piątek, 26 lutego 2010

Zużycie materiału

Wywiozłem rano wodę z hydroforni, jak wszystko inne tutaj, taczką. Przynajmniej nie wleje się tam teraz ta sama z powrotem. Wleje się inna. Po tym, jak koło południa sąsiad wybrał beczkowozem do sucha, powracająca woda sięgnęła sterownika około pierwszej w nocy. Wiem, bo Lepsza Połowa się obudziła i mnie też jakoś nie mogło się zasnąć. Teraz do sucha oczywiście nie wybrałem – ale że w nocy był dość silny przygruntowy przymrozek, to może będzie wolniej przybierać i na kilka godzin starczy.

Mieliśmy wczoraj gościa. Na szczęście, dziewczyna trochę się spóźniła, to rzutem na taśmę zdołałem wywieźć ostatnią taczkę odkutego przez Lepszą Połowę „kozią nogą“ (bo nic cięższego akurat nie mamy, trzeba się będzie na przyszłość w łom zaopatrzyć…) lodu sprzed wiaty. Co zresztą bynajmniej nie znaczy, że lodu już tam nie ma. Lepsza Połowa odkuła jakieś pół metra, od strony wiaty patrząc, na szerokość mniej więcej połowy całego frontu. Poza porąbaniem drewna, wysprzątaniem pod wiatą i wywiezieniem tego lodu, nie zdążyłem jednak zrobić dokładnie nic więcej, w tym np. zjeść coś, umyć się czy przebrać. Ładnieśmy pewnie wonieli i wyglądali.

Generalnie, to stwierdzam po sobie daleko idące zużycie materiału. Jak cholera bolą mnie mięśnie ud – każdy krok to tortura, a już klęknąć czy schylić się: nie do pomyślenia! Zwierzyłem się potem Lepszej Połowie, że gdybym, wzorem podobno wśród wykładowców akademickich popularnym, oprócz żądzy wiedzy, miał jeszcze jakieś inne żądze u naszego, skądinąd przesympatycznego gościa zaspokajać – to bym już przy tej czynności na pewno ducha wyzionął…


Tymczasem Lepsza Połowa, która zwykle narzeka, że strasznie naszych gości molestuję, zbyt wiele wiedzy naraz próbując im przekazać, sama rzuciła się wczoraj na studentkę jak pantera, trzy wykłady naraz dla jednoosobowego audytorium prowadząc. Powinienem ją chyba (Lepszą Połową ma się rozumieć), co prędzej do miasta wyprawić, żeby się trochę między ludźmi obyła i wygadała. Zamiast tego sam zabieram d..ę w troki i jadę do biblioteki. Przymrozek wprawdzie kusi dostępem do drewna na porębie, którego zbyt wiele nam przy chatce nie zostało – ale zwalczę tę pokusę bohatersko. Przy rżnięciu brzózek też trzeba się schylać…

2 komentarze:

  1. Ha, znam ten stan. Samotne zamieszkiwanie, a zwłaszcza zimowanie sprawia, że jak się trafi już rozmówca, to coś się wylewa, jak z i do tej waszej hydroforni. Normalne. Pozdrawiam z odmarzającego lasu, E.S.

    OdpowiedzUsuń
  2. Jak ja bym sobie chętnie z Twoją Jacku Lepszą Połową pogadała, ehhhh, bo mam ten sam syndrom :D. Siedzę całe dnie sama na Hacjendzie i gadam tylko z moim trzyletnim synkiem, więc siłą rzeczy rozmowy nie są zbyt fascynujące i merytoryczne ;). Niech no tylko nadejdzie wiosna to się do Was wpraszam a na łapówkę masz u mnie butelkę Jacka Danielsa (z tego co pamiętam to Twoja ulubiona... może być jeszcze Chivas Regal :D ).

    Pozdrawiam ciepło.
    Magda Kondraciuk

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...