niedziela, 14 lutego 2010

Wyższy poziom szaleństwa.

Nie pisałem kilka dni nie tylko dlatego, że nie miałem czasu, choć nie miałem czasu, to prawda. Nie pisałem przede wszystkim dlatego, że rzeczywistość po raz kolejny przekroczyła granice wyobraźni. Wobec tego, co się tu teraz dzieje, czuję się po prostu pisarsko bezradny!

Najpierw aura. Oczywiście: to tylko złudzenie. Nie ma żadnego śniegu. Zima nie istnieje. Tylko, k..wa, obliczyłem, że na naszych polach leży więcej zamarzniętej wody, niż jej wypierał pancernik Yamato w czasach swej największej świetności! Możecie to sobie Państwo wyobrazić..? Proszę bardzo, takie coś półmetrową, średnio, warstwą się w Boskiej Woli rozłożyło:
 (konstrukcja która, przy całej swej inżynieryjnej doskonałości i typowo japońskim, bezkompromisowym zaangażowaniu, była jedynie przejawem czystego, niczym nie skrępowanego szaleństwa – jak cała ta nasza zima, ch.. jej w rzyć! – bo niczemu już, nawet tak oburzającemu lekkoduchów szerzeniu śmierci i zniszczenia, służyć nie mogła, jako od kolebki anachroniczna…)

I ciągle sypie! Z przerwami co prawda, dzięki czemu wczoraj uzupełniłem trochę zapas drewna, bo się już niebezpiecznie skurczył:

A przedwczoraj mieliśmy czas na inne szaleństwa, o których za chwilę. Dziś w nocy w każdym razie już dosypało hojnie, a końca tej zabawy w sypanego bynajmniej nie widać. Nie bez związku ze zniesmaczeniem tym, co się w aurze dzieje w tej chwili, jest i fakt, że właśnie teraz, kiedy wydawało się, że największe mrozy już przeminęły, zaczęła nam zamarzać hydrofornia. Od kilku dni co najmniej, ciśnienie wody było niestabilne. Jakby się pompa co chwila włączała. Lepsza Połowa, której zaczęło to szkodzić na pralkę, zmusiła mnie wczoraj w końcu przebrnąć przez dziewiczy, ludzką ani maszynową stopą od początku nie tykany śnieg, odśnieżyć te pół metra z dachu hydroforni i wleźć do środka. Hydrofornia kilka dni temu, jeszcze PRZED ostatnimi dośnieżeniami, kiedy Lepsza Połowa robiła to zjdęcie, była trochę w głębi, na lewo za koparką. Widoczna jako niewielkie wybrzuszenie na niepokalanej powierzchni śniegu:

Oczywiście: 200-watowa żarówka, która środek hydroforni ogrzewała, wzięła i się przepaliła, nie wiadomo nawet kiedy. Pewnie zaczął potem zamarzać hydrofor. Że jednak ciśnienie na manometrze jest dokładnie takie, jakie było, a wnętrze hydroforni wygląda lepiej, niż kiedy ją przed Nowym Rokim po raz ostatni oglądałem, bo nawet sucho jest, a wcześniej ciągle stała woda, lód tylko na stropie, podłoże miękkie, nie zamarznięte – to można było jedynie wymienić żarówkę. Na 150-watową, bo większej w rezerwie nie mieliśmy. Mam nadzieję, że w kilka dni odmarznie. Na pewno nie szybciej, bo raz, że żarówka nie ognisko, nie grzeje tak szybko, a dwa – że hydrofor jest tak okutany wełną mineralną, że nim ciepło się do środka przegryzie, minąć będzie musiało tyle samo czasu, ile go mróz potrzebował, by zrobić to samo…

Szaleją zwierzaki. Wszystkie! Dotkliwie poszkodowało na umyśle (o ile można o czymś takim mówić w ogóle, bo jak się wygrzewa mózgoczaszkę pod kozą, to pewnie i płyn mózgowo – rdzeniowy może wyparować, o przysmażeniu móżdżku, jeśli takowy kiedyś tam był, nie wspominając…) naszego kocia. Musiałem jej zabawki, od przeprowadzki z Warszawy kurzące się na strychu, znieść na dół i teraz co najmniej dwa razy dziennie, rano i wieczorem, gania z napuszonym ogonem po całej chatce piłkę, albo wymusza, żeby się z nią plastikową myszką bawić! Dałbym zdjęcie, ale przy naszym poziomie umiejętności, sfotografowanie tak szybko poruszającego się obiektu jest niewykonalne. Nie tylko szybko, ale i głośno. Bo przecież tym lepsza zabawa, im się więcej sprzętów zwali, albo choćby potrąci i im więcej się hałasu narobi!

Z końmi nie lepiej. Wszystkim kobyłom chce się do ogiera. Tłuką się między sobą. Rozwalają co chwila naszą barykadę ze słomy mimo, że przecież regularnie daję im siano. Dalia wlkp na każdym, kto do nich wchodzi, próbuje wymusić masaż szyi. Osman Guli tak sią rozleniwiła, że nawet do defekacji nie chce się jej wstać:

A jak już wstanie, to przeciąga się jak koń rysunkowy:

Czyżby jednak miało się ku wiośnie..? Miejmy nadzieję…

Szczytem szaleństwo było jednak to, cośmy z Lepszą Połową zrobili onegdaj w piątek. Cały poranek ciężko pracowałem nad bardzo niewdzięcznym tekstem. Zeżarłem prawie wszystkie zapasy drobnych zakąsek, jakieśmy sobie z Tesco w Kozienicach przywieźli: ptasie mleczko, krakersy, czy co tam tylko było. Została już tylko żelazna racja orzechowych wafelków, ale boję się je otwierać, bo pracy nad tym niedzwięcznym tekstem bynajmniej nie koniec, o innych niewdzięcznych tekstach, nad którymi teraz pracować muszę, nie wspominając – a kiedy się dokądkolwiek na zakupy wybierzemy, trudno powiedzieć, majster, któremu we wtorek odstawiłem do Warszawy naszą Wendi, na razie milczy i znaku życia nie daje.

Wypiłem też do reszty podły łyskacz z Tesco, którego i tak zresztą na prawie cały tydzień mi było starczyło. Podziwiam więc własną wstrzemięźliwość, jeśli o to chodzi.

Jak skończyłem około południa okazało się, że od kilku godzin nie pada i koniom zdążyły wyschnąć grzbiety. Lepsza Połowa wsiadła sama na swoją wystałą i szalejącą Melesugun, a mnie wsadziła na wystałą i szalejącą Dalię. I pojechaliśmy! Najpierw za tory kolejowe.

Od razu wywiązał się między nami spór, którego do tej pory nie udało się nam rozstrzygnąć ani załagodzić. Lepsza Połowa twierdzi bowiem, że moja Dalia, która przez tory przejść się wahała i bardzo musiałem ją zmuszać, żeby to w końcu za idącą przodem smarkulą zrobiła, a i dalej przez cały czas już to wyrywała się (w stronę domu), już to denerwowała byle pieskiem, drzewkiem czy domkiem – jest po prostu tchórzem. Ja zaś twierdzę, że to koń niebywale odważny. Tyle, że swojej odwagi nie ujawnia pochopnie i z byle powodu, zachowując jej zasób na sytuacje naprawdę dramatyczne. Jak przejście przez ruchliwą stację kolejową. Albo przejściem podziemnym pod drogą szybkiego ruchu, kiedy cały strop nieustannie drga i faluje od jeżdżących górą samochodów. Czy znalezienie względnie jeszcze świeżego wisielca w lasku za stajnią i tegoż obwąchanie (to nieprawda, że konie boją się zwłok!). Albo zaplątanie się w drut kolczasty otaczający wygon dla krów, kiedy pan musi swojego konia, uprzednio z tymże drutem w obfity ogon wplątanym skaczącego przez płoty i zganiającego uciekające w panice przed gwałtownie kurczącą się przestrzenią życiową krowy w jeden, czarno – biały kłąb zatrzymać, a potem z drutu wyplątać i jeszcze zmyć się niezauważalnie, póki się właściciel tych krów nie odnajdzie…

A tory kolejowe? Znaki przy tych torach? Nieznana dróżka w lesie, którą się nigdy wcześniej nie szło? Zabudowania wsi? Pieski? To nie są zjawiska, które mogą konia życie kosztować. Można zatem na ich widok spokojnie popanikować, poprychać, potrząść się całym ciałem. Może nawet ponieść pana w siną dal. Zwłaszcza, jak się jest wystanym, wypoczętym i pełnym sił, a w głowie szumi zbliżająca się wiosna i chętka na… sami wiecie na co! A że przy gabarycie 650 kg co najmniej (utyło się przez zimę, oj utyło! Proporcjonalnie do tego, ile pan schudł…), można przy okazji ludzi, zwierzęta i rzeczy uszkodzić..? Tym gorzej dla nich!

W każdym razie przeszliśmy te nieszczęsne tory. Przepchnęliśmy się fajną, ongiś piaszczystą, dziś śnieżystą drogą kawał za torami. Poprychaliśmy i popanikowaliśmy sobie na zdrowie. Zawróciliśmy. Trochę inaczej idąc, bo nie skręcając od razu w las do przejazdu kolejowego, tylko idąc kawałek dalej, gdzie też jest przejście i skąd lepiej widać, czy pociąg jedzie – ale za to trzeba się przez głęboki śnieg potem do torów przebijać, czego Lepsza Połowa na swoim chudzielcu zrobić nie zdołała i musiała zawracać. Spotkaliśmy po drodze samochód i oba konie na dwie strony drogi się rozeszły tak, że kierowca nie wiedział, co ma zrobić – co Lepszą Połowę prawie tak, jak ten głęboki śnieg zdenerwowało. Przeszliśmy tory z powrotem i długo na Lepszą Połowę, dookoła idącą czekaliśmy. Węsząc przy okazji ledwo ze śniegu wystający znak i trzęsąc się na całym ciele. Pokłusowaliśmy potem przodem, choć bardzo się nam chciało galopem od tych strasznych torów oddalić i pan ledwo konia przytrzymał. Poszliśmy w cholerę w las, żeby Lepszej Połowie w rozkłusowaniu jej konia po dróżce nie przeszkadzać. Spotkaliśmy potem Lepszą Połowę na dróżce stępa od wsi wracającą na mokrym całkiem koniu. To trzeba było konia rozstępować. Więc zawróciliśmy jeszcze raz, stępem tym razem, do wsi. Że Lepsza Połowa pochwaliła się, że zawracała na asfalcie, tośmy między budynki weszli. W pierwszej kolejności Wojtkowego Pikusia do budy zaganiając, bo nam pod nogi wylazł z ujadaczką na cały regulator otwartą.

Wyszliśmy na ten asfalt we wsi, śniegiem świeżym dobrze pokryty, więc nawet nie śliski (normalnie pokryty jest lodem). Jak już wyszliśmy, tośmy poszli kawałek za Lepszą Połową. Potem drugi. Potem wieś ze wszystkimi pieskami i grubymi panami w kufajkach, walonkach i czapkach uszankach się skończyła. To poszliśmy jeszcze kawałek. Przez mostek na bystro płynącym rowku odwadniającym przechodząc (a całą jesień się męczyłem, jak tu przejście przez ten rowek znaleźć! Jest bród, ale jakem go znalazł, był za głęboki nawet na wielkogabarytową Dalię… Tymczasem, za rowem ciągną się piękne, równe i chyba nie ogrodzone łąki, po których można by poszaleć, dalej da się dojechać do Bożego, z naszym – brzydkim jak noc – kościołem parafialnym, a za Bożem, które chyba da się polami ominąć, są nasi najbliżsi końscy sąsiedzi, z którymi się do tej pory nie poznaliśmy i których tylko z Radka opowieści znamy – i koniecznie chciałbym do nich wierzchem pojechać z wizytą…). Jak już przeszliśmy ten mostek, to zaraz kawałek dalej był zakręt do wsi Radka, druha mego serdecznego. Tośmy w ten zakręt, obok figurki świętej, przydrożnej, zakręcili. Jakeśmy zakręcili, tak trudno było nie pójść dalej. No i doszliśmy do Radkowego domu. Co dawno nam zresztą proponował, odkąd z różnych przyczyn nie poruszamy się samochodem.

Że jednak chatka została otwarta. Że koza pewnie już zgasła a koćwektora nie włączyliśmy, na chwilkę tylko wsiadając (Lepsza Połowa twierdzi teraz, że od początku dłuższą jazdę planowała! Podobno nawet mi ten plan zakomunikowała… No cóż: komunikat nie dotarł. Nie pierwszy taki i nie ostatni…). Że pora karmienia koni pewnie już minęła. Czy na pewno, to nie wiedziałem, bo przecież na jazdę pod domem komórki do kieszeni nie wkładałem, a zegarka od lat już nie noszę. Że wreszcie w obejściu nikogo nie było widać, a wchodzić na podwórko, pełne rozmaitych gratów, sprzętów, samochodów i piesków – za nic nie chciałem. Tośmy zawrócili. Tym razem ze mną na Dalii wlkp, rwącej do przodu takim stępem, że achałtekinka kilometr dalej się wlokła (ach! Raz jeden takim stępem wyciągniętym po czworoboku przejechać! I to jest możliwe! Przecież, jeśli sama z siebie tak stęp wyciąga, znaczy że może. Tylko jak ją do tego w innych zupełnie okolicznościach nakłonić, a..?) na czele. I trochę inną trasą, bo już nie wracaliśmy do wylotu naszej własnej dróżki, tylko w pierwszą, na której lodowa skorupa była traktorem naruszona skręcając i resztę wsi już od strony pól mijając.

Tym sposobem byliśmy u Radka – a mimo to, choć mnie w tenże sam piątek o pomoc w znalezieniu i uruchomieniu swojej skrzynki pocztowej prosił, do tej pory tej prośbie nie zdołałem zadośćuczynić. Bo po takiej jeździe jeszcze zdołałem pod wiatą posprzątać i do sklepu pójść, ale już do niczego więcej nie byłem zdolny. A wczoraj to drewno, wiata… W efekcie zamiast wykorzystać neostradę Radka, jak planowałem i ilustracje do „KT“ od niego wysłać, męczę się trzecią dobę w domu, jedno zdjęcie kilka godzin wysyłając. Też rozsądek, prawda?


Na dzisiaj zapowiadali się nam goście. Wątpię, czy przyjadą w taką pogodę. A jeśli nawet przyjadą, to jeszcze bardziej wątpię, czy uda im się jakiekolwiek zdjęcia w tym ciągle padającym śniegu zrobić. Tym niemniej, trzeba w miarę wcześnie za sprzątanie pod wiatą się zabrać (no… dużo tego sprzątania to nie będzie: cały nawóz, jakie konie poza zadaszeniem od wczoraj zrobiły, bardzo elegancko śnieg przykrył – przydałby się jakiś „wykrywacz gówna“, na wzór tych słuchawek, z którymi pewien kretyn na radomskich numerach non stop po okolicznych polach krąży, rolników kopaniem jam w zasiewach denerwując!). A tu limit przesyłu danych kilka dni temu się skończył – stąd i z tym przesyłaniem zdjęć problemy i kiedy ja to zdołam opublikować: nie wiem…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...