sobota, 20 lutego 2010

Z hrabiną w pustyni i puszczy…

W takim razie mamy już jasność co do miejsca i czasu akcji. Jest lato 1912 roku. Na piatigorskim torze wyścigowym odbywa się wszechrosyjska wystawa rolnicza. Jedną z jej głównych atrakcji jest prezentacja i wyścigi bardzo rzadkich i kosztownych, złotych koni z Obwodu Zakaspijskiego – ulubionej rasy wpływowego generała Aleksego Mikołajewicza Kuropatkina, nieszczęsnego wodza naczelnego w przegranej przez Rosję wojnie z Japonią, a w tym momencie – członka świty carskiej i wielkiego propagatora tekińskich koni, dla których ufundował stado ogierów pod Aszchabadem.

Generał, jak widać na załączonym zdjęciu, mężczyzna postawny i budzący respekt, a przy tym niezmiernie szarmancki i błyskotliwy (był w końcu prymusem Akademii Sztabu Generalnego, a że w polu to już mu gorzej szło…), doskonały jeździec – budził w towarzystwie mieszaninę fascynacji i odrazy. Fascynacji i odrazy wynikającej z rozmiarów klęski, do której się przyczynił, a której mimo to nie wystarczyło, aby pozbawić go wpływu na cara… Czy zresztą wpływu na cara, którego już za kilka lat potrafił będzie owinąć sobie wokół palca taki prymityw jak Rasputin, cokolwiek mogło pozbawić..?

Hrabina przyjechała na wystawę ze swoim mężem, reprezentującym w Rosji francuskich producentów maszyn rolniczych. Przyjechała także dlatego, że położony na Przedkaukaziu Piatigorsk i pobliskie Mineralne Wody przeżywają w związku z wystawą najlepszy sezon towarzyski w swojej historii. Cała śmietanka rosyjskiej arystokracji, car z dworem, korpus dyplomatyczny: wszyscy rozłożyli się w tych dwóch miastach – kurortach, ciesząc się świeżym, górskim powietrzem, niebem wysokim i błękitnym jak sklepienie gotyckiej katedry, widokami oraz, ma się rozumieć własnym, jakże uroczym towarzystwem.

Rautom, przyjęciom, kawalkadom, piknikom, wycieczkom, balom – nie było końca. A wszystko kolorowe, tonące w nieznanym już dzisiaj przepychu wyszukanych kreacji pań, różnokolorowych mundurów panów, egzotycznych Kozaków wszystkich trzynastu wojsk kozackich Wszechrosji, Turkmenów, Gruzinów, Tatarów, Kałmuków, Baszkirów i stu innych nacji, z których wiele już za dziesięć lat przestanie istnieć w ogniu wojny domowej i komunistycznego terroru. Na balach prym wiodą adepci carskiego Korpusu Paziów – najbardziej elitarnej i wymagającej szkoły dla dobrze urodzonej młodzieży na świecie. Na kawalkadach prześcigają się w dżygitówce absolwenci Oficerskiej Szkoły Jazdy w Petersburgu, słynnej na cały świat z tego, że jej instruktorzy potrafili konie nauczyć galopowania do tyłu, z prawdziwymi dżygitami z Kaukazu i Azji Środkowej. Nic dziwnego, że hrabina wstaje dopiero o jedenastej. Choć, moim zdaniem, poranki w Piatigorsku są co najmniej równie piękne jak wieczory!

Mamy tu cały blichtr i piękno świata, który dziś możemy oglądać tylko na wyblakłych pocztówkach. Świata, który jeszcze tańczy i pręży muskuły, ale którego dni i godziny są już policzony. Który mógł w swoim czasie wzbudzać zawiść lub nawet nienawiść u wielu – ale jakiekolwiek by nie były jego grzechy, na pewno nie zasłużył na tak straszny koniec, na takie męki, w jakich przyjdzie mu za kilka lat zaledwie ginąć…

Jakie konie prezentowano na wystawie, dokładnie nie wiadomo. Jest jednak niemal pewne, że był tam trzyletni wówczas, złocisto – bułany Melekusz – ostatni syn legendarnego Bojnou, nigdy nie pobity na torze i już w dwa lata później zakupiony przez generała Kuropatkina dla jego stada ogierów. Ten sam Melekusz w 1923 roku będzie reprezentował rasę na pierwszej już komunistycznej wystawie rolniczej w Moskwie – i tam zafascynuje się nim też hrabia i też francuski, tyle że z rodziny od ponad dwóch stuleci w Rosji osiadłej, Włodzimierz Piotrowicz Szamborant, najwybitniejszy hodowca koni achałtekińskich XX wieku. Ojciec Włodzimierza Szamboranta, oficer remontowy carskiej kawalerii, mógł być w Piatigorsku 10 lat wcześniej. Być może nawet z żoną i rocznym wtedy synem?

Może, jak hrabia z hrabią, byli spokrewnieni z mężem naszej hrabiny? Może więc się poznali? Może pojawił się tu jakiś dyskretny wątek sympatii, z której potem i młody Włodzimierz, rzecz jasna kryjąc się możliwie jak najstaranniej, bo gdyby się to wydało, pewien byłby śmierci, mógł skorzystać w razie potrzeby? Już za kilka lat ambasada francuska będzie proponować generałowi Kuropatkinowi bezpieczny azyl – ten jednak nie skorzysta i pozosanie aż do końca w swoim majątku, ucząc w wiejskiej szkole chłopskie dzieci, nim go bliżej nieokreśleni „bandyci“ w 1925 roku nie zabiją. Może i za tym gestem stać będzie wciąż jeszcze czynny i pomny nawiązanej w Piatigorsku przyjaźni mąż naszej hrabiny?

Tyle tła historycznego. Teraz fabuła. Czy hrabina może ulec fascynacji niezwykłymi końmi i nadszarpnąć majątek męża z tego powodu? Może. Jednak nie przesadzajmy. Melekusza przecież nie kupiła! Dlaczego? Jakaś intryga się tu zawiązuje. Jak Państwo myślą – dlaczego hrabina nie kupiła Melekusza? Co się takiego stało pomiędzy hrabiną, hrabią i generałem Kuropatkinem, że to generał zdobył tego ogiera – i to dopiero w dwa lata później? I że mimo to, najwyraźniej pozostali przyjaciółmi?

Dalej: trzeba dbać o psychologiczną wiarygodność postaci. Czy hrabina może się aż tak zapomnieć w swojej fascynacji, że przestanie malować paznokcie i dbać o cerę? Że przestanie flirtować, kupować nowe stroje i błyszczeć w towarzystwie? Jak myślicie?

Finansowe kłopoty hrabiego. Być może jakaś, wymuszona nagle oprotestowanym wekslem „pożyczka“ z firmowej kasy? Groźba dymisji, może nawet uwięzienia. W ostatniej chwili małżonków ratuje tajemniczy wybawiciel. Jednak, taka pomoc też ma swoją cenę. Jaką?

Czy wśród maszyn rolniczych, jakie sprzedaje hrabia, nie ma też przypadkiem – bardzo wówczas popularnej maszyny kaliber 75 mm?


Dylematów jest więcej. Może Państwu się jeszcze jakieś nasuną? Kończę, bo skończyła się u nas dzisiaj Era Koła: dróżki, w śniegu wytyczone się pozapadały i taczką nie sposób przejechać, nosiłem więc drewno z poręby w worku. Po pół worka, bo jak chciałem ładować więcej, to nie dawałem rady, a worek dziwnie trzeszczał. Jestem z siebie dumny. Nosząc to drewno zachowałem się jak człowiek cywilizowany. Dziki człowiek nie nosiłby drewna z poręby, tylko porżnął na szczapy lasek przy domu. Że jednak przeznaczyliśmy go na park, rżnąć go nie wypada… W każdym razie, trochę jestem zmęczony. Dobrej nocy Państwu!

6 komentarzy:

  1. Park przydomowy! Coś wspaniałego, bardzo podoba mi się ten pomysł...a jak park, to dworek...a jak dworek, to hrabiostwo...i do tego konie achałtekińskie...te dwie historie zbliżają się do siebie :-)
    Że też pan z własnej, nieprzymuszonej woli (czy Boskiej?:-)) nadrabia drogi, taszczy niewygodne polana, pomny jeszcze innej pracy jaka koniecznie musi zostać wykonana, dlatego, że chce pan "uhodować" sobie w przyszłości park...to tylko przyklasnąć tak szczytnej idei! Humboldt mawiał, że kulturę narodu poznajemy po tym, jak traktuje on drzewa rodzimie rosnące...Szkoda, że pan jest chlubnym, ale jednak wyjątkiem..:)
    A co do hrabiny, pomyślimy o tym jutro...ale wątki ciekawie się zagęszczają...może na horyzoncie pojawi się jakiś czarny dżygit gruziński, grubobrewy (nie Iosif), który zamąci lustrzaną taflę małżeńskiego szczęścia i harmonii?

    OdpowiedzUsuń
  2. Dworek wybiłem architektowi z głowy razem z wszystkimi kolumienkami, balkonikami, podjazdami i temu podobnymi fikusieństwami. Przemycił kominek, ale po doświadczeniach z naszą kozą jeszcze się zastanowimy, czy go w ogóle budować...

    Park jest potrzebny. Tworzy oś kompzycyjną całego założenia. Dzieli przestrzeń na odrębne sektory. Po jednej stronie jest zaprojektowana stajnia. Po drugiej stronie - dom (którego na razie nie mamy zamiaru budować zresztą; kiedyś może stanie w miejscu naszej tymczasowej chatki...). Po jednej stronie - wybieg dla matek ze źrebiętami. Po drugiej - wybieg dla ogiera.

    Trochę tu u nas sucho. Liczę, że pozostawiając środek działki zadrzewiony nie dopuszczę do nadmiernego obniżenia lustra wody.

    W parku mają też spocząć nasze zwierzęta. Na razie honorowe miejsce między dwiema brzozami zajął Murkis. A trochę z boku pogrzebałem Feliksa. W końcu nie zdążyliśmy się lepiej poznać.

    Humboldt natomiast z całą pewnością nie jest bohaterem mojego romansu! To w końcu on stworzył "nauczyciela spod Sadowy", a więc walnie się przyczynił do budowy współczesnego, totalitarnego reżimu...

    OdpowiedzUsuń
  3. Jeszcze w kwestii hrabiny. Hrabia nie jest teatralnym Otellem, ani nie umiejącym nad sobą panować, niewychowanym synem karczmarza czy rzeźnika. Hrabina zaś nie jest pokojówką czy pensjonarką. Myślę, że czarnobrewy dżygit mógłby być dla hrabiny interesujący - tak mniej więcej, jak groźny pies, czy nieposkromiony ogier. Poskromić takiego, zmusić do uległości, ułożyć - owszem, to jest wyzwanie i to bardzo podniecające. Czy jednak ulegnięcie tak drobnej pokusie może istotnie zburzyć harmonię małżeńskiego szczęścia? Hrabina hrabiemu jego przygód w domach uciech od Szanghaju po Marsylię nie wypomina... Dopiero kochanek lub kochanka z własnej ich sfery byłby dla takiego stadła groźny. Tak myślę, w każdym razie. Bo przecież, gdyby hrabia był w hrabinie zakochany tak nieprzytomnie, żeby nawet z przynależnych mu z urodzenia i płci rozrywek nie korzystał, to trudno sobie wyobrazić, aby hrabina zimną i nieczułą na tak wielki płomień została, więc żaden czarnobrewy dżygit raczej nie miałby szans (chyba, żebyśmy naszą hrabinę za zimną intrygantkę, manipulującą hrabim uznali... to jednak, trochę banalna opcja!) - o ile nie stałoby się coś niezwykłego.

    Reasumując: czarnobrewy dżygit a i owszem, czemu nie. Może nawet nie jeden. Ale oprócz tego, musi się pojawić jakaś poważniejsza komplikacja fabularno - uczuciowa która sprawi zarazem i to, że hrabina Melekusza nie kupi, choć wielką ma na to ochotę i gotowa jest w tym celu hrabiego zruinować (nie pamiętam, za ile w końcu generał Kuropatkin tego ogiera pozyskał, ale to były jakieś krocie w złotych, carskich rublach!) i zarazem szczęście jej wystawi na wielką próbę. Z góry co prawda zakładam, że oboje wyjąd z tej próby poranieni może, lecz żywi. Dalszy ciąg by na to wskazywał.

    OdpowiedzUsuń
  4. Może komuś zależało na tym, by nie dopuścić do sprzedaży Melekusza, a przynajmniej odsunąć ten moment jak najdalej w czasie? Może wiązało się to ze spełnieniem czyichś oczekiwań (czyichś-oczywiście jakiejś wysoko postawionej persony, kogoś z otoczenia cara, a może generał Kuropatkin miał w tym jakiś interes?) "Przetargi" na tego konia były w niewyjaśnionych okolicznościach zrywane, trwało to dwa lata, w końcu generał kupi go w 1914 roku. Zaczyna się zawierucha wojenna, łatwo w kraju ogarniętym chaosem coś zgubić, coś sobie przywłaszczyć, skrywane fakty wychodzą na jaw...
    Tyle o wskazówkach dotyczących dalszego ciągu historii, a teraz pytanie z innej beczki: co Pan uważa o książce Siemiona Budionnego "Kniga o łoszadi"? Warta zainteresowania, zwłaszcza pod kątem historii ras tamtejszych? Najbardziej interesują mnie dońce.
    I jeszcze jedno pytanie- jak by Pan scharakteryzował rosyjski sposób jazdy konnej? Metody ujeżdżania, ogólnie pracy z koniem? Czy opierają się one zwłaszcza na użyciu tłumaczy uniwersalnych, nie zawsze wyrafinowanych? ;)
    Pozdrawiam serdecznie i życzę spokojnej niedzieli.

    OdpowiedzUsuń
  5. Jeszcze odnośnie hrabiny..zawszeć to lepiej snuć opowieść, gdy mamy konkretny wizerunek postaci. Jak może wyglądać nasza hrabina? Jeśli bardzo piękna, to może "coś w stylu" Awdotii Panajewej, w której swego czasu kochało się pół Petersburga, z Dostojewskim włącznie? Do zobaczenia na rosyjskiej wikipedii: Avdotya Panayeva.
    Jakie jeszcze mamy propozycje?

    OdpowiedzUsuń
  6. Siemiona Budionnego? Chyba Siergieja Pawłowicza, księcia Urusowa! Dostępne jest w tej chwili reprint z 2000 roku wydania III z 1911 roku. Wydanie I i II było tłumaczeniem popularnego swego czasu, niemieckiego podręcznika, wydanie III bardziej już - dziełem oryginalnym. Informacje o rasach miejscowych dość bałamutne. Jest tam jednak wiele ciekawych danych, które wykorzystałem m.in. w publikowanym na łamach "KT" artykule "Konie carów". Na pewno dzieło ciekawe i dziś, jeśli idzie o podstawy "klasycznej" pracy z koniem. Niekoniecznie przy pomocy tłumacza uniwersalnego :-)

    Rosyjska tradycja jeździecka została niemal do szczętu pogrzebana w ziemi. Dosłownie. Bo razem z poległymi lub zamordowanymi niemal co do jednego instruktorami, oficerami kawalerii, kozakami, kowalami, weterynarzami, hodowcami, właścicielami ziemskimi itp., itd. Szczegóły będą także w "KT" w artykule "Koszmar minionego systemu", a trochę było już - rok temu - w "Wierzchowcach Rewolucji", gdzie m.in. i o koniach dońskich sporo pisałem, jako o przodkach rasy budionowskiej.

    Awdotja Jakowlewna faktycznie robi wrażenie: http://upload.wikimedia.org/wikisource/ru/3/34/Avdotya_Panayeva_c.1850.jpg

    Ale ja już przyzwyczaiłem się myśleć o naszej hrabinie jako o subtelnej, rudowłosej Francuzce (ewentualnie: Polce, za Francuza zamąż wyszłej..?), która za mężem do Rosji przyjechała, a nie jako o miejscowej "baryszni". Jeśli do kogoś znanego jest podobna, to może do Angeliny Jolie - minus te całuśne, botoksowe usta, które hrabinie by nie uchodziły..?

    Pomyślę do wieczora. Teraz jeszcze nasze Maleństwo trzeba wylonżować.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...