niedziela, 14 marca 2010

Bezsens poszukiwania sensu

Zacznę od przypowieści. Dawno, dawno temu, gdy świat był jeszcze młody i dziki, a nikt nie pobierał podatków i nie mierzył trzeźwości alkomatem, żyła sobie gromada pierwotnych łowców. Na ich terytorium były dwa wodopoje do których wychodziły mamuty. Raz do jednego, a raz do drugiego. Nie na przemian, tylko zupełnie przypadkowo.

Starszych łowców gromady ta przypadkowość doprowadzała do rozpaczy. Niektórzy próbowali tropić mamuty w dzikim gąszczu. Pozjadały ich co do jednego tygrysy szablastozębne. Niestety: nie wszystkich na tyle wcześnie, by nie pozostało po nich potomstwo. Od którego to potomstwa wywodzą się Żydzi i Polacy: dwie nacje, które najpierw coś robią, a dopiero potem myślą. Na przykład, robią najgłupsze w całej historii powszechnej powstania…

Wśród młodszych, jak to zwykle bywa, nastawionych kontestacyjnie wobec dominującego w starszym pokoleniu paleolitycznego racjonalizmu, pojawił się Szaman. Szaman, jak to Szaman, zażywał różne psychotropowe grzybki, pędził podejrzane destylaty i przeżywał szamańskie uniesienia. A także odprawiał rytuały które, jak twierdził, zapewniały powodzenie na polowaniu. Czyli, w tym konkretnym przypadku, pozwalały przewidzieć, do którego z odległych od siebie wodopojów, wyjdą tego dnia mamuty.

Młodzi ulegli fascynacji Szamanem (oraz destylatami, którymi się z nimi dzielił podczas rytuału…). Oczywiście, rytuał raz się udawał, a raz nie – bo, jako się rzekło to, czy mamuty wyjdą tego dnia do wodopoju A, czy do wodopoju B, było całkowicie przypadkowe. Na tym tle doszło w gromadzie do rozłamu. Powstała gromadka wiernych Szamanowi spirytystów, którzy każde kolejne niepowodzenie umieli sobie jakoś wytłumaczyć (a to ktoś rozproszył Szamana niewczesnym zwątpieniem, a to ktoś inny nie dopełnił przepisanych rytuałem obowiązków…), oraz oddzielna gromadka sceptyków, którzy całą wiarę w szamański rytuał stracili twierdząc, że powodzenie na polowaniu i tak koniec końców zależy tylko od siły mięśni i refleksu…

Mijały lata. Szaman doskonalił się w pędzeniu destylatów i odprawianiu rytuałów. Wraz z coraz mocniejszymi destylatami i coraz piękniej odprawionymi rytuałami, rosło też powodzenie gromadki spirytystów. Ich kobiety były w stanie wykarmić o wiele więcej dzieci, niż wygłodzone kobiety sceptyków. Nic dziwnego, że większość tych ostatnich porzuciła swoich zgorzkniałych i wychudzonych partnerów i z ulgą przyjęła pozycje drugich czy trzecich żon tryskających energią i optymizmem spirytystów…

Przypowieść ta ma sens ściśle matematyczny. Skoro bowiem mamuty wychodziły do któregoś z dwóch wodopojów całkowicie przypadkowo, to jedyną słuszną strategią polowania na nie, była metoda równie przypadkowa. W tym konkretnym przypadku biegły matematyk obliczyłby na podstawie danych historycznych jak często mamuty wychodzą do wodopoju A, a jak często, do wodpoju B i zaprojektował łowcom jakąś metodę losowania, która z równym tej obliczonej częstości prawdopodobieństwem wskazywałaby im jeden z tych dwóch wodpojów jako miejsce zastawienia zasadzki. Z braku matematyka, musiał tych obliczeń – metodą prób i błędów – dokonać szaman, a zamiast losowania miejsca zasadzki, używał odpowiedniego rytuału (polegającego np. na analizowaniu pęknięć w przypiekanej żarem z ogniska skorupie żółwia, jak w Chinach, czy kształtu zwierzęcej wątroby, jak u Etrusków…). Ponieważ metoda prób i błędów jest dość czasochłonna (ale też czasu w paleolicie, gdy przez tysiące lat nic się właściwie istotnego nie działo, było tak jakby pod dostatkiem…), zawód szamana był zajęciem wysokiego ryzyka. Ostatecznie nie wszędzie trafiało się na równie wiernych i oddanych wyznawców jak w naszej przypowieści. Co wyjaśnia, dlaczego talent matematyczny jest tak rzadki wśród nam współczesnych!

Większość z nas jest potomstwem paleolitycznych spirytystów. Ówcześni sceptycy mieli nikłe szanse na doczekanie się potomków – przetrwało ich jednak na tyle wielu, by stworzyć całkiem silne lobby we Francji. Dlaczego akurat tam, pozostanie na wieki zagadką!

Jako potomkowie paleolitycznych spirytystów mamy wrodzoną skłonność do poszukiwania w otaczającym nas świecie sensu. Myślimy – jak by to określił matematyk – liniowo. Oczekujemy, że każdy skutek ma swoją przyczynę i że da się łańcuchy przyczyn i skutków ściśle i dokładnie wyodrębnić.

Nasze oczekiwania nie doznają zawodu czasem nawet przez całe życie, a już na pewno wtedy, gdy nie wykraczamy poza granice naszej Tradycji i naszej, ludzkiej, miary zjawisk i rzeczy. Gdybym budował dom na Nizinie Chińskiej, z pewnością zatrudniłbym eksperta od feng shui!

Kłopot zaczyna się wtedy, gdy próbujemy poza tę miarę i skalę wykroczyć. Wtedy nagle się okazuje, że świat wcale taki uporządkowany i liniowy nie jest. Stosowanie recept feng shui w Europie to absurd. Stosowanie rytuału, który przez tysiące lat pozwalał (średnio) skutecznie polować na mamuty do przewidywania zjawisk z oryginalną przyczyną, dla której dany rytuał powstał, nie mających nic wspólnego, nie może przynieść pozytywnych skutków. Chyba, że się będzie po raz kolejny ten rytuał metodą prób i błędów adaptowało. Przez kilka tysięcy lat. Mało zachęcająca perspektywa, prawda..?

Świat, niestety, nie jest tak uporządkowany i liniowy, jak to się mogło zdawać najbystrzejszemu spośród łowców mamutów. Ponieważ zaś w curriculum vitae ludzkości, polowanie na mamuty zajmuje w dalszym ciągu 98% całego miejsca przeznaczonego na „doświadczenie zawodowe“, to wszyscy, w dalszym ciągu, jesteśmy urodzonymi łowcami mamutów. Nic innego nie szłoby nam lepiej – gdyby nie ten drobny problem, że tymczasem mamuty wyginęły i dopiero planuje się ich laboratoryjne odtworzenie. Raczej będą przy tym zbyt kosztowne, żeby na nie ot tak, dla mięcha, polować…

Nauka współczesna, od trzech ćwierci stulecia radośnie eksplorująca to, co mieści się POD cienkim naskórkiem dostępnej naszym zmysłom i wyobrażeniom liniowości i prostej przewidywalności, nie potrafi na tę potrzebę sensu u skądinąd całkiem nawet bystrego, ale zawodowo z nieliniowością i chaosem nie mającego nic do czynienia potomka paleolitycznych spirytystów odpowiedzieć. Sam głęboko żałuję, że kiedy byłem w odpowiednim po temu wieku, nie liznąłem więcej matematyki. Nie miałem takiej szansy. A teraz jestem już zbyt stary i zramolały, żeby wprawiać się w słupkach…


Skoro zaś nie w nauce, to wielu, skądinąd całkiem nawe bystrych potomków paleolitycznych spirytystów poszukuje tego brakującego sensu na pokładach latających talerzy, w światowych spiskach, w snach, czy w środkach psychotropowych (które, odkąd szamani przegrali konkurencję z Lewiatanem, stały się jednym z głównych wrogów niemiłościwie nam panującego gosudarstwa – nie pojmuję przy tym zupełnie: dlaczego..?). Tym samym, odziedziczona po przodkach potrzeba sensu prowadzi ich na manowce całkowitego bezsensu. Co jest tym smutniejsze, im bystrzejsi z nich paleolitycznych spirytystów potomkowie…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...