piątek, 5 marca 2010

Dwie z trzech

Ostatnie dni na moim ulubionym forum upłynęły pod znakiem sałatki ze szczypiorku (a nawet z dwóch) i mizerii z ogórka z ostrygą (jedną), na okrasę. Szatkowanie szczypiorku to rytuał, a rytuałów, jak wiadomo, trzeba przestrzegać. Tym razem jednak, sprawa nie była tak oczywista jak tydzień wcześniej, gdy ewidentnie chodziło o dobro koni. Dlatego nie wziąłem udziału w tym rytuale nie tylko z powodu zbyt wolnego łącza, które nie pozwala mi śledzić tak szybko przyrastających wątków. I dlatego nie dzielę się moimi spostrzeżeniami w tej materii na forum, tylko tutaj gdzie, siłą rzeczy, jestem trochę bardziej u siebie J. Pisałem już zresztą o tym na forum wiele razy – i mam wrażenie, że nikt mnie nie zrozumiał…

Konie, poza tymi trzymanymi na mięso, nie są w tej chwili nikomu do niczego koniecznie potrzebne. Gdyby dziś zniknęły, fakt ten dotknąłby boleśnie 0,3% społeczeństwa (jak wynika z „Narodowej strategii…“ samego Pana Prezesa związku poważnych hodowców, czy jakoś tak, z której nabijałem się już w różnych miejscach wiele razy), które jeździ lub jakoś inaczej sentyment do tych całkowicie zbędnych w erze motoryzacji zwierząt czynnie objawia. Te 0,3% też zresztą szybko by się pocieszyło, bo takich, którzy nic innego nie potrafią i tylko z koni żyć mogą, nie ma wśród nas tak znowu wielu. Dla większości, jak mniemam, to jednak tylko (kosztowne i czasochłonne) hobby i nic więcej, a i ci nieliczni profesjonaliści, którzy podobno (tak słyszałem – bo jeszcze nie spotkałem nikogo, kto by rzeczywiście umiał to zrobić i nie był przy tym ostatnim szują…) z koni tylko żyją, bez żadnego dodatkowego źródła przychodu, też jakoś by sobie poradzili.

To, że w ogóle jakieś konie się hoduje, odchowuje, trenuje, startuje i tak dalej – to wszystko służy tylko i wyłącznie rozrywce. Rozrywce m.in. takich nieletnich szczypiorków które potem zadają głupie pytania na poważnym forum, albo zwierzają się ze swoich jednorożcowo – kucykowych marzeń. Czy zatem godzi się tak bezlitośnie szydzić z własnego klienta? Ostatecznego klienta dodam – bo w kieszeniach tych nastolatek oraz ich tatusiów i mamuś zaczyna się strumień pieniędzy, który na ostatku do poważnego hodowcy trafia (a i do samego Pana Prezesa związku poważnych hodowców też!) i z którego pod drodze czerpią wszyscy poważni zawodnicy wraz z profesjonalnymi trenerami i najpoważniejszymi w świecie właścicielami stajni, nawet tych wyłącznie dresażowych!

Czy klauni albo inne santa Clausy wyśmiewają swoich klientów? Czy właściciel wesołego miasteczka udowadnia zwiedzającym, że są głupi? Czy komediant, w rodzaju jakiegoś Clinta Eastwooda albo innego Jackie Chana, może sobie pozwolić na lekceważące traktowanie widzów? Etyka zawodowa i konieczny w branży rozrywkowej dystans do samego siebie i do tego, co się robi, nie powinny na to pozwalać. Dlatego zresztą komedianci którzy się nadto przejmują odgrywanymi w filmie lub na scenie rolami i potem występują jako „eksperci“ od różnych tam aborcji, eutanazji czy innych spraw moralnych, zwykle przez Magisterium Kościoła, matki naszej, rozstrzyganych, są tak żałośnie niedorzeczni!

Jak już pisałem w poprzednim numerze „Końskiego Targu“, mam ten komfort, że ja na koniach nie zarabiam w ogóle. Jestem zatem pracownikiem przemysłu rozrywkowego ciągle tylko potencjalnie (bo, koniec końców, bardzo bym chciał zarabiać, nie mówię, że nie!). Że jednak już z „KT“ jakieś tam dochody, w krytycznych momentach podtrzymujące nas wszystkich, łącznie z piątką czterokopytnych i leciwym, leniwym kotem przy życiu czerpię, to i tak do autoironii i dystansu czuję się zobowiązany. Właśnie dlatego szatkownie szczypiorku nie sprawia mi jakiejś szczególnej radości.

To jest jedna strona medalu. Druga strona medalu jest taka, że oczywiście trudno wytrwać z widłami i taczką na mrozie powtarzając sobie „ale to jest zabawne!“ Potrzebny jest jakiś cel wyższy, któremu ta, skądinąd rzeczywiście zabawna czynność służy.

Skoro o celach wyższych mowa, to samo się nasuwa stereotypowe dość pytanie, rzekomo od różnych martwych Starożytnych w rodzaju Platona czy innego greckiego pederasty pochodzące, jak tam u nas, koniarzy z Dobrem, Prawdą i Pięknem?

Temu, że służę Pięknu – i to Pięknu, przy którym malutki się czuję i gotów jestem co jakiś czas przynajmniej, w przypływie rozczulenia, na kolana przed nim padać – nie mam najmniejszych wątpliwości. Moje konie przynajmniej (nie wiem jak tam u innych..?) są piękne w sposób absolutny i idealny. Po platońsku właśnie! Poniekąd dlatego pomysł, żeby gnój w konie wozić, a nie taczką, zresztą słuszny i uzasadniony, tak mało mnie zachwycił. Jak widać, z poczucia misji straciłem na chwilę dystans do tego, co robię J

Co do Prawdy – a i owszem. Odgrzebuje się zapomniane gdzieś na zakrętach Dziejów prawdy. Może nie są to zaraz „Prawdy“ z wielkiej litery i może trochę w nich z maniakalnego dziwactwa, bo w końcu kogo obchodzi, na jakich to koniach jeździli Turcy i Sarmaci? Lady Westwood orzekła, że na arabskich, od śmierci prof. Pruskiego nikt już nie pamiętał, że to nieprawda i wszystkim było z tym dobrze, to po co do tego wracać..? Ale niech tam. Zaliczam sobie Prawdę awansem.


Z Dobrem gorzej. Wprawdzie konisie milusie mam – ale po 6000 lat selekcji na dobrą współpracę z człowiekiem, trudno oczekiwać, żeby były inne. Samo to w żadnym razie Dobra, ani nawet dobra pospolitego i z małej litery jeszcze nie czyni. Czyni co najwyżej łatwość. Obawiam się, że tak już zostanie. Czy jednak dwie z trzech wartości ongi wyróżnionych przez któregoś z tych martwych, greckich pederastów, którzy nie mają profilu na Facebooku, ani na Twitterze i którzy już nikogo, poza garstką maniaków nie obchodzą, to mało? Znakomita, przytłaczająca większość ludzi żyje tylko po to, aby użyźnić sobą jakiś cichy cmentarz. Wyłączając tych, coraz liczniejszych, co dają się skremować. Więc i tak służyć Pięknu i Prawdzie to dużo. Wystarczająco dużo, żeby w kwestii taczki gnoju na mrozie zachować dystans i autoironię. Czego i Państwu życzę, a sam idę sprzątać pod wiatą!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...