czwartek, 4 lutego 2010

Z Sodomy do gwiazd…

Praca, którą wykonuję w bibliotece jest, szczerze pisząc – odmóżdżająca. Także pozostałe zadania, jakie trafiły mi się do wykonania w celach zarobkowych, wielką ambicją intelektualną nie grzeszą. Stąd też dzisiejsza przerwa, do której doszło siłą rzeczy po to, żeby usunąć skutki wczorajszej śnieżycy, bardzo mi się przydała. Przy rąbaniu drewna i wywożeniu nawozu można było sobie podumać. O rzeczach oderwanych i abstrakcyjnych. Na przykład o podróżach do gwiazd…

Skąd takie bzdury, na co to komu i w ogóle, ale o so chodzi..? No cóż. Żyjemy tu trochę jak pionierzy na Dzikim Zachodzie, więc naturalne, że mi się z różnymi rodzajami pionierstwa kojarzy. A czy może być większe pionierstwo niż kosmiczne? To jest już pionierstwo do kwadratu, a nawet do sześcianu!

Inna sprawa, że jeśli przyjrzeć się problemowi na zimno i gruntownie, to wcale, ale to wcale nie chciałbym się zamienić. Już pomijam problem, jak tu całe gospodarstwo ze sobą zabrać, bo to wbrew pozorom, nie jest takie znowu trudne. Jeśli ktoś miałby zainwestować niewyobrażalne współcześnie środki w takie przedsięwzięcie, to zabranie na pokład dodatkowych (niecałych) 3 ton koniny i 7 kg kociny, nie powinno stanowić większego problemu. Problem stwarza przede wszystkim pytanie – po co?

Podróż do gwiazd niemal na pewno nie może przynieść jakichkolwiek wymiernych korzyści ludziom, którzy zostaną na Ziemi. Tym samym, niezależnie od tego, jakie będą jej realne koszty, a na pewno będą ogromne, choćby ze względu na energię potrzebną do rozpędzenia statku pozaukładowego – są, z budżetowego punktu widzenia, nie do obrony! Dlaczego taka podróż, nawet do całkiem niedalekich gwiazd, nie może tym, co zostają na Ziemi do niczego się przydać? Ze względu na odległości. Jeśli na wyniki wyprawy trzeba czekać sto lat lub dłużej, to niezależnie od tego, jak by nie były rewelacyjne, mało kogo będą obchodziły po ewentualnym powrocie. Powrót ten zresztą wydaje się nader wątpliwym przedsięwzięciem. Wyobrażacie sobie Państwo jak by się zachowywał i czuł we współczesnej Francji oficer napoleoński, gdyby Bonaparte 200 lat temu miał taką możliwość i wysłał ekspedycję do niezbyt odległej gwiazdy (a jeszcze lepszym psikusem by było, gdyby zdążył to zrobić Ludwik XVI!)? Niezbyt odległej, bo nawet lot z prędkością przyświetlną tam i z powrotem przez 200 lat, bynajmniej nie pozwala na osiągnięcie odległości marnych 100 lat podróży światła. Statek wszak trzeba najpierw rozpędzić, potem wyhamować, a jeśli ma wracać, powtórzyć obie te operacje. Z których każda musiałaby trwać przynajmniej przez wiele miesięcy – i to, o ile udałoby się jakoś zminimalizować skutki działania przez tak długi czas przyspieszenia kilkakrotnie większego od ziemskiego na ludzkie organizmy (o ile to ludzie mieliby lecieć do gwiazd, a nie jedynie automaty). 100 lat świetlnych to w skali obserwowanego Kosmosu pchli podskok zaledwie i podróż w tym promieniu raczej nie ma szans przewrócić do góry nogami naszego poglądu na świat, już choćby dlatego, że o tak bliskim Wszechświecie i tak wiemy stosunkowo najwięcej, dzięki samej tylko obserwacji. Ciekawy byłby Wielki Atraktor w centrum  naszej Gromady Lokalnej. Ale tam, nawet z prędkością światła, trzeba by czas podróży na miliony lat liczyć…

Z punktu widzenia samych uczestników ekspedycji, sprawa też wcale nie wygląda tak wesoło. Oczywistym jest, że to raczej podróż w jedną stronę. W dodatku – jak zauważył niejednokrotnie Mistrz Lem – nader podobna do długotrwałej odsiadki bez przepustek, amnestii i jakichkolwiek szans na warunkowe zwolnienie. Czy pasażerowie takiego statku będą mogli kiedykolwiek wysiąść i stanąć na powierzchni planety na tyle podobnej do Ziemi, by nadawała się do zamieszkania przez ludzi – jest przy tym dość niepewne. Wprawdzie pozasłonecznych planet znamy już mnóstwo i raczej wcześniej niż później da się także zaobserwować kosmicznego bliźniaka naszej planetki – ale też liczba warunków jaka musi być spełniona, aby na takim globie dało się odetchnąć pełną piersią, jest niekrótka. Nie wszystkie z nich da się zweryfikować na podstawie samej tylko obserwacji. Jest zatem wcale możliwe, że ekspedycja wyruszy i dotrze, ale na miejscu spotka ją bolesne rozczarowanie.

Mimo to sądzę, że do podróży międzygwiezdnych dojdzie. Nie dlatego, żeby poznawać w ten sposób świat. Nie po to, aby kolonizować inne planety i w ten sposób ulżyć Ziemi. To utopia.

Emigracja różnych ekstremistów religijnych z Wysp Brytyjskich do angielskich kolonii za Atlantykiem miała niewielki wpływ na demografię metropolii i wcale nie wzbogaciła wiedzy o świecie (bo wnętrze Ameryki Północnej spenetrowali wcześniej Francuzi). Za to dobroczynnie wpłynęła na spokój, porządek, bezpieczeństwo publiczne, dobre obyczaje i powszechny konformizm wśród metropolitalnych Brytyjczyków.

Idealnymi kolonistami międzygwiezdnymi są sekciarze. Oczywiście tacy, którzy albo nie żywią ambicji panowania nad światem, albo też zostali w tych ambicjach skutecznie i boleśnie powstrzymani. Którzy w związku z tym chcą się odciąć, oddzielić i oderwać od Nierządnicy Babilońskiej czy innej Sodomy, jaka na całej Ziemi panuje! Takie oddzielenie znakomicie wpisuje się w tradycję muzułmańską i żydowską i jest nieobce także sektom chrześcijańskim – zarówno protestanckim, jak i wyrastającym z prawosławia.

Sekciarze gotowi są zaakceptować ryzyko, bo mają się za wybrańców bożych i w związku z tym nie dopuszczają myśli o porażce – a jeśli taka nastąpi, zawsze potrafią ją sobie „odtłumaczyć“, już to jako karę za niedostateczną gorliwość (i biada wtedy takim, których za winnych niegorliwości uznają!), już to jako kolejną próbę, mającą wybrańców w ich wybraniu utwierdzić. Są przy tym na ogół wystarczająco zdyscyplinowani, by przynajmniej na początku ekspedycji cierpliwie znosić wyłącznie własne (i Boga) towarzystwo oraz ewidentne ograniczenie swobody ruchów.

Te ostatnie niedogodności można zresztą do pewnego stopnia zminimalizować. Biorąc pod uwagę cel misji – czyli podróż w jedną stronę, motywowaną chęcią ostatecznego odcięcia się od reszty ludzkości – nie ma większego znaczenia, czy statek będzie rozpędzony do prędkości przyświetlnej, czy do mizernych 17 km/s co wystarczy, aby opuścił układ słoneczny. Za to powinien być możliwie jak największy i mieścić możliwie jak najliczniejszą kolonię sekciarzy. Którzy do hipotetycznego celu podróży dolecą (o ile im się uda), zapewne dopiero w którymś tam pokoleniu – ale czy ma to jakieś większe znaczenie w chwili startu? Oczywiście, gdyby takiemu wielkiemu statkowi – być może przypominającemu torus Standfordzki albo sferę Bernala – nadać także wielką prędkość, tym lepiej byłoby dla jego pasażerów. Dzięki efektowi relatywistycznemu nawet by się bardzo nie zestarzeli, podczas gdy na Ziemi mijałyby lata i stulecia. Jednak, o wiele łatwiej jest sobie wyobrazić pokonanie bariery masy i rozmiarów statku, niż bariery wielkiej prędkości.

Masa i rozmiary statku wydają się problemem jak długo zakładamy, że jego elementy muszą być zbudowane na Ziemi, a potem dopiero przetransportowane i złożone na orbicie. Jednak, gdyby powłokę i inne wielkie elementy wykonać w przestrzeni z dostępnej tam materii? Gdyby zadanie to wykonały nanoboty, których garść wystarczyłaby dla zainicjowania przemiany planetoidy w statek kosmiczny? Koszt, związany przede wszystkim z wymagającym wiele energii (chyba, żeby zbudować windę na orbitę!) transportem pomiędzy Ziemią a orbitą, staje się o wiele mniejszy.

Natomiast rozpędzanie i hamowanie statku zawsze wymaga dostarczania energii. Przy najwydajniejszym wyobrażalnym napędzie, tj. świetlnym, masa jaką potrzebaby zamienić na energię (np. anihilując ją w reakcji z antymaterią) dla uzyskania prędkości bliskiej prędkości światła, czyni z ekspedycji utopię, bo bliska jest, jak gdzieś czytałem, masie Księżyca.

Więc raczej sekciarze będą się toczyć przez Kosmos powoli i majestatycznie. Przeżywając pod grubą skorupą swojej arki (gruba skorupa powinna ich chronić przed promieniowaniem kosmicznym i mikrometeorytami) kolejne rozterki i wątpliwości, rozłamy, herezje, wewnętrzne walki i inne, typowo ludzkie sposoby zabijania niewątpliwie największego wroga tej ekspedycji: nudy…

Nawet podejmuję się przepowiedzieć, kiedy pierwsza taka wyprawa wyruszy! Wszystko wskazuje na to, że niezadługo miejsce operacji powiększania cycków czy pupy, która jest przecież tylko rodzajem prymitywnego oszustwa (córka pani w ten sposób upiększonej odziedziczy po niej tak samo płaski przód i tył, jaki jej matka miała przed operacją – o ile, rzecz jasna, nie uratują jej walorów geny ojca!), zajmie rzeczywiste naprawianie braków urody poprzez genetyczną manipulację. Od tego zapewne zacznie się autoewolucja ludzkiego gatunku – na końcu której sami siebie już nie poznamy! Dotyczy to zresztą i innych gatunków, jakoś z człowiekiem sprzężonych. Świadom tej nieuchronności uważam moją działalność hodowlaną za rodzaj rekonstrukcji historycznej – bo nie ulega wątpliwości, że czempioni i derbiści już za kilkanaście lat nie będą się rodzić w stajni, tylko w dobrze wyposażonym laboratorium!

Otóż właśnie podjęcie na szeroką skalę manipulacji przy ludzkich genach, może być powodem kosmicznej migracji tych, wcale licznych, sekt i wspólnot, które tak bezbożnego czynu nie mogą tolerować, a nie potrafiąc zatrzymać nieuchronnego, będą chcieli dokonać secesji…


Idę zaraz popatrzeć na gwiazdy przy okazji ostatniego pojenia naszych koni. Fakt, że dobrze je widać (z bardzo jasną planetą – chyba Wenus? – wysoko nad horyzontem), wcale mnie przy tym nie cieszy, bo znaczy, że po ciepłym i miłym, wiosennym prawie dniu, w nocy będzie zimno. Bardzo dziękuję za głosy w konkursie i proszę o jeszcze! Mam nadzieję, że Was nie znudziłem. Rano wrzucę trochę zdjęć, które dzisiaj zrobiłem. Ale na tym już się przerwa będzie musiała skończyć. Naprawę mam dużo do pisania.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...