyjemnie ogrzewać go od środka. Radosne podniecenie i błogość ogarnęły Jaksę.

Kiedy odstawił kufel, ten – pół chełmińskiego garnca mieszczący, całodzienna porcja dla dwóch rycerzy krzyżowych! – był pusty. Jaksa czknął, poklepał się po brzuchu i potoczył wokoło lekko tylko zmętniałym wzrokiem:
- Coście tak gęby rozdziawili..? Spragnionym był! Zacne piwo! Niech te huncfoty wciągną tu kufę albo lepiej od razu dwie. A potem zamknijcie ich w jakim lochu, co by nam nie mieszali biesiadować..!
- Acha! Macie tu jaką strawę..? – to było do gromadki wystraszonych sług zakonnych. Jedyny z nich, który rozumiał po polsku, jąkając się odpowiedział: jjja, w kkuchen na ddole…
- To migiem mi to tutaj i na stół! A potem – do lochu..!

Jaksa rozejrzał się wokół z satysfakcją. Cóż: warto było poczekać! Bo przebiegły oboźny oczywiście przejrzał jego zamiary. Nie było mowy o dobraniu kilku kompanów i zdobyciu najbliższej karczmy. W kilka pacierzy niezmordowany Zyndram zebrał do trzech setek ochotników spośród czeladzi, a do wskazanych przez Jaksę krzyżackich podjezdków (opiekujący się nimi Prus mówił o nich: „swiejki“), wytrzasnął jeszcze jak spod ziemi po dwa, możliwie mało zmęczone konie dla każdego ochotnika. A król, ochrypły po całym dniu wydawania rozkazów, gestem przywołał podkanclerzego Mikołaja Trąbę i coś mu długo na ucho klarował. W rezultacie Jaksa wyjechał w noc na czele znacznego podjazdu, mając za sobą trzystu ludzi, z których każdy prowadził luźnego konia, a obok siebie przeżuwającego w melancholijnym milczeniu kawał surowego mięsa Tatara, i stu jego odzianych w owcze skóry pobratymców. Niemiłe towarzystwo. Niby przy tym zaszczyt: Jaksa wprawdzie rycerz pasowany i już przy szturmie Dąbrówna wyróżniony, ale żaden dostojnik, tak znaczny oddział pod komendę dostał. Tylko jaka to komenda, skoro i Tatar jakieś swoje osobne rozkazy odebrał i jeszcze na dokładkę obarczono Jaksę młodym klerykiem, podobnoż królewskim sekretarzem. Zbigniew Oleśnicki go zwali. Na szczęście, czymś widać strapiony, młodzieniec milczał przynajmniej i w nic się nie wtrącał, posłusznie przesiadając się z konia na konia, co jakiś czas prowadząc oba w rękach, z ręki owsem karmiąc i pojąc, gdy tylko mijali jakąś studnię lub ruczaj. Tyle dobrego, że Jaksa, widząc co się święci, dwóch najbliższych kompanów, choć obaj byli już od krwi krzyżackiej czerwoni cali, Jana i Józefa, zdołał sobie na pomocników dobrać. Że oni tylko we trzech rycerskiego byli rodu i stanu, czeladź poddała się ich rozkazom bez szemrania. O karczmie jednak, można było tylko pomarzyć.

Iść mieli prosto jak strzelił na Malbork, przed samą krzyżacką stolicą skręcając ku południowi. Chwytać zbiegów, jeśli się jakich dogoni i rozeznać, co robią te siły krzyżackie, już od starosty bydgoskiego raz pobite, co pod Świeciem zostały. To stwierdziwszy, rozłożyć się pod Malborkiem i czekać przybycia króla i wielkiego księcia Witolda. Gdyby jaka zasadzka była po drodze szykowana, króla o tym nie czekając uwiadomić.

Zbiegów w rzeczy samej Jaksa schwytał nawet i wielu, a nie wiedząc, co z nimi czynić – nie miał ludzi, a bardziej koni, żeby ich gdziekolwiek odsyłać, puścić było niesporo, a przy tym od złości na samego siebie (że też mu przyszło do głowy takie coś! Mógł w obozie zostać, choć i o wodzie i solonym mięsie, a przecie, że wygodniej niż telepiąc się na zbyt małym siodle w rytm drobnych, wybijających kroków pruskiego „swiejka“..!) coraz to bardziej był zawzięty, ze wszystkimi krótko kończył, szlak swój zwłokami wzdłuż gościńca znacząc.

Niedorzecznym było zupełnie, że w pośpiechu nikogo, kto by niemiecką mową władał, ze sobą nie wzięli. Łacina młodego Zbigniewia mniej jeszcze była pomocna niż polska, litewska lub ruska mowa, którą wielu spośród schwytanych rozumiało. Nie spodziewając się od przerażonych uciekinierów niczego ciekawego dowiedzieć, po kilku pierwszych próbach, Jaksa dał spokój przesłuchaniom i nawet już nie sprawdzał, kogo morduje. Jeden więcej – myślał sobie – jeden mniej, co za różnica? Piwa, jak nie było, tak nie ma..!

No to wreszcie jest! Mocne. Chłodne. Z zamkowej piwnicy wyciągnięte. Z każdym łykiem wracające życie wysuszonym członkom i humor zapiekłej z pragnienia i złości głowie. Wnet też zasiedli całą gromadą na dębowych ławach. Wyjątkowo, Jaksa nie czynił różnicy między rycerską kompanią a zwykłymi ciurami – nie mógł zresztą, wszyscy się przez te trzy noce i dwa dni tak samo wytelepali, bunt wybuchłby niechybnie, gdyby im upragnionego napoju teraz odmówił. Tatarzy tylko, jako bisurmanie, trunkiem gardzący, objęli straż nad więźniami, skarbcem i bramami. Nie wszystkimi pewnie. I było ich zbyt mało, żeby jaki poważniejszy napad odeprzeć. Jaksa się jednak żadnego poważniejszego napadu nie spodziewał.

Oczywiście zabłądzili. Co gorsza, nie na samym początku, pod Olsztynkiem, gdzie okolica jeszcze całkiem dzika była, tylko prawie u celu, pod Malborkiem. Zamiast obejść zamek i miasto, wychodząc nad Wisłę pomiędzy dawnym Zantyrem a Gniewem, skąd najłacniej można się by było wywiedzieć, gdzie się podziewają te wojska, które Świecia strzegły, wjechali prosto na wschodnie mury zamkowe. Co spostrzegli dopiero, gdy pierwsze poranne zorze, zapalające niebo za ich plecami, odbiły się łuną w mozaikowym płaszczu ogromnej figury Najświętszej Maryi Panny zdobiącej zewnątrzną ścianę zamkowego kościoła.

Nie było innego wyjścia. Kto inny może by się zastanawiał. Planował strategię. Jednak wysuszony do najgłębszych trzewi swej istoty Jaksa poczuł z głębin tej czarnej na tle gwieździstego nieba masy, jedną tylko odbijającą światło mozaiką i kilkoma ognikami, co się chybotliwie na murach bełtały, bramy zapewne znacząc rozświetlonej, zew tak potężny i pierwotny, że nie mógł zrobić nic innego, niż popędzić konia. Jego pruski „swiejki“, który nadspodziewanie dobrze zniósł drogę (jeden z jego własnych luzaków, którego wziął na zmianę, padł poprzedniego wieczora) zarżał radośnie, czując zapach rodzimej stajni. Rżenie obudziło drzemiących w siodłach, którzy dopiero teraz z otwartymi ustami wpatrywali się w zbliżające się mury.

Oleśnicki przepchnął się do pierwszego szeregu.
-       Co czynicie, panie? Zaraz nas zastrzelą!
-       Po ciemku? Nie trafią, księże! A ja czuję… Ja wiem – tam jest piwo..!
Słowo to przeleciało wzdłuż całej kolumny. „Piwo“, „piwo“, „piwo“..!

Kolumna przyspieszyła. Kolejne pruskie koniki radosnym rżeniem witały się ze znajomymi murami. Odgłos ten, tak pokojowy, a być może fakt, że przez ostatnie godziny z tej strony wielu musiało do zamku wjechać uciekinierów sprawił, że zastali bramę szeroko otwartą. Bez komendy ruszyli galopem.

A teraz sposobią się do (bardzo wczesnej) uczty w Wielkim Refektarzu. Zamek był prawie pusty. Zastali w nim mniej niż dwustu przerażonych knechtów, którzy rzucili broń i poddali się na sam widok obcych (i bardzo, po tak forsownym marszu, dzikich!) jeźdźców. Oraz kilku braci zbyt starych i chorych, żeby uciec. Bo nawet tych kilku, czy kilkunastu rozbitków, którzy mogli wyprzedzić Jaksę, zajeżdżając swoje konie na śmierć, nie zatrzymało się w stolicy, tylko uciekło dalej – do Elbląga lub nawet do Królewca.

Jaksa był na tyle przytomny, by wśród pojmanych znaleźć kilku władających polską mową i tych użyć do dyrygowania pozostałymi. Natychmiast wytoczono kufy z piwem. Rozpalono w kuchniach. Z miasta wezwano burmistrza i rajców, zamykając ich razem z pojmanymi braćmi zakonnymi. Nie mając dość ludzi, żeby obsadzić i miasto, kazał co prędzej przenieść miejski arsenał z ratusza do zamku. Dziesiątkę Tatarów na świeżych koniach, z zamkowej stajni wziętych, posłał na drugi brzeg Nogatu. Po czym uznał, że pora wreszcie się odprężyć.

Wypity z taką fantazją po tak długiej przerwie półgarniec sprawił, że po chwili klapnął ciężko na ławę…

c.d.n.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...